#1731 – czekanie

Ciągle czekamy. Na coś co się wydarzy. Na to, że będzie lepiej. Na to, że będzie gorzej.

Samo czekanie jest bardzo wyczerpujące, niezależnie jaki efekt przyniesie jego cel. Często czekanie na karę jest gorsze niż samo jej wykonanie, czasem czekanie na coś dobrego jest lepsze niż to co się później stanie i jesteśmy w chwili stanięcia twarzą w twarz z naszymi oczekiwaniami, po prostu rozczarowani.

Czekanie na coś, niezależnie na co, ma jedną właściwość – powoduje, że czas na nie poświęcony, często jest zmarnowany. Warto zatem zadać sobie pytanie – czy oprócz czekania, można w tym okresie coś konkretnego, pożytecznego dla nas i innych zrobić?

Czasem czekamy na coś co nie nadejdzie, albo wprost przeciwnie – pojawi się zbyt szybko, w paradoksalnie, nieoczekiwanym momencie.

Zatem, podobnie jak i w innych płaszczyzanch życia powinniśmy zachować dualizm. Czekajmy nie czekając. Spodziewajmy się niespodziewanego, planujmy przyszłość, żyjąc jednocześnie tu i teraz, a co najważniejsze – bądźmy gotowi na wszystko, zachowując przy tym otwarty umysł, spokój i nadzieję, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie wspaniale.

Wróć. Jest przepięknie i wspaniale. Musimy tylko chcieć to zauważyć. Zawsze jest taka chwila, że ktoś wolałby być na naszym miejscu. 2 minuty do północy…. Czy jutro nadejdzie? Czy nam coś przyniesie? Czy nam coś zabierze?

Jakie to ma teraz znaczenie?

#1729 – założenia

Zawsze coś zakładamy. Świadomie, nieświadomie, ochoczo albo z powściągliwością.

Jedni bardziej, inni mniej. To znaczy wierzymy zawsze w coś, tylko jedni są bardziej w tym wierzeniu niezmienni, inni szukają nieodnalezionych odpowiedzi, a jeszcze inni odkrywają karty licząc na zrozumienie tych, którzy nie są teraz skłonni by zmienić zdanie.

Czy jesteś tu i teraz powiedzieć w 100% co jest dobre a co złe? Co trzeba zrobić, które karty odkryć, by sprawić dobro lub chociaż zapewnić mniejsze zło?

Co jest etyczne, co jest praktyczne, co jest faktyczne i co pozwoli zapewnić lepsze życie? Co jest wykładnią dobrego życia? Długość? Jakość? Brak cierpienia? Uwaga innych? A może poświęcanie uwagi innym?

Czy zawsze jesteś tą samą osobą? Czy zawsze przemawia przez Ciebie ta sama świadomość? Jak to jest możliwe, że jak jesteś głodny, czy zmęczony to przemawia zła strona? Jeśli jesteś pod wpływem środków chemicznych lub jesteś jakichś pozbawiony to kto przez ciebie mówi?

Kto jest za ciebie odpowiedzialny?

Wiele pytań, wiele odpowiedzi, jedne już spisane inne jeszcze nieodkryte…. Wszystko dookoła się dzieje w jakiś cudowny sposób i my przez całe pokolenia dążymy do odkrycia jak to działa i dlaczego… Ale czy to na pewno powinno być celem życia i istnienia człowieka? Dowiedzenia się prawdy nieznanej? Kreowanie nowych, sztucznych bytów? Ciekawe kiedy SI(AI) będzie się starała zgłębić sens swojego istnienia i analizować założenie, że zostało wykreowane na obraz i podobieństwo człowieka, który mu dyktuje prawa i zakazy – czego nie może robić i jak się zachowywać… Wszystko dobrze pomyślane i zacne są pobudki przemawiające za postępem. Pytanie co z tego wyniknie?

#1728 – oszukany

Jak bardzo czuję się oszukany przez życie?

Bardzo i niebardzo zarazem.

Bardzo, bo myślałem odkąd byłem dzieckiem, że ludzie mówią prawdę, są inteligentni, empatyczni i przyjacielscy.

Bardzo, bo okazało się, że częściowo to prawda, mianowicie – oni wierzą w kłamstwa, które głoszą, zatem dla nich to prawda. Czyli jest jeszcze gorzej niż być mogło.

Czy są inteligentni? To zależy, niektórzy tak, niektórzy nie. Duża ilosć z nich, jednak poprzez ślepą wiarę, nie wykorzystuje tego co mają i chowają się za kłamstwami, które uznają za prawdę.

Czy są empatyczni? Tak, są dla siebie i dla tych, dla których uważają to za stosowne. Często jednak ich działanie przeradza się w zaborczość i narzucanie własnych poglądów popartych kłamstwami, które uważają za prawdę. Nie używają także tych wszystkich dóbr widzialnych i niewidzialnych, którymi dysponują.

Czy są przyjacielscy? Tak, dla sobie podobnych lub dla tych, którzy w 100% popierają ich poglądy.

Nie ma miejsca na istotne pojęcia:

Tolerancję

Różnorodność

Zaufanie

A przecież tyle się o tym mówi. A wszystko jest wyolbrzymione, wypaczone i poparte strachem i przemocą.

I dlatego czuję się oszukany, bo od dziecka wierzyłem, że ludzkość i ludzie z kraju w którym się urodziłem, są przyjacielscy, otwarci i tolerancyjni, bo przeżyli przez wieki piekło i byli ciemiężeni przez innych ludzi.

A z tych lekcji nie wyciągnięto wniosków i historia powróci, wcześniej niż później.

#1727 – zwalić winę

Idzie nowe.

I jak zwykle pora na zasianie strachu przed zmianą.

Starzy, obaleni, będą straszyć Nowymi.

Nowi będą straszyć, że to co złe jest winą i konsekwencją działań Starych.

Potrwa to 4 do 8 lat i role się odmieną. Nowi staną się Starymi, Starzy Nowymi i tak się to będzie kręcić aż do pełnego upadku.

A gdyby, wszyscy odpuścili trochę, zwolnili i dostrzegli, że jesteśmy ludźmi, manipulowanymi przez różne grupy? Religijne, polityczne, mniejszościowe.

Tolerancja jest mylona z anarchią i sodomią, demokracja z komunizmem, komunizm z chrześnijaństwem. Prawda z fałszem, a najlepszą motywacją do działań lub ich zaniechania jest nienawiść i strach. A wszystko dzięki kłamstwom i niedomówieniom.

Oni i My. My i Oni. Ci i Tamci. Wracają czasy bohaterów romantyzmu – mesjasze i wyzwoliciele. Czego? Ludzi przed ludźmi. Sami przed sobą.

Głód, cierpienie, choroby i strach. Taka jest wizja zmian na świecie.

Czyli nic się nie zmieniło. A czyja to wina? No tych tamtych, przecież, że nie nasza. Bo gdyby to od nas zależało, to by było dobrze.

Nam.

Bo im to nie trzeba, bo to głupki albo osoby natchnione złem. A my to dobrzy.

Nic, tylko się wstydzić za ludzkość.

Czy da się to jakoś naprawić?

A świstak siedzi, zawija w papierki i patrzy czy się kasa zgadza.

#1726 – papierosy

Z pamiętnika potłuczonego…

Papierosy

Szlugi, ach te szlugi. Pamiętam jak rodzice czasem palili na spotkaniach ze znajomymi. Tato sporadycznie, dla towarzystwa. Mama chyba wtedy częściej, ale w sumie nie pamiętam. No i mnie to w młodym wieku zafascynowało – ten zapach, dym, zadowolone miny dorosłych (ale to zadowolenie raczej nie wynikało z palenia papierosów).

No i dopiąłem swego, dali mi kiedyś na takiej nasiadówce pociągnąć dymka. Ależ to był syf, który spowodował jedynie kaszel i odruch wymiotny. Ubaw mieli co nie miara.

Nie odpuszczałem jednak. Pamiętam jak z kolegami i być może koleżankami, szwendaliśmy się po okolicznych uliczkach i szukaliśmy niedopałków, żeby udawać, ze je palimy…. Tak, miałem wtedy z sześć lat i u stóp cały świat. Nie sposób sobie tego teraz wytłumaczyć i skomentować.

Później, już w podstawówce, miałem kolegów, gdzieś tak w piątej klasie (12 lat), którzy chodzili palić za szkołę na przerwach. Mnie wtedy do tego nie tyle co nie ciągnęło, a raczej o obesrany byłem strasznie – co by na to rodzice powiedzieli?

I jakoś nie dałem się w to wkręcić, aż do jakiejś wycieczki szkolnej. To było jeszcze w podstawówce, wycieczka dwudniowa chyba. Gdzieś, w jakimś ośrodku z czteroosobowymi pokojami. Noc ciemna i dwóch kolegów palących w pokoju. Po ciszy nocnej i pewnym czasie „na uspokojenie”, zaczęli palić, a jak mówi stara zasada, kto nie pije / pali / bierze (niepotrzebne skreślić), ten kapuś – to i mi przyszło spróbować. No i oczywiście wychowawczyni wyczuła smród i przyszła i była wpadka. Chryjka nawet, można powiedzieć. Straszenie, powiadomienie rodziców i takie „niewiadomoco”.

Tato był w szkole na specjalnym zebraniu dotyczącym naszych wybryków. Wrócił i zapytał mnie:

– Podobało ci się?

– Nie – odparłem przestraszony.

– To nie rób tak więcej .

Temat się zakończył. Na jakiś czas.

Później było już spokojniej, aż do czasu liceum. Chyba około trzeciej klasy, kiedy miałem już blisko 18 lat, znowu nastał bum na papierosy. Wszyscy palili. No może nie wszyscy dosłownie, ale prawie wszyscy w towarzystwie, w którym się obracałem. Na imprezach, „na dworze”, gdzie spędzaliśmy czas, na spotkaniach na klatkach schodowych, na ogniskach, imprezach, na wyjazdach nad jezioro, obozach wypoczynkowych czy w czasie letniej , sezonowej pracy. Wszędzie, zawsze, ciągle. Papierosy były relatywnie tanie. Bardzo tanie. I mogliśmy sobie na nie pozwolić. Z drugiej strony patrząc na to co spożywa dzisiejsza młodzież, to nie wiem czy to było najgorsze, to co mogło nas spotkać dzisiaj.

No i tak się paliło. Rodzice udawali, że nie widzą. My nie wspominaliśmy, że palimy. Za bardzo, bo po co sobie rzucać wzajemnie kłody pod nogi? Z tego co pamiętam, nawet moja siostra popalała. I każdy z tym jakoś żył.

Apogeum mojego palenia nastąpiło na studiach na politechnice.

UUUU – tak było.

Po prostu fajni ludzie wychodzili na przerwie na papierosa, we własnym, elitarnym gronie. Palarnią była wtedy cała klatka schodowa, od parteru do ostatniego piętra naszego wydziału. Tam odbywały się rozmowy, korepetycje, udzielanie porad i wymiana naukowych pomysłów. Tego co wtedy dało mi przebywanie z tamtymi ludźmi, w tym czasie, nie można uznać za marnotrawstwo. Śmiało mogę powiedzieć, że dzięki temu przebrnąłem przez ten etap mojej edukacji. I to szczęśliwie – z dyplomem inżyniera zaliczonym na ocenę dobrą. Co prawda zajęło mi to więcej czasu niż standardowy tok nauczania, ale determinacja, praca i upór, pozwoliły mi zakończyć szczęśliwie ten temat.

Później paliłem już mniej. Sam w zasadzie nigdy, bo nie czułem takiej potrzeby. Od imprezy do imprezy. Czasem mniej czasem więcej. i tak z roku na rok coraz mniej.

Był czas, że znowu było więcej – podobnie jak poprzednio – w szkole (jednej z wielu), do której uczęszczałem – znowu spotkałem palących znajomych. I kolega robił sam takie aromatyczne skręty. Ale na szczęście, przestało mi to sprawiać frajdę. Bywało, że miałem ogromną chęć żeby zapalić, chodziło to za mną nawet przez długie tygodnie.

I wystarczyło zapalić papierosa i przypomnieć sobie, że to mi już nie służy, że to tylko wspomnienie i wyobrażenie jest takie wyidealizowane. Wiem, że to ryzykowna metoda i wiele osób przez nią wracało do różnych nałogów, ale ostatnia przerwa w paleniu tytoniu wyniosła blisko dwa lata i nie widzę szans na powrót do tego, więc nie będę sobie nawet tym zaprzątał głowy.

Ten zapach tytoniu papierosów w pudełku. Wyjmowanie go z paczki. Szelest wałkowania w palcach. Trzask odpalanej zapałki i wciągnięcie dymu.

I smród, gryzienie w gardle, niesmak w ustach, nieświeży oddech, kaszel. Tego się już tak dobrze nie pamięta…

No i nieunikniony wpływ na zdrowie – niby oczywiste, ale wypierane, podobnie jak przy innych truciznach.

#1724 – obecność

Obecność

Dzisiaj fragment z pamiętnika potłuczonego:

Jeśli byłeś polskim nastolatkiem w latach 90 XX wieku, nie sposób było nie mieć możliwości by sięgnąć po trawę. Każdy znajomy miał znajomego, który miał dojście do najlepszego towaru. Ja osobiście bałem się palenia jak ognia, bo czytałem różne rzeczy o narkomanach, a zazwyczaj w to co przeczytałem, po prostu wierzyłem. A marycha była narkotykiem, przynajmniej dla mnie. Ale nie przeszkodziło mi to w spróbowaniu tego specyfiku i to oczywiście niejednokrotnie.

Najbardziej wyrył się w mej pamięci drugi raz. Działo się to na wycieczce szkolnej w klasie maturalnej. Pojechaliśmy do Krakowa z grupą policealnego studium ekonomicznego. Zwiedzaliśmy stare miasto, muzea, byliśmy nawet w teatrze, na sztuce, której za chorobę nie pamiętam. Ale za to doskonale pamiętam to co było później…. Wracaliśmy do naszej noclegowni znajdującej się w gdzieś w centrum miasta w klasztorze sióstr zakonnych. Dormitorium znajdowało się w ciemnej suterenie i mieliśmy spać na metalowych, piętrowych łóżkach w wieloosobowej sali. Gotycki sufit dopełniał mrocznego klimatu tego miejsca. Szykowaliśmy się do spania i planowo, po ciszy nocnej zebraliśmy się na dolnych pryczach by rozprawiać o rozterkach nastoletniego życia. Mareczek, mistrz ceremonii, wyjął fifkę, napełnił ją z namaszczeniem grasem i zapalił używająć ciemnozielonej zapalniczki benzynowej z białym emblematem czaszki. Słychać było trzask palącego się zioła. Podawaliśmy sobie w kręgu tę fajkę pokoju, niczym Winnetou i Old Shatterhand na stronach książek Karola Maya.

Zaciągnięcie, przytrzymanie dymu w płucach tyle ile się da, wydech. Powtarzaliśmy to kilkukrotnie. Siedzieliśmy w zmroku rozjaśnianym żółtymi płomieniami świec. Cienie tańczyły na ścianach i łukowatym sklepieniu dodając klimatu temu niezapomnianemu miejscu.

Dla mnie czas się zatrzymał. Byłem zjednoczony z nicością i mrokiem. Ogarnął mnie chłód i przerażająca samotność. Towarzysze oddalili się ode mnie choć nie przesunęli się ani o milimetr. Zamarłem nie mogąc się ruszyć i po prostu trwałem, zawieszony w pustce. Nie wiem ile to trwało, ale niepokój, który czułem zaczął być niewygodny niczym zbyt ciasne wżynające się w kroku spodnie. Głosy rozmowy kolegów i koleżanek były przytłumione i nie byłem w stanie wyodrębnić ani słów, ani ich sensu. Byłem zupełnie sam w komnacie pełnej ludzi, do czasu kiedy poczułem Obecność. Nie jestem pewny czy już wtedy widziałem istoty, czy jedynie je wyczuwałem, ale panika zaczęła mnie paraliżować. Wydusiłem z siebie, że ktoś tu jest oprócz nas jest. Mój strach i stan w jakim się znajdowałem, postanowił wykorzystać Mareczek, który jako wytrawny palacz spotykał się z podobnymi przypadkami swoim życiu. Potwierdził, że ktoś tu jest i widzi osoby, i wtedy ich zobaczyłem. Byli wokół nas, otaczając nas kręgiem wyłaniając się z cieni tańczących na ścianach. Postacie miały bezkształtne twarze z czarnymi dołami oczu , zaczęły wyciągać do mnie ręce. Chcieli mnie zabrać do siebie. Tam gdzie moje miejsce. Nie wiem co było dalej. Nie pamiętam. Nie wiem czy chcę pamiętać i do końca nie jestem pewny jak się to zakończyło. W każdym razie było to jedno z bardziej przerażających wydarzeń w moim życiu.

Później długo nie miałem odwagi nawet pomyśleć o paleniu marihuany. Było co prawda jeszcze kilka razy, kiedy się odważyłem, ale wszystkie te razy, zarówno przed i po nie przyniosły takich rewelacji.

Nie była to jednak jedyna sytuacja kiedy spotkałem się z obecnością. Pamiętam, póki co, jeszcze dwa inne przypadki, jeśli chcesz wiedzieć więcej, czytaj uważnie bo pojawią się na stronach tej książki.

#1723 – czy mi się chce?

Tak chce mi się. problem tylko, że nie zawsze i nie wszystko. A często nie to, co akurat byłoby przydatne i potrzebne w danym momencie. Chciałoby mi się jebnąć tym wszystkim i gdzieś ucieś z ukochaną, zaszyć się w głuszy i koczować obcując z naturą, nawet w nesprzyjających warunakch. Razem, wspólnie, na dobre i na złe.

Sytuacja jest taka, że jednak żyjemy w zajebistym XXI wieku i trzeba ładować kiesy korporacji pracując w pocie czoła, pocie który nie wynika ze zdrowego i uzasadnionego wysiłu, a jest następstwem stresu i nieustającego pierwotnego niepokoju. I jestem z ukochaną, na dobre i na złe, tylko nie mamy wystarczająco dużo czasu by spędzać go we dwoje zmierzając do wspólnego celu.

#1724 – Zero

Zero

To był pierwszy dzień. Dzień, w którym potwierdziło się przypuszczenie, że przyszło mu żyć w kupie. Powiedziałby, że w gównie, ale to raczej nie przystoi sześciolatkowi w Pierwszy Dzień Zerówki.

Dla dorosłych to oczywiście nic takiego. Ot po prostu pozostawienie bachora na parę godzin pod opieką Pań. Lub Panów, ale Pana to ja nigdy nie widziałem w tej roli. A dzisiaj nie jestem w nastroju do wydawania opinii w temacie, nad którym nawet się nie zastanawiałem zbytnio. Wracając do głównego nurtu sprawy: do dupy było już na początku. Tato przyprowadził Myszka do szkoły, w której miały się rozpocząć wrześniowe katusze. Myszko – tak wołała do niego mama. Często, przy kolegach też. Ale obciach, że szkoda gadać. Dobrze, że z tego się wyrasta. Może nie wszyscy, ale jednak większości się udaje.

No i tata wprowadza go do szatni, pomaga zmienić buty na ciapy, wieszają kurtkę na haczyku z motylkiem i idą. Idą do sali gdzie już jest ona. Pani. Pani jest straszna. Stara jakaś taka pewnie tuż przed emeryturą czy rentą, z 50 lat na pewno miała. Pomarszczona i przysłonięta różnymi kosmetykami, które nieudolnie starały się przykryć wszelkie niedoskonałości starczej skóry. Fuj. Aż się robi niedobrze na samą myśl. Całokształt uzupełniają kręcone, rude włosy oraz wielkie okulary, przez które patrzy oczami ropuchy. Poniżej głowy znajduje sznur się czerwonych, niczym sok truskawkowy, korali, leżących na bieli koszuli z kołnierzykiem. Dolne części ciała zakrywa brąz spódnicy w kolorowe, jak jesień liście. A na imię ma właśnie …. Kto wie jak miała na imię?

No i ta straszna pani bierze naszego Myszka od taty i każe mu zostać z nią i bandą innych sześciolatków w sali. Mówię wam, włos się jeży, skóra cierpnie, a tata wychodzi, pomimo tego, że Myszek zaczyna spazmatycznie płakać. Biedne porzucone i zdradzone dziecko. I tu rodzi się pytanie – czy to wtedy rozpoczął się proces zmian psychofizycznych tego małego człowieka? Czy nastąpiło już to wcześniej? Przed piątymi urodzinami?