#1828 – Tydzień PnCD 54

No i koniec. Jestem obecny. Żyję i mam się dobrze.

Po ponad dwutygogniowym oczekiwaniu dotarła informacja o pozytywnym wyniku egzaminu. Można więc się cieszyć drugi raz. Bo pierwszy był po egzaminie, że już po i wszystko w rękach komisji egzaminacyjnej.

I później było oczekiwanie na wynik i analiza tego co i jak zrobiłem, jak dalekie było to od ideału i od tego, jak bym chciał, żeby to wyglądało. Sęk w tym, że lata już nie te i 10 czy 15 lat wcześniej ten egzamin byłby po prostu pestką. A tu schody: jak ćwiczyć tak dobrze, żeby się przy tym nie zepsuć, nie nabawić kontuzji i sprostać wymogom, co nie jest takie łatwe jak trzeba się z tym zmierzyć w cztery oczy.

W cztery oczy z samym sobą.

Bo jedna rzecz to jest to czy ten egzamin zdasz a druga jak podołasz dźwignąć odpowiedzialność i wizerunek, do którego to zobowiązuje. Teraz jest czas by się z tym oswoić i ugruntować to co zadziało się w ostatnich miesiącach i tygodniach, bo na wręczenie pasa i certyfikatu przyjdzie poczekać kilka tygodni, może miesięcy i wtedy znowu będzie można się z tego cieszyć. kolejny raz, nieustannie, każdego dnia. Bo to jest fajne, że możesz robić coś, dzielić się tym z innymi i tworzyć myśli i pojęcia dające motywację innym.

A za tydzień kolejna edycja kursu instruktorów i trenerów, gdzie będzie okazja podzielić się sowimi przemyśleniami wzbogaconymi o kolejne doświadczenia zdobywane niemal codziennie na macie, a przede wszystkim we własnej głowie.

#1827 – cisza

Znów nadszedł czas na chwilę ciszy i zadumy. Po co to wszystko? Za czym ta gonitwa? Dokąd to wszystko zmierza i jakich poświęceń wymaga?

Koniec wakacji, dzieci znów idą do szkoły, w radiu wspominki z agresji Niemiec na Polskę, wojna na Bliskim Wschodzie, wojna na / w * (* niepotrzebne skreślić) Ukrainie. Znowu ktoś zginął na motocyklu, ktoś się ożenił, ktoś ma dosyć życia, inny chciałby jeszcze coś zrobić, dla siebie i dla innych. A ktoś pozostawił sześcioletnią dziewczynkę w oknie życia.

Wieczne rozkminy, wieczny wyścig z czasem, którego podobmo nie ma, a równoległość światów daje nadzieję, że wczorajsze marzenia gdzieś tam się spełniają, a inne nasze nieznane pragnienia są naszym życiem, które jest pasmem niekończących się sukcesów.

Co robić? Co odpuścić? Czy jest coś o co warto walczyć? Ale pytanie czy walka jest konieczna by osiągnąć spokój i spełnienie? Może zamiast nerwowej i stresującej wojny z samym sobą, wystarczy robić dobrze to co konieczne i budować świat utopijnej szczęśliwości…. Niby proste i oczywiste, ale chociaż wielu ludzi wierzy w różnych jedynych i wszechmogących bogów, to żadnemu, jedynemu z nich, nie udało się stworzyćc świata, który sprostałby potrzebie ludzkiej do spokojnego życia w godności, spokoju i przyjaźni.

Jak bardzo trzeba być idealnym by być spokojnym o byt i o to, że jutro nadejdzie?