Wysiedliśmy w Rabce o szóstej minut dwadzieścia (14 IX 2024) z autobusu zastępczego PKP. Rozejrzeliśmy się po szarym placu i zobaczyliśmy zielony szyld płaziego sklepu. Nabyliśmy drogą kupna dwa kubki gorącej kawy i ruszyliśmy Czerwonym, głównym Szlakiem Beskidzkim w stronę Szlaku Niebieskiego, który nas miał doprowadzić na szczyt Lubonia Wielkiego.
– Ale fajnie, prawie nie pada, jesteśmy prawie wyspani, a dzisiaj tylko 31km w planie. Pójdzie jak z płatka – powiedziałem radośnie, dysząc i robiąc dobrą minę do złej gry.
– To będzie super przygoda! – odparła Monika – i raźno ruszyliśmy przez puste, o tej porze, ulice miasteczka.
Leźliśmy i leźliśmy, co godzinę robiąc 5 minutowe przerwy, oraz jedną dłuższą na kanapki, gdzieś na polance. Po 4 godzinach dotarliśmy, już całkiem zmoknięci na szczyt i po wykonaniu pamiątkowych zdjęć ze Szlakową Kropką MSB oraz szczytem Lubonia W., pierwszej w tym dniu dużej góry, weszliśmy do schroniska. Tak, 4h i niecałe 10km. Byliśmy szczęśliwi, że właśnie zaczynamy tak naprawdę wędrówkę, a jednocześnie spojrzeliśmy prawdzie w oczy – będzie grubo! (2024 IX 14 10:40)
W schronisku puchy tylko gospodarz i my. Weszła herbatka i piwo, posiedzieliśmy w ciepełku jeszcze trochę, słuchając punk rocka, a później z nadzieją ruszyliśmy w dalszą drogę. W dół, dół, dół …… Ślisko i stromo bylo, ponad godzina się zeszła żeby z tej góry zejść z honorem i bez ślizgu. I oczywiście nieocenione okazały się nasze karbonowe kijki do biegania. Lekkie i trwałe, bez nich wchodzenie i z schodzenie byłoby po prostu niebezpieczne. Kolejnym większym punktem naszej sobotniej wycieczki była Mszana Dolna, gdzie zjedliśmy obiad i uzupełniliśmy wodę. Tak z ręką na sercu, to myślę, że tutaj powinniśmy zrobić nocleg z uwagi, że poprzednia noc była praktycznie pozbawiona snu. Ale my już mieliśmy kwaterkę zarezerwowaną i jechaliśmy na adrenalinie, zatem nawet taka myśl nie przyszła nam do głowy. Po popasie, ruszyliśmy w dalszą drogę i niebawem rozpoczęliśmy kolejną drogę pod górę. tym razem naszym celem był Lubogoszcz, najpierw Zachodni, a później już ten właściwy. Dotarliśmy na szczyt tego pierwszego o 18:30, a jako, że ciągle padało, zaczęło się już robić ciemno.
Monia zaproponowała, żeby rozbić namiot i zostać na noc:
„Rozbijmy namiot i przenocujmy tu”
„E tam” – mówię – „damy radę, zaraz szczyt Lubogoszczu i będziemy schodzić do Kasiny Wielkiej. Powoli zejdziemy, mamy kijki, czołówki, z góry jest tylko 4km.”
O ja wam powiem, że było grubo. Ślisko, mgła, mżawka jakaś, światło czołówek tworzyło białą ścianę w odległości metra od nas. Nic nie było widać, a zejście było dosyć strome, po skalnych olbrzymich kamieniach.
Mokro mi było na plecach i to nie był deszcz, a pot, który spływał niczym Niagara. Sprawy nie ułatwiały pełzające wszędzie Salamandry plamiste i tyle ich było, że trzeba się było starać by ich nie rozdeptać. W życiu nie widzieliśmy na żywo tych płazów, a akurat tutaj było ich całe zatrzęsienie. Na szczęście najstromsze zejscie miało chyba niecałe dwa kilometry i później ścieżka zmieniła się w leścną drogę, później w asfalt.
Do kwatery dotarliśmy o 21 zmoknięci jak kury, bo na ostatnich 500m deszcz przemienił się w ulewę. Szczęśliwi, że to koniec dnia pierwszego, szybko szykowaliśmy się do spania w naszym mikropokoju, który poza łóżkiem i łazienką oraz naszymi plecakami niewiele był w stanie pomieścić. Porozwieszaliśmy nasze ciuchy gdzie się dało, szybki prysznic, herbata i gdy przyłożyłem głowę do poduszki, pochłonął mnie czarny sen.
Tak skończył się dzień nr 1 na szlaku.
Nie śniło mi się nic.
Kiedy po chwili otworzyłem oczy, było już rano.


