Wstaliśmy raniutko, kawa, pakowanie i o 06:12 już kliknęliśmy START w zegarkach. Pogoda zapowiadała się całkiem obiecująco. Słońce leniwie wstawało kiedy przemierzaliśmy ulice Myślenic.
To był długi, powolny i dosyć przyjemny marsz. Tuż po opuszczeniu Myślenic trafiliśmy na fajny punkt widokowo – odpoczynkowy – Myślenicka Lipka, kolejnym ciekawym przystankiem była Kapliczka Św. Mikołaja z nieodległą leśną sławojką. Później. standardowe przerwy wypoczynkowo regeneracyjne i w południe dotarliśmy do kapliczki Św. Huberta, z wiatą turystyczną. Bardzo dobre miejsce na nocleg, z namiotem lub bez. Można się spokojnie przespać nawet jeśli pada deszcz. Posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy dalej. Kolejne górki, odpoczynki, kawa i herbata z garnuszków i piwo zakupione jeszcze w Myślenicach.
Około 16 dotarliśmy do wsi Palcza. Monia została z plecakami, a ja pobiegłem (nie wliczone w nasze kilometry) „na pusto” do odległego o 1km sklepu spożywczo-przemysłowego. Kupiłem niezbędne artykuły m.in. ogórek, kiełabasę, wkład do znicza i płyny regenerujące. Ruszyliśmy dalej i planowaliśmy dotrzeć w okolice szczytu góry Chełm, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć miejsce na rozbicie namiotu.
Szliśmy i szliśmy, zgodnie z planem, noga za nogą, niespiesznie i bez zbędnej spiny. Wleźliśmy na górę Chełm Wschodni i szliśmy grzbietem. Początkowo przez osiedla, później przez las. Mieliśmy już wielką ochotę gdzieś się zatrzymać i siąść bo głód i zmęczenie dawały o sobie znać. Przyspieszyliśmy bo mieliśmy już tego serdecznie dość.
Znaleźliśmy w końcu to miejsce, gdzie mapa twierdziła, że jest ochrona dla turystów. Była kapliczka i stół drewniany z ławkami. Pierwsza klasa!
Siedliśmy, przygotowaliśmy kolację, już po zmroku, przy świetle znicza i spożyliśmy ją z wdzięcznością. Zupki w kubkach sprzedawane w owadzim dyskoncie weszły wyśmienicie. To był nasz główny posiłek tego dnia.
Po zniknięciu wszystkich biegaczy i rowerzystów rozbiliśmy namiot. Przytwierdziliśmy go 4 śledziami, bo prognozy nie wskazywały na deszcz.
Położyliśmy się i chwilę po 20 już spaliśmy jak susły. Obudził mnie deszcz i wiatr. Była 22:00. Najpierw przeraziłem się, że zamokną nam bagaże, więc sprawdziłem, czy wszystko jest ok. Później zerknąłem na prognozę – deszcz miał padać tylko przez godzinę, zatem odetchnąłem z ulgą. Wiatr wiał i w sumie ten szum był dosyć uspokajający choć przerażajacy. Usnęliśmy znowu i już bez zakłócceń spaliśmy do rana.
Tak, 900 m przed szczytem Chełmu, na dobre, zamknęliśmy dystansem 29km, dzień czwarty.
