Kolejny tydzień minął za szybko. Mało treningów – 3 szt. W tym dwa z instruktorami. Za mało by coś z tego było fizycznie. Przypomniałem sobie tylko po co i dlaczego to robię oraz kilka kata.
— Koniec wpisu —
Kolejny tydzień minął za szybko. Mało treningów – 3 szt. W tym dwa z instruktorami. Za mało by coś z tego było fizycznie. Przypomniałem sobie tylko po co i dlaczego to robię oraz kilka kata.
— Koniec wpisu —
Nie znałem takiego podejścia, ale na pierwszy rzut oka brzmi całkiem rozsądnie. Jak brzmi teza?
Żyjemy w raju na ziemi, ale w jakimś momencie egzystencji zostaliśmy z tego raju wygnani mentalnie i nie widzimy cudu tego istnienia. Teraz naszym zadaniem jest po prostu to dostrzec, a jeśli nam się nie uda to możemy zyskać szansę odrodzenia się w jakiejś innej postaci i hajda od nowa. Aż zauważymy to, co niezauważalne i przyżyjemy życie tak jak trzeba.
Fajne, co nie? Daje nadzieję i możliwość osiągnięcia szczęścia tu i teraz, a tym, którym to za mało, daje też nadzieję, że jak nie teraz, to w przyszłym życiu.
Dużo? Mało? Głupie?
W sumie co za różnica? I tak na niewiele zda się psu buda jak przywiążą go w lesie do drzewa.
Świat jest piękny i tego się trzymajmy. Tu i teraz.
Jest gorąco, tak jak to tylko możliwe do wyobrażenia. Dzieje się cały czas coś co angażuje uwagę i działania. Oczywiście nie jest to nic złego, bo świadczy to jedynie o tym, że należy w tym uczestniczyć. Z jednej strony nie wiadomo w co ręce w lożyć, ale z drugiej strony można się do tego jakoś przyzwyczaić i zaakceptować stan taki, że nie da się zrobić wszystkiego. Część spraw musi poczekać, a z części po prostu się zrezygnuje. Pozostaje kwestia tego co zawsze – by odpowiednio ustawić priorytety, tak by to co ważne i pilne nie zostało gdzieś za daleko w kolejce. Niby proste, ale nie do końca, bo coś może zostać nie zauważone… i trach jak babę w piach.
I jak z tym żyć? Z tą niepewnością?
Zaakceptować. Nawet jak się coś przeoczy, to się przeoczy. Co poradzić. Czujnym trzeba być, ale niepokój nie może zmącić umysłu, bo zwariować idzie. Kiedyś to było, kiedyś to będzie, a najważniejsze jest to co tu i teraz.
A jest fajnie i tego się trzymajmy, a to co mogłoby być gdyby, niech sobie będzie tam gdzie jego miejsce.
W czarnej D.
Kolejny tydzień się rozpoczął, kolejne 2% czasu przygotowań za mną.
Zaszły tydzień był wypoczynkowo – regeneracyjny. Urlop spędziliśmy w Oslo, gdzie poza bieganiem, treningiem ogólnym oraz dużą ilością spacerów, był czas na przemyślenia i skorzystanie z nowych dla mnie metod regeneracji organizmu – baniek. Dodatkowo była możliwość skorzystania ze sposobu rozluźniania i usuwania napięć – TRE.
Czyli w sumie dużo i niedużo. Jestem zadowolony, mam energię na dalsze działania. Jest wizja, cel i jasna droga do dążenia. Co z tego wyjdzie dalej? Zobaczymy!
Jak już pisałem, wrześniowy urlop pomału przemija, ale znalazłem chwilę by wspomnieć o nowym, które wpadło na mnie niespodziewanie i prawdopodobnie na dłużej ze mną zostanie. TRE, czyli Tension Release Exercises – czyli autorska metoda dra Davida Bercelliego pozwalająca na uwalnianie stresu i traum z ciała poprzez wibracje wywoływane sekwencjami ćwiczeń. Metoda dedykowana jest wsparciu działań terapeutycznych i jej celem jest przywrócenie równowagi układów nerwowego, biochemicznego i anatomicznego. TRE oczywiście powinniśmy rozpocząć pod okiem fachowca, bo z ciałem mogą się dziać niespodziewane rzeczy i lepiej mieć przy sobie kogoś, któ pozwoli nam przez to przejść bez uszczderbku na naszym dobrostanie. Więcej informacji na stronie TRE POLSKA
Ćwiczenia dla mnie:
Heiko dachi – stoimy naturalnie, stopy równolegle, na szerokość bioder / ramion. Raczej węziej niż szerzej. Tutaj, nogi bez przeprostu, leciutko ugięte w kolanach.
I już.
Muszę wam powiedzieć, że nie wierzyłem, ze to na mnie zadziała za pierwszym razem! Super wrażenie. Będę używał tej metody. Nogi robiły co chciały, ale dziwne i przyjemne uczucie!
A wam polecam spróbować pod okiem specjalisty. Różni ludzie różnie reagują na początku – fakt niezaprzeczalny.
W końcu wymarzony urlop. Taki z prawdzowego zdarzenia. Z ukochaną. Bez większego planu i ciśnienia. Spędzamy go, w jak się okazuje, jednym z najdroższych miast na świecie – Oslo.
Jest połowa września, na przemian ciepło oraz słonecznie (powyżej 200 C) i pochmurno z lekkim deszczem. Właśnie mija połowawyjazdu i jestem już przytłoczony wizją powrotu, bo dopiero rozumiem jak bardzo potrzebowałem takiej odskoczni. Jest leniwie i intensywnie, spokojnie i energetycznie, czyli tak jak tygrysy lubią najbardziej! Potrenowane, podrzemane, poczytane, w tym też książki specjalistyczne, pojedzonea, muzea, jakich w Polsce nie uświadczysz. Inne rzeczy też na najwyższym poziomie! Dotknąłem i poczułem nowych rzeczy – TRE, dieta keto, ba nawet bańki już mialem dwa razy postawione! Rozmowy o różnych podejściach terapeutycznych, o ludziach i nowe znajomości z ciekawymi osobami – szczególnie przyjaciółką mojej żony, u której się zatrzymaliśmy. Kopalnia wiedzy i pomysłów, na co skierować swój wzrok i umysł, w czasie dalszej życiowej wędrówki.
Być może napiszę jakąś bardziej szczegółową relację, ale wyzwaniem jest to, że musiałaby być inna niż te dostępne w Internecie. I zdjęć juz zrobiliśmy masę, i możemy oddychać norweskim powietrzem i przypominać sobie baśnie z zamku Soria Moria, które w dzieciństwie czytał mi dziadek.
Czyli jest super i zapowiada się kontynuacja tego stanu przez kolejne dni. Wszystko tak, jak sobie nawet nie mogliśmy zaplanować!
Tydzień 04 jest już historią.
Ten czas był relatywnie wyjątkowo krótki, ale starałem się wykorzystać tak jak mogłem, mając na uwadze również inne aktywności, zobowiązania i realizację pozostałych projektów i planów. Zatem treningowo wyszło dosyć skromnie – 2 x 2h, w tym przypominanie wyższych kata (2 x 0,5h) oraz niedziela spędzona już na spacerze i bieganiu po Oslo – w sumie 30km, 50/50.
Jestem ogólnie pod wielkim wrażeniem tego jak ten czas szybko leci. Gdyby nie to, że tutaj to rejestruję, wydawałoby mi się, że minąły max. 2 tygodnie… Czasu jest jeszcze dużo, ale 8% już minęło….. Nieźle co?
Podróże kształcą. Takie jest powszechna opinia propagowana w szkołach i opinii publicznej w Polsce. Ludzie dodają do tego jeszcze jeden element, mianowicie przeświadczenie, że podróże wywyższają, dają poczucie bogactwa , wysokiego statusu oraz możliwość wrzucenia miliona zdjęć na insta czy fajsbóka. A prawda jest taka, że to nie podróże coś z nami robią tylko my sami mamy możliwość odkrywania siebie i innych w nowych warunkach. Ba mamy sposobność skonfrontowania własnych przemyśleń, oczekiwań i założeń z rzeczywistym światem. Tylko tych elementów w większości przypadków nie osiągniemy podróżami all inclusive w kurortach czy na jachtach, a poprzez eksplorację zwykłych miejsc zamieszkałych przez ludzi, zwierzęta czy rośliny, w zależności od tego gdzie się znajdziemy i na co skierujemy naszą uwagę. Bo to przecież o uwagę i uważność chodzi. O wspomnienia i przemyślenia i wzbogacanie siebie o kolejne elementy do wykorzystania w kolejnych projektach.
Obecna podróż, którą zaczęliśmy niecałe 24h temu i potrwa jeszcze jakieś 180h dała mi już nowe spojrzenie na życie. Niby oczywiste i proste a jednak świeże i jak zwykle spod innego kąta. Do tej pory bowim patrzyłem na całość jako na proces, a przecież w nim znajduje się wiele projektów, na które można zwracać jeszcze bardziej swoją uwagę. I te miniprojekty mogą dawać jeszcze więcej satysfakcji z całego procesu nadrzędnego, który stanowią.
Tak właśnie stoję, piszę i myślę jednocześnie i próbuję zrozumieć jak bardzo i na czym powinnismy skupiać sowją uwagę. Czy na planie i jego realizacji, czy na dostrzeganiu nowych i niespodziewanych okazji, do nowych przemyśleń i działań. Oba podejścia bowiem mają różne zalty i zagrożenia. Jeśłi masz plan i dążysz do jego realizacji bez rozglądania się na boki, nawet jeśli coś zrealizujesz, może okazać się, że umknęło coś ważnego, istotnego, ciekawego…. A jeśli z drugiej strony korzystasz z każdej możliwości by powąchać kwiatek tuż obok, nie znajdziesz czasu by przejść dalej, do kolejnego etapu działań.
I tak widzicie, sam siebie przekonałem do tego co juz wiedziałem – że nigdy nie wiadomo do końca, co można i trzeba zrobić, żeby było dobrze. Musisz się kierować intuicją, uważnoscią, determinacją, wiedzą i ciekawością w każdym możliwym czasie i miejscu, w odpowiedniej proporcji.
Czasem trzeba się trzymać planu, by peron nie odjechał, a czasem można przysiąść na ławce przy fontannie i cieszyć się obserwacją ludzi, idących z lewa na prawo i prawa na lewo. Jest czas na rozmowę, milczenie i czytanie książek. I zastanowienie się tak dokładnie nie nad tym co chciałbym robić jak dorosnę (bo to już wiem, że się nigdy tego nie dowiem) tylko kim jestem teraz i mogę być w ciagu 24h. Do którego elementu, w którym projekcie się zbliżam, a który z nich musi chwilę poczekać na swój udział w procesie?
Wszak komputery i procesory działają tak samo – przetwarzają jeden element na raz, odkładają go do kolejki, biorą nastęþny kawałek. A jeśli przychodzi specjalne przerwanie, rzucają tę robotę w cholerę i zajmują się właśnie tym co ważne. Tutaj i teraz. Robią to i wracają do kolejnych zadań.
Wracając do głównego nurtu wpisu – to czy podróże nas dokształcą, zależy tylko od nas i od tego gdzie chcemy pójść i co zrobić. Ta podróż już mnie dokształciła, choć się dopiero zaczęła i widzę, ze ma wpływ na to co robię i będę robił w przyszłości.
A jaki jest plan? Plan jest zmienny i wije się na razie jak wąż podążający na drugi brzeg rzeki i w tym momenci ejest to jak najbardziej na miejscu.
Wszystko jest ściemą. To co nas otacza. Gadki polityków, obietnice pseudoszkoleniowców, reklamy, filmy, książki itp. itd.
Lubimy bujać w obłokach, lubimy marzyć, snuć plany i wierzyć w coś co się stanie. Albo się nie stanie i też będzie dobrze, bo zdrowie ważne. A jak zdrowia nie ma, to ważne, że jeszcze żyjemy. A jak nie żyjemy, to już nie nasze zmartwienie.
I tak sobie lecimy, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, od wyborów do wyborów, aż się budzimy ze snu, stwierdzajac, że jednak coś można by było z tym zrobić inaczej. Ale co było to było i można ewentualnei snuć plany w typie, gdyby ryby miały kapelusze to by były grzyby.
Zatem pora na działanie jest teraz. Nie ma co się dać zwodzić stereotypom i trzeba zrobić swoje. A nawet więcej.
Najtrudniejsze jest to, żeby odrzucić od siebie, często wygodne, klapki na oczy, które równocześnie podcinają nam skrzydła uniemożliwiając nam wniesienie się ponad pułap ograniczających chmur.
Największe ograniczenia nakładamy sobie sami, a jeśli już to nastąpi, nic nie pomoże nam wyjść poza nie. Dlatego jeśli coś nie pozwala Ci zrobić tego co byś chciał, zastanów się czy da się bez tego zrobić to czego chcesz.
Bądź sobą. Słuchaj siebie. Zobacz swoje odbicie w oczach bliskich. Sprawdź czy to o czym myślisz jest dobre dla ciebie i dla nich? Spraw by twoje życie nie było ściemą i oczekiwaniem na nieoczekiwane acz nieuchronne zakończenie żywota?
Pamiętaj, że umiera się tylko raz, a żyje się każdego dnia. Od nowa. Dzień po dniu.
Dzisiaj jest najlepszy dzień twojego życia, bo tylko dzisiaj jest prawdziwe. Wczoraj już było, a jutro… Czy będzie jutro? Tego jeszcze nie wiemy.
Kolejne zdanie do zapamiętania. Doskonale wpisuje się w moje wyobrażenie o doskonałości, pięknie i dążeniu do ideału.
Mów mniej, powiedz więcej – tak sobie tłumaczę sentencję: talk less say more.
I nie chodzi o to by przekazać półprawdę, czy szczątkowe informacje, lecz by w minimalnej, możliwej do przeprowadzenia formie, powiedzieć wszystko to co jest konieczne do zrozumienia istoty omawianej sytuacji.
Ludzie często paplają, gadają, wręcz szczycą się swoją umiejętnością lania wody i tracenia czasu na przekazanie potoku zbędnych słów i informacji, których zadaniem jest wprowadzenie odbiorcy w złudne wrażenie mądrości i głębokości przekazu.
I po co to?
By zaciemnić prawdę i pokazać nie tę stronę medalu, która jest istotą przekazywanej sprawy.
Wybory się zbliżają, projekty się wdrażają, otwierają się nabory na kolejne intratne stanowiska. Kto lepszą w gębie bajerę ma, ten prawdopodonbnie wygra….
Ale nie zawsze więcej, znaczy lepiej.