Sam nie wiem co o tym myśleć i aż słów brakuje, ale myślę, że trzeba się zmierzyć z tematem i trochę żałości przelać na papier.
Jeśli chesz zostać instruktorem czy trenerem jakiejś dyscypliny sportu dzisiaj, idąc po najkrótszej możliwej drodze – możesz zrobić kurs on-line i zdać egzamin (liczba podejść nieograniczona), na który składa się 10 pytań, na których na co najmniej 7 musisz odpowiedzieć poprawnie, to znaczy wybrać poprawną odpowiedź. I dostaniesz wymarzony dyplom, na którym, jak szczycą się niektóre szkoły, prowadzące te szkolenia – nie będzie wzmianki, że kurs był internetowy, w pełni on-line.
Powiecie – co w tym złego? Rynek wszak zweryfikuje nieudaczników i oszustów, ale z drugiej strony – taki dokument powinien dawać informację o potwierdzeniu wiedzy teoretycznej i gotowości praktycznej oraz merytorycznej do prowadzenia zajęć z LUDŹMI, często DZIEĆMI. A teraz wychodzi na to, że ktoś kto ma taki kwit – miał dostęp do wiedzy teoretycznej i zdał egzamin on-line, na którym zaznaczył poprawnie 7 do 10 odpowiedzi na teście wyboru. A praktyka? A cała reszta? Czy weryfikacja tego spada na jakieś inne instytucje, na rodziców dzieci lub klientów? Gdzie sens, gdzie logika? Czy to tylko dojenie kasy i fikcja?
Bądźmy czujni, b0 nigdy nie wiadomo z kim mamy do czynienia.
A tutaj krótka historia, opisująca moją przygodę z Karate Kyokushin, w telegraficznym skrócie.
Jako młody chłopak, wraz z kolegami fascynowaliśmy się filmami Kung-Fu z Brucem Lee czy innymi, podobnymi, których pod koniec lat 80 XX wieku za wiele nie było dostępnych w perelowskich kinach, nie mówiąc już o dwóch kanałach telewizji. Publicznej, bo innych jeszcze nie było.
Mieliśmy po około 12-13 lat i ciągle biegaliśmy po okolicznych wąwozach, włóczyliśmy się po budowach i sadach, a także szukaliśmy innych podobnych, głównie fizycznych wyzwań. Czasem udało się pomitrężyć trochę czasu na atarynce u kolegi i wtedy mogliśmy poćwiczyć cierpliwość, czekając aż załaduje się World Karate Championship z kasety. Albo się nie załaduje i będzie potrzebne kolejne podejście. Na prawdziwe treningi jakiejś sztuki walki nie bardzo mieliśmy pomysł, bo na naszym osiedlu żadnego klubu ani sekcji nie było, a w tamtych czasach samodzielne jeżdżenie na drugi koniec miasta jakoś nie bardzo nam się uśmiechało. A samochodem to nawet nikt nie myślał, żeby nas wozić po mieście.
I tak nadszedł rok 1990, zmiana szkoły na liceum i pomysł na zapisanie się do sekcji Kjokuszinki – twardej i niesamowitej sztuki walki. Decyzję podjąłem sam (znaczy w porozumieniu z rodzicami), ale sam pod względem kolegów – byłem samotnym i jedynym ojcem i matką mojego wyzwania. O dziwo – na pierwszysch treningach poznałem ziomali z osiedla, z którymi wspólnie chodziliśmy dwa razy w tygodniu na treningi do śródmiejskich szkół podstawowych. Sale gimnastyczne pękały w szwach – na zajęcia przychodziło po kilkadziesiąt osób, a instruktorzy, aby trochę przerzedzić towarzystwo, serwowali nam serie przysiadów, pompek, brzuchów itp. itd. Z treningu na trening ludzi ubywało, my chodziliśmy tyłem po schodach, z powodu niewyobrażalnych zakwasów, ale nasza wiara w sens i możliwości treningu rosła wraz z realnym wzrostem naszej siły, wytrzymałości, gibkości i pewności siebie. To było to! Wspomnę tylko, że za każde spóźnienie na trening należała się seria pompek, przysiadów i brzuchów (po 50). Za opóźnienie z opłatami lub nieodrobioną w innej sekcji nieobecność kicaliśmy jumpingiem dookoła sali. Pot lał się z nas jak tłuszcz z kiełbasek na ognisku. Ależ to była frajda!
Trwało to kilka lat, nadszedł czas studiów, innych wyzwań, pierwszych miłości, konieczności podjęcia pracy i ogarniania rzeczywistości. Karate zostało gdzieś z tyłu na kila lat…
Aż do czasu kiedy siedząc w domu, myślałem co to będzie. Co będzie z moim całym dorosłym życiem – czy już nic mnie dobrego nie spotka? Co z moimi marzeniami o żółtym pasie w Kyokushin (6 kyu)? Wszak to było moje i moich kolegów marzenie – mieć ŻÓŁTY pas i być wymiataczem…. To był rok 2001. Miałem 26 lat i przechodziłem kolejny kryzys – pierwszy większy kryzys dwudziestolatka. Jako, że miałem swobodny i naturalny dla mnie dostęp do Internetu, wpadłem przypadkiem na stronę Lubelskiego Klubu Karate Kyokushin. Wszystkie wspomnienia odżyły, a pragnienie poczucia adrenaliny na kumite i zakwasów po trenigu dały kopa do tego by zjawić się na zajęciach. Oczywiście miesiąc przygototwywałem się fizycznie, aby nie być cieniasem i jakoś dorównać trenującym systematycznie i ciężko sempajom. Powrót był niesamowity! Ćwiczyłem sumiennie i od lutego do czerwca przygotowałem się do mojego wymarzonego egzaminu na 6 kyu. To był jeden z trudniejszych egzaminów jakie przeżyłem. Dostałem łomot taki, jakiego wymagałem, by mieć satysfakcję i pewność, że to co robię, robię rzetelnie, z pasją i tak jak trzeba! Radość ze zdania była wielka, choć pęknięte żebro dawało znać o sobie przez kilka kolejnych tygodni. Dobrze, że to były wakacje i sezon treningowy rozpoczynał się dopiero we wrześniu. Od tej pory ćwiczyłęm sumiennie i kolejne egzaminy zdawałem raz do roku, aż do 2005 roku kiedy zdałem na 2 kyu – brązowy pas. Wtedy na taki egzamin należało się pofatygować osobiście do Krakowa – by w siedzibie Polskiego Związku Karate zdać egzamin przed obliczem samego Prezesa, w towrzystwie zdających z całej Polski. Oj tam też był łomot! To był mój drugi ciężki egzamin i satysfakcja z jego zdania była niesamowita! Rok 2005 był przełomowy dla mojej „kariery” w Karate. Użyłem cudzysłowu, bo nigdy nie traktowałem tej sfery życia jako jakiejś kariery. Nigdy Karate nie było dla mnie zawodem i żadnych planów jako nauczyciel nie miałem. Właśnie na przełomie lat 2004/2005 miałem okazję i przyjemność wziąć udział w części ogólnej kursu instruktora sportu oraz rozpocząć praktyczną naukę, jak prowadzić treningi i zajęcia z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Zdolności w tym zakresie zauważył u mnie mój Mentor, wówczas Sensei Jacek Czerniec, ja sam nigdy nie brałem pod uwagę takiego rozwoju sytuacji i możliwości postawienia się w roli osoby z drugiej strony sali…. Szkolenie trwało długo, kilka miesięcy, wiele weekendów poświęconych na chłonięcie teorii, egzaminy i sprawdziany. Część ogólną zaliczyłem i to był kolejny krok!
W 2006 roku następne wyzwanie – część specjalistyczna kursu instruktorskiego – 10 dni skoszarowanego szkolenia teoretycznego i praktycznego, z zajęciami od godziny 7 do 19 oraz egzaminem praktycznym i teoretycznym… Wiedza poszerzona, a egzamin zdany przed komisją Polskiego Związku Karate. Wtedy dla mnie to była duża rzecz! Oczywiście aby zostać instruktorem, należało mieć wykształcenie średnie oraz stopień co najmniej 3 kyu (co upoważniało np. do startu w zawodach rangi mistrzost Polski).
Kolejne lata przyniosły dalszy rozwój – prowadzenie zajęć, obozy letnie i zimowe, podążanie ścieżką Karate, przygotowywanie się do kolejnych egzaminów – w 2008 – 1 kyu, 2009 – 1 DAN – czarny pas – najważniejszy stopień w życiu Karateki, poprzedzony ciężkim, kilkumiesięcznym treningiem fizycznym.
W latach 2010/2011 ukończyłem wielomiesięczny kurs Trenera Klasy II Karate Kyokushin – znowu weekendowe zajęcia teoretyczne i praktyczne – porównywalne ze studiami dyplomowymi, zjazdy co drugi tydzień i zajęcia po kilkanaście godzin na zjazd. W 2013 zdałem egzamin na 2 DAN, do którego przygotowywałem się systematycznie przez ponad dwa lata. W 2018 zdałem kolejny egzamin na 3 DAN, a w 2019 odbyłem poważny kurs na Trenera I klasy Karate. Cały ten czas trenuję, staram się rozwijać, prowadzę zajęcia z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi oraz biorę udział w szkoleniu przyszłych instruktorów i trenerów…