To był pierwszy dzień wakacji. Miałem chyba 12 lat i jak zwykle w tym okresie roku spędzaliśmy na dworze czas co najmniej do zmroku….
A ten dzień był bardzo długiiii….
Świadectwo i promocja do kolejnej klasy, jak co roku. Kwiatek dla pani. Rura do domu i 70 dni wolnego.
Było gorąco i paczką wybraliśmy się do pobliskiego wąwozu oddzielającego dwa wrogie osiedla – LSM i Czuby. Wąwóz, a właściwie dwa równoległe i rozlegle wąwozy były ostoją przyrody i zajmowały je w dużej części ogrody działkowe przemieszane z resztkami sadów pozostałych po wysiedlonych w tym rejonie wsiach. Dla nas to było super miejsce zabaw, podchodów, szabru truskawkowego oraz międzydzielnicowych wojen. A wtedy było grubo! Strach było w pojedynkę poruszać się po nie swoim terenie, a w wąwozie odbywały się ustawki oraz niezaplanowane starcia, które często kończyły się siniakami, popodbijanymi oczami czy wybitymi zębami.
Tego dnia było również grubo. Najpierw pogonili nas działkowcy i chcieli nas złapać za wyjadane truskawki, później wymknęliśmy się spod obławy elesemiaków i ruszyliśmy dalej, pieszo, na penetrację innych części miasta. Tak dotarliśmy pod Zamek, na Plac Zebrań Ludowych, i tam dwóch kolegów dało się zwabić do bramy, gdzie dostali niezły, niespodziewany i bardzo szybki łomot. Wyrwali się i uciekli, a za nimi banda tubylców! Jak myśmy stamtąd spierdalali, aż się kurzyło. Śmierć była w mojej głowie a strach nie pozwalał racjonalnie myśleć.
To był jeden z bardziej intensywnych dni mojego młodego wieku, jeszcze zanim życie zaczęło się na poważnie.
A w sumie to zaczęło się na poważnie?
