Z pamiętnika potłuczonego…
Papierosy
Szlugi, ach te szlugi. Pamiętam jak rodzice czasem palili na spotkaniach ze znajomymi. Tato sporadycznie, dla towarzystwa. Mama chyba wtedy częściej, ale w sumie nie pamiętam. No i mnie to w młodym wieku zafascynowało – ten zapach, dym, zadowolone miny dorosłych (ale to zadowolenie raczej nie wynikało z palenia papierosów).
No i dopiąłem swego, dali mi kiedyś na takiej nasiadówce pociągnąć dymka. Ależ to był syf, który spowodował jedynie kaszel i odruch wymiotny. Ubaw mieli co nie miara.
Nie odpuszczałem jednak. Pamiętam jak z kolegami i być może koleżankami, szwendaliśmy się po okolicznych uliczkach i szukaliśmy niedopałków, żeby udawać, ze je palimy…. Tak, miałem wtedy z sześć lat i u stóp cały świat. Nie sposób sobie tego teraz wytłumaczyć i skomentować.
Później, już w podstawówce, miałem kolegów, gdzieś tak w piątej klasie (12 lat), którzy chodzili palić za szkołę na przerwach. Mnie wtedy do tego nie tyle co nie ciągnęło, a raczej o obesrany byłem strasznie – co by na to rodzice powiedzieli?
I jakoś nie dałem się w to wkręcić, aż do jakiejś wycieczki szkolnej. To było jeszcze w podstawówce, wycieczka dwudniowa chyba. Gdzieś, w jakimś ośrodku z czteroosobowymi pokojami. Noc ciemna i dwóch kolegów palących w pokoju. Po ciszy nocnej i pewnym czasie „na uspokojenie”, zaczęli palić, a jak mówi stara zasada, kto nie pije / pali / bierze (niepotrzebne skreślić), ten kapuś – to i mi przyszło spróbować. No i oczywiście wychowawczyni wyczuła smród i przyszła i była wpadka. Chryjka nawet, można powiedzieć. Straszenie, powiadomienie rodziców i takie „niewiadomoco”.
Tato był w szkole na specjalnym zebraniu dotyczącym naszych wybryków. Wrócił i zapytał mnie:
– Podobało ci się?
– Nie – odparłem przestraszony.
– To nie rób tak więcej .
Temat się zakończył. Na jakiś czas.
Później było już spokojniej, aż do czasu liceum. Chyba około trzeciej klasy, kiedy miałem już blisko 18 lat, znowu nastał bum na papierosy. Wszyscy palili. No może nie wszyscy dosłownie, ale prawie wszyscy w towarzystwie, w którym się obracałem. Na imprezach, „na dworze”, gdzie spędzaliśmy czas, na spotkaniach na klatkach schodowych, na ogniskach, imprezach, na wyjazdach nad jezioro, obozach wypoczynkowych czy w czasie letniej , sezonowej pracy. Wszędzie, zawsze, ciągle. Papierosy były relatywnie tanie. Bardzo tanie. I mogliśmy sobie na nie pozwolić. Z drugiej strony patrząc na to co spożywa dzisiejsza młodzież, to nie wiem czy to było najgorsze, to co mogło nas spotkać dzisiaj.
No i tak się paliło. Rodzice udawali, że nie widzą. My nie wspominaliśmy, że palimy. Za bardzo, bo po co sobie rzucać wzajemnie kłody pod nogi? Z tego co pamiętam, nawet moja siostra popalała. I każdy z tym jakoś żył.
Apogeum mojego palenia nastąpiło na studiach na politechnice.
UUUU – tak było.
Po prostu fajni ludzie wychodzili na przerwie na papierosa, we własnym, elitarnym gronie. Palarnią była wtedy cała klatka schodowa, od parteru do ostatniego piętra naszego wydziału. Tam odbywały się rozmowy, korepetycje, udzielanie porad i wymiana naukowych pomysłów. Tego co wtedy dało mi przebywanie z tamtymi ludźmi, w tym czasie, nie można uznać za marnotrawstwo. Śmiało mogę powiedzieć, że dzięki temu przebrnąłem przez ten etap mojej edukacji. I to szczęśliwie – z dyplomem inżyniera zaliczonym na ocenę dobrą. Co prawda zajęło mi to więcej czasu niż standardowy tok nauczania, ale determinacja, praca i upór, pozwoliły mi zakończyć szczęśliwie ten temat.
Później paliłem już mniej. Sam w zasadzie nigdy, bo nie czułem takiej potrzeby. Od imprezy do imprezy. Czasem mniej czasem więcej. i tak z roku na rok coraz mniej.
Był czas, że znowu było więcej – podobnie jak poprzednio – w szkole (jednej z wielu), do której uczęszczałem – znowu spotkałem palących znajomych. I kolega robił sam takie aromatyczne skręty. Ale na szczęście, przestało mi to sprawiać frajdę. Bywało, że miałem ogromną chęć żeby zapalić, chodziło to za mną nawet przez długie tygodnie.
I wystarczyło zapalić papierosa i przypomnieć sobie, że to mi już nie służy, że to tylko wspomnienie i wyobrażenie jest takie wyidealizowane. Wiem, że to ryzykowna metoda i wiele osób przez nią wracało do różnych nałogów, ale ostatnia przerwa w paleniu tytoniu wyniosła blisko dwa lata i nie widzę szans na powrót do tego, więc nie będę sobie nawet tym zaprzątał głowy.
Ten zapach tytoniu papierosów w pudełku. Wyjmowanie go z paczki. Szelest wałkowania w palcach. Trzask odpalanej zapałki i wciągnięcie dymu.
I smród, gryzienie w gardle, niesmak w ustach, nieświeży oddech, kaszel. Tego się już tak dobrze nie pamięta…
No i nieunikniony wpływ na zdrowie – niby oczywiste, ale wypierane, podobnie jak przy innych truciznach.