#1857 – come back

Stagnacja to ciężki kawałek chleba.Tym bardziej, że robi się już czerstwy i coraz ciężej go pogryźć. Na szczęście ten kawałek kiedyś się skończy i pora sięgnąć po kolejny. Od ciebie zależy czy weźmiesz świeży, nowy, pachnący i jeszcze ciepły bochenek, czy będziesz optował za takim jak poprzedni przy samym końcu. Decyzja niby prosta i oczywista, ale prawie zawsze, by mieć coś świeżego i wspaniałego, trzeba włożyć na nowo energię, pracę i znaleźć zapał, by rozpalić ogień w piecu od nowa.

I od nowa.

Jeszcze raz.

Znowu to samo. Ale inaczej. Zmieniają się pory roku, zmieniają się cyfry na kalendarzu i najtrudniej, że to te w numerze lat. Kolejne siwe włosy, o ile jeszcze masz włosy. I te zmarszczki, które przychodzą nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co, bo przecież w duszy ciągle jesteś młody.

Dobrze, zejść ze sceny niepokonanym, ale nie do końca warto schodzić, bo schodząc w nieodpowienim momencie zatrzymujesz się na zawsze. Zatem, zatańczmy jeszcze jeden raz. I kolejny, i jeszcze jeden…

W sumie dlaczego nie? Dzień Świstaka jest nieuchronny, pytanie na co tym razem zwrócisz uwagę i w których sytuacjach zmienisz swoje zachowanie na lepsze. Jak inni zareagują na tę zmianę? Nie wszystko można zrobić inaczej, nie wszystko można zrobić inaczej od razu, ale jak nie zaczniesz zmiany od siebie, to mało prawdopodobne, że zmiany będą na lepsze. Zaakceptuj nieuchronność przemijania i ciągłej zmiany pomimo pozornej monotonii życia. Szczególnie, że nasz dzisiejszy świat zmienia się w tak dynamiczny sposób, ze nie sposób przewidzieć, w większości przypadków, co będzie za pięć lat.

Gdzie widzisz się za pięć lat?

Biorąc pod uwagę tempo zmian, to widzę się w jakimś dobrym miejscu. Ale konkretnie jak będzie ono wyglądać, to ciężko powiedzieć. Większość spraw przyziemnych będzie podobna, ale istotne szczegóły będą na zupełnie innym poziomie. Wszystko już zostało powiedziane, nie wszystko zrealizowane, ale po każdym wdrożeniu planów, okazuje się, że interpretacja wyników ukazuje kolejne ścieżki i niuanse, pozwalając odkrywająć kolejne korytarze prowadzące do niezbadanych, jeszcze komnat. A może jedna z nich to Bursztynowa Komnata? A może miejsce kaźni i tortur, z gnijącymi szczątkami mędrców posądzonych o bluźnierstwa i herezje przeciw Panu?

No nic. Jest ciekawie, czuć podmuch nowości i „trans-formacji”, choć w sumie jest ona próbą ociosywania kamiennego koła sosnową pałką.

Pora otrzepać się z popiołów i wstać znowu na nogi, rozłożyć skrzydła i wzbić się w niebo, rozświetlając jesienno-zimową aurę ich ognistym blaskiem.

Feniksy tak mają.

#1856 – a może zacząć?

Prokrastynacja, to taka straszna trwoga, ogarnia mnie, przenika mnie.

Największy problem z rzeczami do zrobienia mam taki, że boję się zacząć. Bo jak zacznę, to robi się coraz większy rozpiździach i przeogromny bałagan, nad którym nie sposób zapanować (w wyobraźni przede wszystkim). A potem trupy zaczynają wychodzić z szafy. Rurki pękają, pojawiają się nowe, niezbadane okoliczności, próchno sypie się z każdego zakątka a w ręku zostaje trwale jedynie to, co miało zostać wymienione. I okazuje się to najbardziej niezniszczalnym elementem, tej całej spierdoliny.

A jak coś zacznę robić to się okazuje, że akurat to co potrzebne to działało, przed tę niewielką robótką, na całkiem zadowalającym poziomie, a w trakcie zmian okazuje się, że by wrócić chociaż do stanu wyjściowego, trzeba ponieść wysokie koszty, nie mówiąc o tym, że koniec, końców ma być lepiej, wygodniej, ładniej i w zasadzie to taniej.

Tylko kto zapłaci za moje nerwy i czas?

Tysonowi zapłacili 40 baniek zielonych, żeby nie znokautował jakiegoś jutubera, a mi taka kwota nie przysługuje przez kilkanaście pokoleń, w którą stronę by nie patrzeć.

Zatem poczekam, popatrzę, tym bezruchem się nacieszę – chciałoby się powiedzieć czasem i po prostu ponudzić się i pomedytować, jak proponują mędrcy i mistrzowie Zen. Tylko nie ma takiej opcji. Trzeba brać młot, na nieszczęście elektryczny i rozpieprzać wszystko jak wlezie, by robić miejsce nowemu przeznaczeniu. Zmiana jest dobra. Tylko nie każda, nie dla każdego i nie zawsze.

Ale ale. Nie dramatyzujmy. Zmiany są konieczne i nieuniknione, zatem trzeba się nauczyć je wdrażać, oswajać i przechodzić z nimi do codzienności. Strachy na lachy, srał to pies i nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Im wcześniej zrozumiesz cel i zakres zmian, tym łatwiej się do nich przekonać i odpowiednio nimi zarządzić. A jak już zaczniesz, to aż trudno się oderwać od nich.

I właśnie to zostawianie czegoś w środku roboty, boli mnie najbardziej. Lubię mieć takie etapy, które umożliwiają działanie całości i daje to wielką satysfakcję, że idziemy do przodu, pomimo tego, że do końca jeszcze kawał drogi.

Krok po kroku. Kilometr po kilometrze, rok po roku. Życie po życiu. A nie, tak daleko to już nie sięgam pamięcią.

Podsumowując- trzeba robić swoje. Odpoczywać, działać, celebrować i przede wszystkim, żyć pełnią życia, ciesząc się każdym dniem. Przede wszystkim dzisiejszym.

#1855 – rzecz ważna

Czy ja już dostatecznie dojrzałem do tego by wiedzieć kim jestem i co bym chciał robić w życiu? Czy traktuję znaki, sygnały i drogowskazy zbyt pobieżnie by dostrzec w nich wskazówki dające nadzieję na spełnienie marzeń, o których nie śmię śnić?

Co jest miarą sukcesu w życiu, a przede wszystkim dojrzałości i spełnienia? Osiąganie nowych celów, czy pielęgnowanie tych starych i niezmienność poglądów i przemyśleń? Czy należy się biczować za błędy młodości, czy brnąć w bagno pomimo świadomości, że ta droga prowadzi na samo, podwójne, dno. Czy tańczyć jak grają, czy nie tańczyć w ogóle, bo nie lubię, czy zamienić taniec na coś innego, podobnie jak Stryjek zamienił siekierkę?

Często znamy jedynie wycinek histoii, a odnosimy ją do naszych wyobrażeń i oczekiwań, a życie, ma to po prostu w dupie i drwi sobie z nas grając na nosie skoczne melodie, przy których ciężko płakać nad swoim losem. Chłopaki nie płaczą, dziewczyny nie skaczą po drzewach, a nikt nie powinien mówić tego co myśli, bo jeszcze urazi to panią Jadzię z warzywniaka. Milion dróg przenikających się płaszczyznami, o których ciężko mówić i myśleć otwarcie. Co jest błędem, co nauką, doświadczeniem, porażką czy zwrotem ku lepszemu? Zawsze można dostrzec złe strony medalu, często można farbować ogon jak lis, który próbował oszukać las. Las Krzyży – jak na końcu przekonał się Adaś Miauczyński. Czytaj do końca, ze zrozumieniem i nie daj się zwieść pozorom, bo prawda leży tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy.

#1854 – kontrola

Kontrola podstawą zaufania – to stare hasło, którego używaliśmy w szkole, bawiąc się w wojnę, komandosów i bandytów. Sęk w tym, że podobnie jak wiele rzeczy na tym świecie, kontrola, poza wieloma zaletami, ma jedną wadę: jest droga. Kosztuje wiele zasobów, czasu, pieniędzy, zaangażowania i czego tam jeszcze, nie gwarantując oczekiwanych rezultatów. Wszak wprowadzanie obserwatora, kimkolwiek i jakikolwiek by nie był, zaburza rzeczywistość, niszczy naturalny stan rzeczy i powoduje zawirowania wpływające na proces. Jeśli kontrola ma coś wskazywać, do czegoś prowadzić i przed czymś chronić musimy się na początku zastanowić – na jakim poziomie i przez kogo powinna być prowadzona.

Bardzo łatwo spowodować sytuację, że zamiast być narzędziem, które pozytywnie wspiera nasze działania, przerodzi się we wrzoda, którego co inteligentniejsi będą obchodzić bokiem jak licznik na gazomierzu.

Taki mamy kraj, taki mamy klimat i jeśli coś ma być policjantem z radarem, to kojarzy się źle lub bardzo źle, a na pewno jako wyzwanie do wyprowadzenia w pole. Dostosuj zatem kontrolę do swojej świadomości i licz się z tym, że wyniki pomiaru mogą nie być zgodne z oczekiwaniami. Wszak nie wykonujemy doświadczeń na potwierdzenie naszych teorii, ale na wykazanie, że to co do tej pory wiemy, niestety nie jest tym czym się nam na początku wydawało. I jeśli chcemy zbudować zaufanie – to trzeba wspólnie mieć wizję, do której wszyscy chcą dążyć. Wtedy możemy się skupić na tym co istotne – na współpracy i wymyślaniu nowych sposobów na przełamywanie słabości i dążenie do uzyskania najlepszych rezultatów posiadanymi zasobami.

Tylko to wymaga uczciwości, partnerstwa i wkładania wysiłku zgodnego z możliwościami, oczekiwaniami i uzgodnionym wynagrodzeniem.

#1853 – posłaniec

Posłaniec to jedna z trudniejszych życiowych ról. Szczególnie wtedy, kiedy informacje, które przekazujesz, nie są dobre i pomyślne dla odbiorców. Wtedy właśnie twój wizerunek staje się ucieleśnieniem zła, a twa osoba jest akurat pod ręką by przelać na nią swą frustrację i niezadowolenie.

Czy warto zatem pełnić taką rolę? Cóż, biorąć pod uwagę fakt, ile razy się z tym borykamy, nie warto naweć rozważać odpowiedzi na to pytanie, a potrzebujemy poszukać innego, bardziej właściwego: Jak być najlepszym możliwym posłańcem i nie zginąć przy tym od razu. Ani nie stać się ofiarą na którą każdy może wylać frustrację i wykorzystać jako Pierwotną Przyczynę (z ang. „Root Cause”) swych niepowodzeń i życiowych potknięć.

Posłańcu, posłanniczko – pamiętaj, że nie jesteś ofiarą, a przede wszystkim medium przekazującym informacje. Życie na pierwszej linii, niezależnie jakiego frontu i jakiej profesji zawsze wiąże się z wielkim stresem, odpowiedzialnością i koniecznością powstrzymania emocji, które cisną się często na usta i członki. Głupota ludzka, pierwsza reakcja i zamknięcie we własnej bańce, z której łatwiej bronić własne argumenty, często uniemożliwia poprawną analizę sytuacji, w której znajdują się obie, a nawet więcej stron konwersacji. Gdyby rola posłańca była prosta i lukratywna – organizacje, szefowie wszystkich szefów i bogowie, przekazywaliby swe posłania bezpośrednio do odbiorców. A tak używają posłańców, którzy po wygłoszeniu swego przekazu, często giną, udowadniając jednocześnie, jakie to było mądre, ważne i daleko idące przesłanie – często wyprzedzające o stulecia swoją epokę.

Trzymaj się zatem, rób co trzeba i zważaj na słowa, bo raz wypuszczone, będą użyte przeciwko tobie, niezależnie od tego jakie były pierwotne intencje i zamierzenia.

#1852 – tradycja

Na ile powinniśmy się opierać na tradycji? Jak bardzo powinniśmy się cofnąć w czasie by sięgnąć do mądrości przodków. Czyich przodków? Czy wiesz kto jest twoim przodkiem, tak naprawdę? Czy to Słowianie, Tatarzy, Wandalowie, chłopi, szlachta, radzieccy żołnierze, bolszewicy, niemieccy socjaliści, księża, książęta czy inne barachło? W co wierzyć? W Boga? W Bogów? W naród? A gdzie nasz honor, który pozwala rozkradać wszystko na lewo i prawo oraz wyprzedawać co się da.

Czy można zapomnieć o historii? Czy można zamazać niepowodzenia i porażki? Czy należy wyciągąć niestworzone wnioski i karać kolejne pokolenia za błędy popełnione przez przodków, o których nie mamy nawet zielonego pojęcia?

Gdzie jest miejsce na tolerancję? Gdzie jest miejsce na tłumaczenie, zrozumienie, prostą szczerość i zaufanie. Jak można ufać, skoro pierwszym prawem jest brak zaufania, nawet do siebie samego? Człowiek człowiekowi wilkiem, baran baranowi wilkiem w owczej skórze, a wilk nosił razy kilka, ponieśli i wilka.

Czym jest krew wylana przez przodków, skoro w szkołach uczyli raz tak, raz tak? Złoczyńcy stali się bohaterami, bohaterowie złoczyńcami. Co przyniesie jutro? Co zmienią wybory tu czy tam? Kto przesunie chorągiewki na mapie, by przekierować uwagę w odpowiednią stronę, aby przetasować karty w sposób umożliwiający wyciągnięcie korzyści tam gdzie trzeba, tym co trzeba.

Za wolność naszą i waszą. Gdzie jest wolność, czym jest wolność i gdzie jest wolna wola? Rób co chesz, ale masz zrobić tak i tak.

Bosman ci powie. Jesteś wszak jedynie siłą napędową tego okrętu, a wiatru w żagle nie będzie. A może morze pozwoli i zmierzymy w kierunku … co to za różnica dokąd, skoro nie masz na to wpływu?

#1851 – szczęście

Dlaczego ludzim tak trudno dostrzec szczęście? Jesteśmy stworzeni do szukania sobie problemów i ich potencjalnego rozwiązywania, bądź ubolewania, że występują. A jak już je rozwiążemy, to szukamy kolejnej dziury w całym.

Dlaczego nie ponieść się fazie kontemplacji, akceptacji i bycia tu i teraz? Czy to, co mamy dostępne, to za mało by się cieszyć?

Miska kaszy czy ryżu, listopadowe słońce, szum liści rozgarnianych stopami w czasie spaceru z bliskimi.

Jesli ci mało, możesz pójść pobiegać, poczytać książkę, czy przytulić się do kogoś bliskiego. Lepsze jest często wrogiem dobrego, a to, że dostaniesz więcej, może oznaczać również to, że będziesz musiał więcej oddać do wspólnej kasy, albo obarczą cię większą odpowiedzialnością.

Tak – czytanie czy nawet oglądanie innych historii, sprowadza się również do pokazania jakiegoś problemu i sposobów jakimi bohater jest sobie w stanie z nimi poradzić, albo co bardziej ekscytujące – w jaki sposób sobie z nimi nie radzi, gdyż los rzuca mu kolejne kłody pod nogi. I kolejne i kolejne, a producenci odgrzewają kotleta pisząc sequele, prequele, budując kolejne światy i odchodzą na kolejne kręgi, które sprowadzają nas do tego samego wniosku.

„Że jest w sumie całkiem dobrze”

Pytanie czy to nie za mało? Czy nie powinniśmy chcieć więcej i dążyć do podniesienia poziomu, w którym sie znajdujemy? By żyć zdrowiej, pełnią życia, możliwości i odnajdywania przyjemności, o których nie mieliśmy pojęcia, zamknięci w swojej bańce?

To trudne pytanie – bo okazać się może, jak często, że gonienie króliczka jest fajniejsze niż złapanie go. Bo wtedy trzeba coś z nim zrobić. Zabić , zjeść, zamknąć, hodować, doglądać, albo wypuścić i gonić dalej? Tylko czy ktoś królika pytał, co on by chciał (no może poza Alicją). Czy królik chce żebyśmy w ogóle zwracali na niego uwagę? Czy przyszedł do nas, jak w Matriksie i zaproponował zabawę w ganianego? Czy nam po prostu kazali go gonić, bo tak trzeba i ukoi to oblicza zagniewanych bogów, których śmieliśmy obrazić tym, że nas stworzyli na swoje podobieństwo?

Szukaj swojej drugiej połówki, która da ci ukojenie i poczucie spokoju i zrozumienia. Może jesteś idealny dla kogoś na tym świecie? Może jesteś idealny dla wszystkich? A może jeszcze nie wiesz, że jesteś idealny będąc nieidealnym?

A może wszystko jest jedynie iluzją i wytworem czyjejś wyobraźni? W zasadzie samo to, że niektórzy wierzą, że zostaliśmy stworzni przez jakiegoś boga, stawia nas w sytuacji, ze żyjemy w wymyśłonym wszechświecie…

Cóż, zatem w tym przypadku i tak mamy wszystko zaplanowane i działamy zgodnie z czyimś planem. Wystarczy mieć szczęście. Często od pokoleń.