Pobudka przed 06:00. Szybka kawa w apartamencie. Później sześciominutowy spacer na przystanek busów (taak, świetny plan i miejsce kwaterunku), w Krakowie przesiadka w PKP poprzedzona wizytą w Burger King i dalsza podróż w komfortowych warunkach.
W Lublinie byliśmy po 13. Autobus w stronę domu, kilometrowy spacer do naszego mieszkanka w dzielnicy X (Dziesiąta) i prawie laba….
Odbiór psów, dzieci i wizja powrotu do korpo-kołowrotka…..
Oby do następnego wyjazdu, choćby na spacer po lesie….
Wstaliśmy bez spiny, ale też nie za późno. Jakoś o tak o, po siódmej chyba.
Niby niedaleko nam zostało, ale jeszcze jakieś dwa pagórki były i dodatkowe 2km do nadrobienia do szlaku.
Wypiliśmy kawę na kwaterce, chyba kaszkę jakąs wciągnęliśmy i ruszyliśmy w słonecznej pogodzie.
Szliśmy elegancko, trochę asfaltu, trochę lasu, w górę i w dół. Mieliśmy zarezerwowaną dzień wcześniej kwaterkę, 1 km od szlaku i jedyna niewiadoma to była jak kolejnego dnia dostać się do Krakowa (czy gdzieś indziej) i do domu. Ale te zmartwienia zostawiliśmy sobie na później, bo było kilka róznych opcji w odwodzie.
Dotarliśmy na miejscew sumie gładko, jak zwykle odpoczywając i delektując się przyrodą i nieuchronnym końcem wycieczki.
Stanęliśmy przed kwaterką i Monia sprawdziła, od której można się meldować:
’- Od 15:00 – powiedziała
’- O to świetnie się składa bo jest 15:01 – odparłem.
Zainstalowaliśmy się, odświeżyliśmy się nieco, założyliśmy ostatnie, przygotowane, na powrót do ludzkości, ciuchy i ruszyliśmy w miasto. Bez plecaków!!!! Ło tak, to se można chodzić biegać, cuda robić.
Połaziliśmy po mieście, zjedliśmy pizzę, pochodziliśmy po szlakum żeby kolejnym razem nie nadrabiać utraconych metrów w Rabce i sprawdziliśmy skąd mamy busa następnego ranka.
Wszystko było ustalone na TipTop, my zadowoleni i szczęśliwi, że daliśmy radę z I etapem GSB, zdodnie z założeniami.
Przed zmrokiem byliśmy już z powrotem i szykowaliśmy się spać z kurami.
Wstaliśmy przed 08:00. Zjedliśmy ciepłe śniadanie w schronisku i przed 09:00 już dziarsko maszerowaliśmy. Taaa. Leźliśmy.
Pogoda w końcu jak na koniec lata przystało (19 września 2025). Temperatura rosła z godziny na godzinę i po południu było około 30 stopni. Beło w końcu gorąco.
Wędrowaliśmy spokojnie, głównie z góry, choć było jeszcze kilka miejsc pod górę.
Mijaliśmy jedną fajną wiatę i jeden schron turystyczny, niedaleko Bystrej Podhalańskiej. Fajne miejsca na nocleg, ale dla nas były nieprzydatne ze względu na porę dnia.
Od wspommnianej już Bystrej, trochę asfaltu, później szutr, znowu asfalt i dotarliśmy do Jordanowa. Dzień wcześniej Kapitanka naszej drużyny zarezerwowała nam nocleg w jedynym dostępnym miejscun na bókingu (bardzo fajne mijesce i korzystna cena). Musieliśmy drałować od szlaku blisko 2km i pomimo, ze dystans dnia nie był porażający, to już mieliśmy serdecznie dosyć. Po drodze wstapiliśmy na obiado – kolację do gospody U Lipy, nasyciliśmy się i odpoczęliśmy i już rzut beretem, był nasz nocleg.
Przed 18 już byliśmy gotowi na dalsze uciechy na kwaterce. Tak minął ten gorący letni dzień.
Wstaliśmy rano, jeszcze przed wschodem słońca, bo wiedzieliśmy, że ten dzień to nie przelewki. Wypiliśmy kawę, zebraliśmy w szałasie namiot i powoli się rozgrzewaliśmy maszerując. Pierwotnie, minioną noc, mieliśmy spędzić w schronisku na Markowych Szczawianach, ale wyszło jak wyszło i do tego punktu mieliśmy jeszcze 8 km. I jak zwykle na tym wyjeździe, zasada nr 1 dałao sobie znać, bo do schroniska dotarliśmy około 9 rano, zjedliśmy ciepłe i pyszne śniadanie i co więcej, zobaczyliśmy cennik noclegów. Śpiąc w namiocie / szałasie oszczędzilismy 260 PLN, zatem było warto….
Tego dnia pogoda zaczęła dopisywać, w takim sensie, że nie padało, świeciło słońce i było całkiem znośnie, gdyby nie trzeba było dźwigać kilogramów na grzbiecie. Po wyjściu ze schroniska było mocno pod górę. Pod Babią Górę, bo to był ten kulminacyjny szczyt wyjazdu (a i całego szlaku GSB). Na znakach stało jak wół, że do szczytu 1 godzina 30 minut, ale nam to zajęło chyba ze 3-4h. Pod górę i w okolicach szczytu wiatr, może nie urywający głowy, ale dający się już odczuć. Wdrapaliśmy się na kupę kamieni na wierzchołku i ruszyliśmy dalej w dół, z równie zawrotną prędkością. Szliśmy i odpoczywaliśmy, dotarliśmy do Przełęczy Krowiarki, gdzie wypiliśmy kawę i herbatę z kontenera siedząc w wiacie turystycznej.
Stąd już tylko kilka szczytów i aby dotkąnąć jak dotrzemy do schroniska obok Kucalowej Przełęczy (na Hali Krupowej).
Ło Panie – jak to długo trwało. Szliśmy już kolejny raz po ciemku, nie chcieliśmy już spać w namiocie, chcieliśmy wziąć prysznic i mieć trochę ciepła.
Jeszcze jeden spektakularny wywrot w moim wydaniu i około 21 dotarliśmy do schroniska, które z niemałym trudem i kilkukrotnym sprawdzaniem mapy, daliśmy radę zlokalizować. Budynek był ciemny i cichy, jakby nikogo tam nie było i już mieliśmy wizję rozbijania namiotu „gdziebądź”, ale na szczęście zostaliśmy wpuszczeniu i obsłużeni w mrocznej, ale ciepłej atmosferze.
Około 22, umyci, już usypialiśmy, z wizją, że śpimy w opór, do 07:30 i jemy śniadanie na miejscu.
Dalsza wizja trasy mówiła sama za siebie – najgorsze już za nami, teraz z górki na pazurki.
Podsumowując dzień: 25 km, prawie 14 godzin aktywnego marszu.
Rano wstaliśmy i tak za późno bo około 06:30. Wypiliśmy kawę w schronisku i około 07:30 rozpoczęliśmy zejście z Hali Miziowej. Jak sie po kilku godzinach okazało nasza opieszałość popłaciła jak zwykle. Bo gdy o 10:10 byliśmy na przełęczy Glinne (do której dojście nie było proste i kilka razy wywinąłem orła na błocie – ze dwa razy w pieknym stylu) okazało się, że jest tam świetna i tania restauracja, otwarta właśnie od 10:00.
Zjedliśmy zatem wczesny, pyszny obiad i szliśmy dalej. Padało, świeciło słońce, ja się wywracałem i ślizgałem na błocie jak na lodzie. Gdyby nie kijki chyba nigdzie byśmy nie doszli.
Szliśmy i szliśmy, noga za nogą i robiło się już coraz zimniej.
Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy na szczyt Mędralowej i wypatrywaliśmy z utęsknieniem, zaznaczonego na mapie szałasu.
BYŁ TAM!!! Słońce chyliło się już za horyzont, zimno było jak cholera a my w tej budzie rozbijaliśmy nasz namiot, bo zimno było jak cholera i wiał przenikliwy wiatr. W górnej izbie szałasu już ktoś spał zatem zajęliśmy dół. Zjedliśmy żarcie z z kubka i w zimnym namiocie poszłiśmy szybko spać, żeby rano ruszyć jak najwcześniej, w kolejną trudną drogę.
W namiocie było w nocy 11 stopni, w szałasie znacznie chłodniej, a na dworze, na pewno około 5 stopni.
Wstaliśmy rano, przed 06:00, było jeszcze ciemno. Korzystając z wiaty na polu namiotowym, obtrzepaliśmy namiot z wody, bo deszcz jak zaczął padać w nocy tak zamierzał nam towarzyszyć tego dnia. Przynajmniej z rana.
Wypiliśmy kawę turystyczną i ruszyliśmy w mozolną trasę. Zanim jeszcze wyszliśmy z Węgierskiej Górki już zdążyliśmy zgubić szlak, ale dzięki temu wypiłem dużą kawę na Orlenie, a ma towarszyszka skorzystała z Białej Muszli.
Wyszliśmy za miasto, przez plac budowy nowo utwarszanej drogi, mijaliśmy fort i bunkry. Było prawie fajnie. Prawie, bo rzadkie znaki pokazujące czas przejścia do kolejnych punktów na szlaku sugerowały, że poruszamy się w żółwim tempie. U nas czas gonił, mijały godziny, a na znakach zaledwie kwadranse…
Zaczynało się robić ciężko na grzbiecie.
Dotarliśmy do Stacji Abrahamów – posililiśmy się kaszką instant oraz napojami tam zakupionymi i ruszyliśmy dalej.
Stacja Słowianka okazała się chatą / schronem – nie skorzystaliśmy z niej i szliśmy dalej do schroniska na Rysiance.Dotarliśmy tam jakoś po południu. Monice strasznie dokuczał już staw skokowy, założyliśmy więc tejpa, zjedliśmy kotleta i pierogi, wypili kawę i herbatę i poszliśmy dalej.
Błoto, trochę deszczu i spadająca temperatura. To pamiętam.
Metr za metrem, słupek graniczny, za słupkiem granicznym. tuż przed zachodem słońca wleźliśmy na Palenicę/BRTS. Na ławce i stole turystycznym przygotowaliśmy ciepłe napoje i w związku ze spadającą temperaturą i nieprzyjemnym wiatrem, wiedzieliśmy, że musimy dojść, tak jak zakładał pierwotny plan, do schroniska na Hali Miziowej.
„To tylko 3km.”
Szliśmy około 1,5h, świecąc sobie czołówkami i przedzierając przez dosyć strasznie wyglądające kałuże wody i błota o szerokości całej dostępnej drogi.
Na miejsce dotarliśmy około 20:30. zakwaterowaliśmy się w sali wieloosobowej, budząc śpiących już dwoje innych turystów i przed 22 również spaliśmy, umyci, pachnący i szczęśliwi, że przebrnęliśmy przez dzień czwarty.
Wstaliśmy „stosunkowo” rano i już po 6 byliśmy w trasie. Dotarliśmy do schroniska na Przysłupie na śniadanie i doceniliśmy wczorajszą zmianę planu. Raz, że mieliśmy ciepłe śniadanie, a dwa, że za nocleg zapłacilibyśmy prawie 3x tyle co na kwaterce.
Posileni ruszyliśmy powoli dalej, odpoczywając, delektując się pięknymi widokami oraz wiatrem na Baraniej Górze.
Szliśmy sobie miarowo, spokojnie kontemplującróżne kluczowe dla nas myśli: np. czemu ten plecak taki ciężki, dlaczego jest pod górkę, dlaczego jest z górki, kiedy jedzonko i kto mi kazał tu przyjeżdżać. Po każdej wypitej kawie czy herbacie przygotowanej na kuchence turystycznej, humor wracał i leźliśmy dalej i dalej.
Po południu okoo 1730, dosyć szybko tego dnia dotarliśmy do Węgierskiej Górki, gdzie przy szlaku trafiliśmy na pizzerię. Placki pizzy typu neopolitańskiego. Takie se o, bez szału, ale warto spróbować, szczególnie, że w nogach mieliśmy blisko 21 km i prawie 10 godzin aktywnego marszu. W trakcie naszej biesiady padał przelotny deszcz.
Po posiłku znaleźliśmy czynne pole namiotowe, na które ruszyliśmy zbaczając ze szlaku do sklepu po wodę gazowaną.
Rozbiliśmy namiot na mokrej trawie, wzięliśmy prysznic i przed 20 już spaliśmy.
Tego dnia nadrobiliśmy już nasz plan i pokrywał się z pierwotnym.
Wstaliśmy rano przed 6 bo już dwóch młodych turystów rozmawiało dosyć głośno w wiacie, obok której był nasz namiot. Chronili się przed deszczem, który padał przez całą noc.
Pod wiatą złożyliśmy namiot, przygotowaliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Dotarliśmy do Soszowa („Szoszowa” ;-)), gdzie zjedliśmy śniadanie – szwedzki stół i chlapiąc się dalej w błocie i deszczu ruszyliśmy „na Stożek”. W tamtejszym schronisku wypiliśmy kawę i herbatę i powoli ruszyliśmy dalej.
Szliśmy i szliśmy i szliśmy i dotarliśmy na przełęcz Kubalonka.
Była tam otwarta restauracja, gdzie pokrzepiliśmy się jadłem i napitkiem, odpoczęliśmy nieco i ruszyliśmy dalej. Naszym pierwotnym celem było schronisko na Przysłupie pod Baranią Górą, ale zweryfikowaliśmy nasze plany, bo byliśmy już zmęczeni. Dodatkowo skusiła nas informacja na przydrożnych znakach, że jest otwarte schronisko na Stecówce. Od wielu lat było zamknięte, ale łudziliśmy się, że zostało otwarte. Oczywiście myliliśmy się. Było zamknięte i ciągle w remoncie. Jak co roku.
Na szczęscie po 300 m trafiliśmy na agroturytykę i załatwiliśmy sobie nocleg w „ludzkich” warunkach za 40 PLN od osoby.
Przed 20, wykąpani i wyszykowani już spaliśmy słodko.
Plan znowu był zmodyfikowany, my zadowoleni, a podróż dnia drugiego zakończona po niemal 23 km i 9 h aktywnego marszu (czasu w schroniskach i knajpie nie liczyliśmy).
Rano wstaliśmy i dokończyliśmy pakowanie. Mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut do pociągu, zatem chcieliśmy na spokojnie zamówić Ubera alo Bolta.
I co?
I gówno. O tej porze (5 z hakiem) w Lublinie, w sobotę nie jeździ taka komunikacja. Nie ma, null, ZERO.
Zatem lekko poirytowani ruszyliśmy nerwowym krokiem na pobliski przystanek MPK. Autobus spóźnił się jedynie 2 minuty.
Z przyśpieszonym oddechem, pełni werwy, niemalże biegliśmy z naszymi plecakami (25% masy ciała każde z nas) przejściem podziemnym na dworzec. Już mieliśmy wchodzić po schodach, kiedy usłyszeliśmy gwizdek i zanim wdrapaliśmy się na peron, naszego pociągu już nie było…
No nic to. Świat się nie kończy na jednym pociągu. Kolejny mieliśmy za 2h, którym mogliśmy dorwać nasz do Ustronia (z dwoma przesiadkami), ale nie było dostępnych biletów w apce. Jak się po kilku minutach okazało, w kasie również nie było możliwości zakupu biletów, więc pozostała nam opcja nabycia ich u konduktora.
Aby nie ponosić opłaty 20 PLN za wydanie biletu w pociągu podjechaliśmy jedną stację na Lublin Zachodni i tam czekaliśmy na nasz pociąg – jeśli na stacji nie ma kasy, ta opłata wynosi 0 PLN . Czekaliśmy jak na ścięcie, bo nie wiedzieliśmy czy damy radę się tym obciągiem zabrać czy nas wyrzucą na najbliższej stacji.
Czekając okazało się, że nie wzięliśmy ze sobą sznurka, który kupiliśmy dzień wcześniej, a ułatwiłby nam przymocowanie namiotu do plecaka, gdyż same paski niestety się rozluźniały. Ech – sznurek, sznurek.
Po godzinie pociąg przyjechał, kupiliśmy szczęśliwie bilety u kierownika pociągu i mknęliśmy dalej ku przygodzie. Żeby nie było tak kolorowo do kolejnej przesiadki (jednej z dwóch pozostałych) mieliśmy 10 minut a opóźnienie naszego pojazdu rosło – do 20 minut. Na nasze kolejne szczęście w nieszczęściu, takich osób było więcej i kolejny pociąg na nas poczekał.
Dalej poszło już z płatka, bo do kolejnego mieliśmy zapas 30 minut, zatem złapaliśmy nasz do Ustronia i zgodnie z planem pojaiwlśmy sie na tamtejszym dworcu około godziny 13:15.
Tuż obok dworca jest kropka początku / końca czerwonego szlaku, z którą cyknęliśmy fotkę i ruszyliśmy w pieszą trasę.
Po drodze było kilka sklepów i próbowaliśmy w nich zakupić jakiś sznurek, linkę, cokolwiek, niestety bez skutku.
Po kilkuset metrach zobaczyliśmy wypożyczalnię rowerów elektrycznych.
’- Zapytajmy czy mają może kawałek sznurka – powiedziałem i zboczyliśmy kilkadziesiąt metrów ze szlaku.
’- Czy ma pan może kawałek sznurka na zbyciu? – zapytałem pracownika. Bez słowa otworzył szufladę i wyjął z niej 1,5 m kawałek sznurka, który tam na nas czekał.
Z radością podziękowaliśmy, na ławce przymocowaliśmy solidnie namiot i uśmiechnięci ruszyliśmy na naszą pierwszą górkę – Równicę.
Na Równicy zjedliśmy obiad w restauracji (na czas pobytu w knajpach i schroniskach pauzowaliśmy aktywność w zegarkah) i ruszyliśmy w dół do Ustronia Polany i można rzec, wdrapywaliśmy się na Czantorię Wielką. Na górze postanowiliśmy rozbić namiot bo już było ciemno i w sumie, po niemal 13km marszu (ponad 6h) tam zakończyliśmy dzień pierwszy. Tuż przed 21 już spaliśmy w naszym turystycznym przenośnym domku. Na szczęście porządnie rozłożyliśmy namiot, bo już o 22 zaczęło padać…
Plan tego dnia był na 20km i na nocleg w schronisku w Soszowie (po mojemu „Szoszowie”), ale życie pisze swoje scenariusze i nalezy być na to przygotowanym.
Zasada nr 1 – plan jest po to żeby go zmieniać i dobry plan powinien to uwzględniać.
Rok minął odkąd byliśmy na Małym Szlaku Beskidzkim i nastała pora by kontynuować przygodę już na Głównym Szlaku Beskidzkim.
Plany były różne i zmieniały się z każdym miesiącem, ale od lipca obraz wyjazdu zaczął się krystalizować. Postanowiliśmy ruszyć od strony Ustronia Zdroju i po mniej więcej 8 dniach wędrówki dotrzeć do Rabki Zdroju (164 km).
Sprzęt mieliśmy już z grubsza ustalony i przetestowany, brakowało nam tylko kilku szaprgałów takich jak kapoty przeciwdeszczowe, czołówka, kompas analogowy, sznurek i prowiant.
Ruszyliśmy zatem na zakupy dzień przed planowanym wyjazdem i wieczorem Monia rozpoczęła pakowanie szpargałów do naszych plecaków.
Rano pociąg 6 z hakiem, a więc rano trzeba było wstać koło 5.
Przy pakowaniu ja oczywicie usnąłem, a Monika zajęła się ciemną stroną mocy.