#1840 – MSB nach Chełm!

Wstaliśmy raniutko, kawa, pakowanie i o 06:12 już kliknęliśmy START w zegarkach. Pogoda zapowiadała się całkiem obiecująco. Słońce leniwie wstawało kiedy przemierzaliśmy ulice Myślenic.

To był długi, powolny i dosyć przyjemny marsz. Tuż po opuszczeniu Myślenic trafiliśmy na fajny punkt widokowo – odpoczynkowy – Myślenicka Lipka, kolejnym ciekawym przystankiem była Kapliczka Św. Mikołaja z nieodległą leśną sławojką. Później. standardowe przerwy wypoczynkowo regeneracyjne i w południe dotarliśmy do kapliczki Św. Huberta, z wiatą turystyczną. Bardzo dobre miejsce na nocleg, z namiotem lub bez. Można się spokojnie przespać nawet jeśli pada deszcz. Posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy dalej. Kolejne górki, odpoczynki, kawa i herbata z garnuszków i piwo zakupione jeszcze w Myślenicach.

Około 16 dotarliśmy do wsi Palcza. Monia została z plecakami, a ja pobiegłem (nie wliczone w nasze kilometry) „na pusto” do odległego o 1km sklepu spożywczo-przemysłowego. Kupiłem niezbędne artykuły m.in. ogórek, kiełabasę, wkład do znicza i płyny regenerujące. Ruszyliśmy dalej i planowaliśmy dotrzeć w okolice szczytu góry Chełm, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć miejsce na rozbicie namiotu.

Szliśmy i szliśmy, zgodnie z planem, noga za nogą, niespiesznie i bez zbędnej spiny. Wleźliśmy na górę Chełm Wschodni i szliśmy grzbietem. Początkowo przez osiedla, później przez las. Mieliśmy już wielką ochotę gdzieś się zatrzymać i siąść bo głód i zmęczenie dawały o sobie znać. Przyspieszyliśmy bo mieliśmy już tego serdecznie dość.

Znaleźliśmy w końcu to miejsce, gdzie mapa twierdziła, że jest ochrona dla turystów. Była kapliczka i stół drewniany z ławkami. Pierwsza klasa!

Siedliśmy, przygotowaliśmy kolację, już po zmroku, przy świetle znicza i spożyliśmy ją z wdzięcznością. Zupki w kubkach sprzedawane w owadzim dyskoncie weszły wyśmienicie. To był nasz główny posiłek tego dnia.

Po zniknięciu wszystkich biegaczy i rowerzystów rozbiliśmy namiot. Przytwierdziliśmy go 4 śledziami, bo prognozy nie wskazywały na deszcz.

Położyliśmy się i chwilę po 20 już spaliśmy jak susły. Obudził mnie deszcz i wiatr. Była 22:00. Najpierw przeraziłem się, że zamokną nam bagaże, więc sprawdziłem, czy wszystko jest ok. Później zerknąłem na prognozę – deszcz miał padać tylko przez godzinę, zatem odetchnąłem z ulgą. Wiatr wiał i w sumie ten szum był dosyć uspokajający choć przerażajacy. Usnęliśmy znowu i już bez zakłócceń spaliśmy do rana.

Tak, 900 m przed szczytem Chełmu, na dobre, zamknęliśmy dystansem 29km, dzień czwarty.

#1839 – MSB przez Kudłacze

Wstaliśmy gdzieś o 06:30. Przepychając się pomiędzy łóżkiem i ścianami pomału ogarnialiśmy graty. W aneksiku kuchennym zrobiłem kawę i tuż po jej spożyciu ruszyliśmy w dalszą drogę.To wszystko zajęło nam ponad godzinę, zatem jedyne co nas napawało optymizmem to: słońce zapowiadające niezłą pogodę, widok na górę, z której wczoraj schodziliśmy po ciemku i nadzieja na kolejną porcję kawy, herbaty i śniadanie w Bacówce na Wierzbowej Górze. Szliśmy i szliśmy, poprzez niższe niż wczoraj szczyty i tuż przed południem dotarliśmy do owego miejsca. Okazało się, że jest to chatka, bez nadzoru, gdzie można skorzystać ze schronienia, przenocować, napalić w kozie, zrobić ognisko i co tam jescze komu przyjdzie do głowy. Świetne miejsce na nocleg czy nawet spędzenie dwóch dni z dala od wszystkiego. Zjedliśmy śniadanie, posiedzieliśmy trochę i z żalem ruszyzliśmy dalej, bo plan dnia był dosyć napięty. Mieliśmy dotrzeć do Myślenic i spędzić noc w tamtejszym klubie Karate, na macie. Szliśmy zatem dalej, napawając się pogodą i ciężarem niesionym na grzbiecie.

Najwyższym szczytem tego dnia miał być Lubomir, pod który podejście było już nieco bardziej uciążliwe. Po drodze odpoczęliśmy w Gościńcu pod Lubomirem, który zadziwił nas dwoma faktami: jest czynny jedynie w weekendy, a piwo jest tylko bezalkoholowe. Coś tam przekąsiliśmy i ruszyliśmy dalej w górę. Zatrzymaliśmy się na Lubomirze po zdjęcia do diademu i ruszyliśmy dalej. Droga nie była stroma, prowadziła w dół i po kolejnych dwóch godzinach marszu dotarliśmy do Schroniska na Kudłaczach. Była 17:00. Jedząc bigos i popijając nasze ulubione trunki rozważaliśmy czy iść dalej do Myślenic – zostało nam 10km i pewnie ponad 3h marszu czy zostać na noc w schronisku i wziąć kolejny nocleg w Myślenicach kolejnego dnia i po prostu sobie trochę odpocząć. Wizja kolejnego schodznia po ciemku w nieznanym terenie oraz zapas czasu na jaki mieliśmy zaplanowany urlop utwierdził nas w decyzji, że zostajemy na noc i odpuszczamy nocleg w klubie.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, wyszykowaliśmy się do spanka i o 21 już chrapaliśmy w schroniskowych łóżkach. Pospaliśmy dłużej, zjedliśmy jajecznicę na śniadanie i nie spiesząc się, bo padało, sporo po 10 wyruszyliśmy w drogę. Szliśmy i szliśmy, trzeci dzień z rzędu i całkiem fajnie się robiło. Nie było ni zimno, ni gorąco, w sam raz. Salamandry znowu pokazały się w wielu miejscach i wizja krótkiego dystansu poprawiała humor. Ostatnie 2 kilometry zrobiło się bardziej stromo w dół, akońcówka prowadziła zakrętasami dosyć nieintuicyjnie. Cieszyliśmy się, że nie zostala nam ta droga na poprzedni wieczór. O 14 stanęliśmy przed naszą kwaterką, dokładnie przy szlaku.

Zostawiliśmy rzeczy i bez plecaków ruszyliśmy na podbój Myślenic. Saaceru tego nie wliczyliśmy do wędrówki, a chodzenie bez obciążenia pokazało dlaczzego tak wolno nam szła wędrówka. Poszliśmy do fryzjera, na obiad, zakupy i wróciliśmy na nocleg. Pooglądaliśmy TV, pojedliśmy poleżeliśmy i pożądnie odpoczęliśmy przed kolejnym dniem. Opcja noclegu w na Kudłaczach i rozdzielenie 27km odcinka na dwa dni 18km+9km była strzałem w dziesiątkę! To były dni 2 i 3.