No i koniec. Jestem obecny. Żyję i mam się dobrze.
Po ponad dwutygogniowym oczekiwaniu dotarła informacja o pozytywnym wyniku egzaminu. Można więc się cieszyć drugi raz. Bo pierwszy był po egzaminie, że już po i wszystko w rękach komisji egzaminacyjnej.
I później było oczekiwanie na wynik i analiza tego co i jak zrobiłem, jak dalekie było to od ideału i od tego, jak bym chciał, żeby to wyglądało. Sęk w tym, że lata już nie te i 10 czy 15 lat wcześniej ten egzamin byłby po prostu pestką. A tu schody: jak ćwiczyć tak dobrze, żeby się przy tym nie zepsuć, nie nabawić kontuzji i sprostać wymogom, co nie jest takie łatwe jak trzeba się z tym zmierzyć w cztery oczy.
W cztery oczy z samym sobą.
Bo jedna rzecz to jest to czy ten egzamin zdasz a druga jak podołasz dźwignąć odpowiedzialność i wizerunek, do którego to zobowiązuje. Teraz jest czas by się z tym oswoić i ugruntować to co zadziało się w ostatnich miesiącach i tygodniach, bo na wręczenie pasa i certyfikatu przyjdzie poczekać kilka tygodni, może miesięcy i wtedy znowu będzie można się z tego cieszyć. kolejny raz, nieustannie, każdego dnia. Bo to jest fajne, że możesz robić coś, dzielić się tym z innymi i tworzyć myśli i pojęcia dające motywację innym.
A za tydzień kolejna edycja kursu instruktorów i trenerów, gdzie będzie okazja podzielić się sowimi przemyśleniami wzbogaconymi o kolejne doświadczenia zdobywane niemal codziennie na macie, a przede wszystkim we własnej głowie.
