#1974 – wyrzekamy się cz. II

Z pamiętników Pewnego Pozytywnego Przybysza (3P)

No i zaczęło się liceum. Tutaj już szanse na spróbowanie alko były większe i więcej się o tym rozmawiało. W drugiej klasie liceum chyba, była wycieczka do Szczawnicy i już większość z chłopaków zaopatrywała się w jakieś piwo i wino. Ja, póki co trzymałem się na uboczu i stroniłem. Wtedy, z tego co pamiętam, jeszcze się wykpiłem, ale później już było trudniej. Podobnie „na placu” też już zaczynał się złoty wiek picia na ławce. Wytrwałem gdzieś tak do 17 roku życia, mniej więcej. A wiecie – kto nie pije ze wszystkimi – to kapuś. No i zaczęły się pierwsze imprezy, z których nie sposób się było wykręcić, jeśli chciało się być chociaż kimś w towarzystwie. A ja chciałem być „chociaż kimś”, bo dla mnie to nie było łatwe, oczywiste ani proste. No i już poszło – pierwsze osiemnastki, wyjazdy nad jezioro, obozy, sobotnie wypady po knajpach. Picie w garażu, na ławce, w plenerze. Na studniówce, przed studniówką, po studniówce. Na studiach, na wakacjach. Z okazją, bez okazji. Zazwyczaj mniej i z umiarem, ale czasem więcej. Za dużo i za często. Piwo, wóda, spirytus z targu, wino itp. itd. jak to młodzież, kiedyś to było inaczej ….

Koledzy moi różnie skończyli. Jedni się zaćpali. Inni zachlali. Jeszcze inni chlają do dzisiaj. Są też tacy, którzy wyszli na ludzi i mają się całkiem dobrze.

I tak się to kręciło. Weekendziki, popołudnia, wieczory, po troszeczku, po malutku.

Trwało to latami. Od wesela do wesela. Od imprezy do imprezy. Po trochę bo to nie szkodzi. Po więcej, bo czasem trzeba, a chłop się napić musi.

Później przyszło trochę opamiętania, ale jak to bywa i wrost częstotliwości po spotkaniu odpowiednich ludzi. Było parę wpadek gdzieś tak do 2016 roku. Wtedy znowu było wycofanie i zmniejszenie picia okazjonalnego do „mniej okazjonalnego”. Później przyszła pandemia i znowu piwo dało o sobie znać. Parę imprez i znowu stop w 2023 na parę miesięcy.

I potem znowu parę piwek tu, parę tam, niby nic specjalnego.

Aż do połowy sierpnia 2024. Teraz przestałem się zatruwać. Czasem piwo bezalkoholowe bo lupulina jest dobra i smaczna 😉 .

Nie liczę godzin ni lat, to życie mija, nie ja.

Nie da się zatrzymać czegoś co budowało się jako nawyk przez ponad 30 lat, tak z dnia na dzień. Trzeba do tego czasu, chęci i determinacji. Co ma być to będzie – jednak prawda jest taka, że AL nie toleruje innych bogów przed sobą.

Masz o nim pamiętać i unikać go jak bardzo tylko możesz, bo jak się zdekoncentrujesz i dasz się zwieść na manowce, to popłyniesz lepiej niż Michael Felbs na Igrzyskach Olimpijskich w 2004, 2008, 2012, 2016…

Czy wyolbrzymiam?

Z powodu picia zmarli (nie z dnia na dzień ale miało to jednak wpływ i nie pomogło im dłużej żyć) moi dziadkowie, moja mama, jej brat, siostra, dalszy stryjek, koledzy z podwórka, koledzy z pracy, sąsiedzi, pierwszy teść …..

Tak, są też ludzie, którzy umierają nie pijąc, ale po co prowokować niepotrzebnie los, wydawać pieniądze i samodzielnie robić z siebie kretyna, udając przy tym świetną zabawę?

Jest mi dobrze ze sobą, nie potrzebuję sztucznie oszukiwać się, że jestem nagle fajniejszy, zabawniejszy i bardzij błyskotliwy. Niestety to jedynie złudzenie.

Cieszę się, że to do mnie dotarło i dostrzegłem to w momencie, kiedy nie jest za późno. Co będzie dalej? Którz to wie – życie wszak pisze swoje scenariusze i nie ogląda się na nikogo.

#1973 – wyrzekamy się cz. I

Z pamiętników Pewnego Pozytywnego Przybysza (3P)

[…] Wiele lat zajeło mi zrozumienie dogłębne przyczyn i skutków, a przede wszystkim próby rozróżnienia co jest skutkiem a co przyczyną.

Cieszę się, że dane mi to było uszczknąć rąbka tajemnicy i zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są w stanie do tego dojrzeć. Wiele osób już zginęło w niewiedzy, a wielu się nie obudzi i nie spostrzeże w czyich mackach tkwi od pokoleń oraz w jakiej czeluści przyjdzie spocząć. Iluzja i obietnice, są bardzo pociągające, przyciągające i dające złudzenie osiągnięcia radości, spokoju i usunięcia przeszkód pojawiających się na każdym kroku.

Bóg AL i jego wyznawcy o nas zadbają, a nektar, eliksir i lekarstwo na codzienność da ulgę po ciężkim dniu. Zasłużoną nagrodę „chleba naszego powszedniego” pod postacią płynnej substancji ochoczo wlewanej do naszych spragnionych gardeł.

Pierwszy łyk za mamusię, drugi za tatusia, a trzeci za światłość wiekuistą.

Na nerki, na serce, na krążenie i ku pokrzepieniu serc i ducha. A prawda jest taka, że sami przybijamy sobie gwoździe do trumny, ciesząc się przy tym jak dzieci zdejmujące z choinki cukierki i pierniczki świąteczne.

„AL for all and all for AL” – oczywiście słowa obudzą protest i (sic) protest, bo zawsze można się wykręcić ograniczeniem wolności, możliwości i otwartości wyboru, ale prawda jest taka, że zanim zrozumiesz o co chodzi to wpadniesz w sidła i pogrążysz się w tej samej matni co inni, mądrzejsi ludzie.

Ale nikt nie mówi, że nie trzeba czcić AL jako boga – jedynego w swoim rodzaju. Trzeba znać jego moc i zagrożenie jaką ze sobą niesie oraz pamiętać na każdym kroku, że niewinnie zaczyna się każda ostatnia podróż zainicjowana spożyciem roztworu etanolu.

Można śledzić świadectwa wielu ludzi, można czytać, słuchać, oglądać, a i tak znajdzie się jeszcze więcej osób, które wierzą w zapewnienia, że „okazjonalne” i „umiarkowane” picie nie niesie za sobą skutków ubocznych, a wręcz niesie same korzyści.

Sam w to wierzyłem, mając na tacy podane wszystkie niezbędne informacje. Nie jestem najgłupszy, ale wiele lat mi zajęło, żeby samego siebie przekonać, że pora powiedzieć sobie dość i spojrzeć prawdzie w oczy. AL jest ZŁY. Tak dogłębnnie i od samego początku do końca. Nie tylko przy nadmiernym spożyciu. Nie niesie ze sobą niczego pozytywnego. Nawet poczucie ulgi, rozluźnienia i odwagi, jakie ze sobą daje jest jedynie iluzją, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością.

Najśmieszniejsze jest to, że zawsze bałem się AL. Od dzieciństwa. Od pierwszych lat, które pamiętam. A sięgam pamięcią gdzieś tak do 5-6 roku życia. Pamiętam awantury w domu rodzinnym, kiedy dziadek krzyczał po rosyjsku i niemiecku, obrażał wszystkich. Pili z babcią, znajomymi i takie imprezy często kończyły się awanturą. Jednym z przejawów takiego okazjonalnego, umiarkowanego picia był wypadek, kiedy dziadek wypadł (samodzielnie) przez okno na podwórze, bo mu się okno z drzwiami pomyliło. Na szczęście (dla niego) mieszkanie było na wysokim parterze i skończyło się potluczeniami i kiludniowym pobytem w szpitalu. Miał wtedy jakieś 70 lat. Dziadkowie pili praktycznie do śmierci. Co prawda ograniczyli spożycie, nie mieli problemów z rachunkami, pieniędzy nigdy im nie brakło i dożyli rozsądnego wieku. Dziadek 90l, babcia 80l.

A tak przy okazji – mój dziadek w młodości był organistą i jako jedno z wielu hobby – grał jako klarnecista na weselach – a na weselach to co trzeba było robić, poza graniem?

Bałem się alkoholu już w podstawówce. Coś mi jednak nie grało z tym, ze w kościele zawsze to wino było, że to niby krew JC. Później znowu Dionizes i te uciechy i zabawy greckie i rzymskie. I miód i wino w bajkach, baśniach i podaniach ludowych.

Później jakoś się okazało, ze moja mama również piła. Było to ukrywane w domu. Przynajmniej na początku, dopiero gdzieś kiedy miałem 10 lat zaczęło się mówić, że pije, że jest alkoholiczką. Straciła jedną pracę. Piła, spała. Przypalała jedzenie. Z tego co pamiętam, była jakaś próba podjęcia leczenia, ale niestety nie zakończona powodzeniem. Później druga praca, znowu to samo…

Wstyd mi było strasznie. Koledzy oczywiście wiedzieli, że moja mama jest pijaczką. Wiedza oczywista, wypierana i ukrywana. Awantury domowe -gwrantowane w zestawie jako codzienna porcja rozrywki. Nawet, a może przede wszystkim, jak tylko jedno z rodziców pije. Nie da się tak na szybko tego opisać chyba. Może kiedyś rozwinę temat, bo wydaje się być ciekawy, przerażający, interesujacy i dający wiele do myślenia – dla siebie i innych.

Jedno co wiedziałem juz wtedy, że nie chcę być taką osobą…

Alkohol na imprezach rodzinnych był w umiarze, albo nie było go w ogóle – co nie stanowiło żadnej przeszkody, zeby moja mama zawsze była narąbana. Z biegiem czasu, znajomi rodziców, nie zapraszali nas do siebie a i my nie robiliśmy spotkań towarzyskich, bo i tak nie miałby ich kto przygotowywać – wszak Mamusia zawsze była 3 kroki do przodu i już od rana była wstawiona. Nadmienić trzeba, że zaopatrzeniem i dawkowaniem zajmował się tato. Źeby lepiej sprawować nad tym kontrolę. A dzieciom matka jest potrzebna… (Tutaj zdania nieuczonych są podzielone. Mnie o zdanie nikt nie pytał, ale nie omieszkałem wyrażać swoich opinii na bieżąco.)

W podstawówce nie piłem, jak już pisałem, bałem się tego świństwa jak ognia. Już wtedy wiedziałem czym to się moze skończyć – byłem na szczęście tchórzem okrutnym.

W siódmej klasie chyba – koledzy przynieśli na zabawę karnawałową wino w słoikach. Pili w szatni i później świrowali jarząbka. Ja nie chciałem mieć z tym nic wspólnego.

Tak dotrwałem do końca podstawówki…

[c.d.n.]

#1975 – looking back over my shoulders

Święta. Chwila zadumy i radości bo rodzi się Jezusek i Gwiazdor wbija na kwadrat z prezentami pod pogańskie drzewko szczęścia. Bóg Słońca znowu budzi się do życia i ponownie wraca nadzieja, że przetrwamy do Wiosny, choć wiadomo, że najgorsze jeszcze przed nami. Wszak Zima dopiero otwiera oczęta.

Czasem wracam do wspomnień, bo wspomnienia są ważne, ale wiadomo, że są to twory subiektywne, wzbogacone tym co nam się wydaje i z rzeczywistością mogą mieć tyle wspólnego co nasze sny. Wspomnienia innych na temat tych samych zdarzeń i osób mogą być diametralnie różne i równie dalekie od stanu realnego.

Dzieciństwo to ciekawy etap w życiu, moment, który jednak trwa dosyć długo i tworzy z nas kogoś kim później jesteśmy. I wtedy mamy dwa wyjscia: albo nam się to podoba, albo szukamy odpowiedzi na pytanie, kto nam to życie tak pięknie sp#$@%. Jeśli trafiamy na drugą opcję, co nie jest znowu tak rzadkie, szukamy i drążymy, starając się odnaleźć w sobie poszlaki i dowody, aby przedstawić je sobie i innym, w świetle dociekań i usprawidliwień zastanej sytuacji. Wszak winni powinni zostać osądzeni, skazani i ukarani.

A może to nie tak? Może szukamy drogi, którą należałoby podążyć, aby takich sytuacji nie powielać? I w razie konieczności i możliwości, zrobić coś lepiej niż poprzednicy? Tylko zazwyczaj, zanim do tego dotrzemy, to okazuje się, że popełniliśmy już inne błędy, które wpłynęły na innych i spowodowały traumy i konsekwencje na ich istocie, w sposób równie silny, a niekoniecznie związany w oczywisty sposób z naszymi doświadczeniami. Koło życia się zamyka, a my możemy spokojnie zgłębiać kolejną iterację tego, co leży nam na sercu, duszy i uciska organy wewnętrzne.

Czy inni serio chcieli dla Ciebie źle? Może sami byli sfrustrowani i obciążeni tak bardzo, że nie wiedzieli co począć ze swoim życiem? Nie wiedzieli nawet, że potrzebują pomocy i jak mogłoby wyglądać ich życie, gdyby, dzięki innemu splotowi wydarzeń potoczyłoby się w odrobinę innym kierunku?

Zmiana zwrotu wektora o kilka dziesiątych stopnia może powodować, że docelowy kierunek oddali nas od początkowego celu o setki kilometrów, co nie zmienia faktu, że my możemy ten ruch korygować nieustannie, jeśli tylko wiemy, że zbaczamy z kursu.

Badźmy zatem tu i teraz. Każdego dnia i w każdej chwili. Nigdy nie jest za późno, by ropzocząć działanie, choć wiadomo, że pewnych spraw nie sposób cofnąć. I wtedy nieważne są intencje czy okoliczności. Pewne blizny zostają i nawet wyszukana terapia nie spowoduje, że znikną. Pamiętajmy jednak, że dzięki nim jesteśmy tym kim jesteśmy tu i teraz, i na pewno możemy być jeszcze silniejsi niż nam się to wydaje. Najtrudniejsze jest to, że nie możemy sami wyciągnąć się z bagna za włosy jak baron Münchhausen i potrzebujemy dźwigni, którą możemy zaprzeć o jakiś nieruchomy przedmiot lub ideę.

Wystarczy się rozejrzeć, poprosić i ponownie złapać wiatr w żagle. Nawet jeśli to niewielki zefirek.

#1972 – bailando

Małe kroki, powolny progres, niezauważalna zmiana, to jest klucz do sukcesu.

Powtarzanie „dam radę” i tłumaczenie sobie i innym tego samego po tysiąckroć – to jest klucz do sukcesu. W końcu sam w to uwierzysz i przekonasz pierwszych niedowiarków. Fakty, liczby, wykresy – nieważne. Logika, niekonieczna do przekonania co po niektórych niedowiarków. A później to już poleci, choćby i lwy miały ich pożreć żywcem.

Bo wiara jest najważniejsza, nieważne, że to w co wierzymy, może być bujdą na kółkach i resorach. Z wiarą się nie dyskutuje, bo może się to skończyć spaleniem na stosie i umieraniem wśród wesoło skaczących płomieni.

Zatem nie rozważaj zbyt wiele, bo za rozważanie kilogramów na małe torebeczki, również raczej nic miłego cię nie spotka, tylko weź się za to, za co zawsze chciałeś się wziąć. Czas uleci szybciej niż ci się zdaje i zostaniesz zgorzkniałym dziadem, żałującym swych niespełnionych marzeń.

Co ma być to będzie, przecież nikt nie gwarantuje, że to o czym marzysz to jest coś dobrego, ale jak tego nie spróbujesz, to nie będziesz wiedział kto ma rację.

Chyba, że wiesz, że to się ma źle skończyć – wtedy nie marz o tym i nie wracaj już do tego rozdziału, bo jak sam widzisz, to bez sensu.

Wiek to tylko liczba, ale – starość odbiera siły, rozum i wolę. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy, pomimo zdrowego trybu życia.

Nie rozprawiaj się z przeszłością, weź wiatr w żagle i rusz z teraźniejszością na eksplorację najbliższego otoczenia, jednocześnie rozmawiając sam ze sobą i zachęcając się do przedniej zabawy!

Bailando, bailando!!!! Tańczymy labado!

#1971 – rozmaitości

Czy można mieć jeden cel w życiu?

Czy może raczej poruszamy się w kierunku wypadkowej osiągania różnych celów z przypisanymi im wagami, priorytetami oraz przydzielonym budżetem energetyczno – mobilizującym?

Chyba to stwierdzenie może mieć trochę sensu, jeśli dodamy do tego tarcie związane ze starzeniem się i wypalaniem oraz spadek dostępnej energii, którą możemy dostarczać do naszego organizmu.

Fajnie sobie marzyć o emeryturze, o tym jakie niestworzone rzeczy będziemy wtedy robić i jakie barwne, niczym rajski ptak, przygody będą nas spotykać na każdym kroku…..

Jesteś tu i teraz. I właśnie masz niebywałą szansę i możliwość przeżywać taką przygodę, bez czekania na odpowiedni splot wydarzeń.

Masz to co masz, może czegoś ci jeszcze brakuje, ale skąd wiesz, że tak wspaniałe możliwości będą dostępne za XYZ dni, tygodni, miesięcy czy lat? Można czekać, planować, snuć domysły i scenariusz, ale można też, przynajmniej w pewnych sprawach, wziąć ster w swoje ręce i odkręcić odrobinę manetkę gazu…

Wszystko się niezmiennie zmienia. Jedne rzeczy powoli, inne z szybkością nie pozwalającą ogarnąć przyczyn i skutków tych zmian. Gdzie będziemy za 5 lat? Wiesz? Bo ja trochę wiem. Ale trochę bardziej nie wiem, zależy którą płaszczyznę życia rozważamy…. O ile będziemy na tym świecie za 5 lat, bo życie nie jest przewidywalne w żadnym momencie nie można być pewnym jutra, jednocześnie żyjąc tak jaby się było nieśmiertelnym.

Dzisiaj wychodząc rano z psem widziałem młodego gościa, zwracającego na ulicę resztki swojego jestestwa oraz niestrawione produkty świetnej zabawy.

Uderz w stół a nożyce się odezwą. Bywało się w takim miejscu i stanie i nie sposób sobie wyobrazić nawet jakby można było się w takiej sytuacji ponownie znaleźć. Ale od tego dzieli jedynie brak uwagi i zatrucie organizmu narkotykiem sprzedawnym w promieniu kilkuset, metrów, no może kilku kilometrów i brak uwagi na to kiedy przekracza się niewidzialną granicę.

Jednych to bawi, innych to złości, jeszcze innych przeraża, ale najgorsze jest to, że nie chodzi o zakazy i nakazy, ale o chciwość i brak świadomości każdego z nas osobno i jako małej części całości społeczeństwa. Kłamliwa Obietnica Świetnej Zabawy i Bycia Przez Chwilę Kimś – jest kusząca i pozwala uciec w niebyt, a proces odtruwania organizmu jest podobny do zmartwychwstania i budzenia się do nowego życia, które ponownie umożliwi dziś, za tydzień, przy okazji, wprowadzić się w stan dobrej zabawy, otępienia i nierzeczywistości. A później z kolegami można prowadzić detektywistyczne dociekania, kto co zrobił na mieście, gdzie spał i co zgubił.

Gdyby to wszystko było takie proste i wiadome, bez konieczności weryfikacji dobrych rad na własnej skórze, życie byłoby prostsze – nie trzebaby wymyślać tego wszystkiego od nowa w każdej głowie.

Jesteśmy od pierwszych chwil życia ładowani odpowiednio ukształtowanę papką informacyjną, która plastycznie tworzy struktury i schematy według, których działamy. Im później, tym trudniej je zmieniać i dostosowywać do własnych potrzeb. Im wcześniej to zrozumiesz, tym jest łatwiej działać i zmieniać podejście do niektórych spraw, nie do wszystkich, bo im bardziej fundamentalne zasady tobą kierują, tym trudniej na nie wpłynąć.

Przyzwyczajenia i nawyki to broń obosieczna, przekonania i zasady to napęd i hamulec, a religia i zasady moralne to droga z głębokimi koleinami, którą będziesz podążać i będzie ci się wydawać, że jest to jedyny słuszny i prawilny sposób na dotarcie do kresu doczesnego życia.

Przecież wszyscy wiemy, że tych dróg jest wiele, ale dziwnym trafem, ta do której otocznie przekonuje, jest najlepsza?

#1970 – iluzja

Żyjemy w iluzji, czy nam się to podoba, czy nie. Wszystko co widzimy, czujemy, odbieramy jest przetworzone przez ścieżkę złożoną z receptorów i układu nerwowego. Zatem to co nam się wydaje jest jedynie luźną interpretacją rzeczywistosci. Wydaje nam się, że na tę rzeczywistość oddziaływujemy i to dobrze, że mamy takie przeświadczenie, natomiast często jest tak, że gdzieś umyka nam potwierdzenie czy zostaliśmy poprawnie zrozumieni przez „drugie strony”. Ba czasem sami nie potrafimy się sami przekonać do czegoś, co wymyśliliśmy! (ja tak czasm mam!)

Chwila, impuls, czas, myślenie, rozważania i intuicja. Doświadczenie i wrażenie, uproszczenia i nadzieja – te wszystkie elementy składają sie na decyzje, które podejmujemy każdego dnia po wielokroć. I to wszystko kosztuje nas czas, energię i możliwość dalszej koncentracji. Zatem nie ma się co spuszczać nad mało istotnymi sprawami, nalezy sprowadzić je do nawyku i skupić jedynie na tym co ważne, a przede wszystkim na tym, na co mamy wpływ!

Pracujmy również nad nasza postawą i interpretacją rzeczywistości, bo jedyne na co mamy, niemalże, pełny wpływ, to nasze odczucia i ogląd sytuacji. Łatwo jednak wpaść w pułapkę bycia odebranym jako znieczulony i cyniczny. Dlatego tak naprawdę – musimy panować nad naszym wewnętrznym odczuciem oraz ekspresją zwrotną połączoną z wyrażaniem opinii, wniosków oraz prezentowaniem wyników analiz.

Świat jest bardzo skomplikowany i nie wiemy jak działa, natomiast poprzez szereg uproszczeń, analogii i schematów, wiele spraw potrafimy ogarnąć naszymi niewielkimi (w porównaniu do wszechświata) rozumami.

Ciesz się tym co masz i swoimi możliwościami, rób co trzeba nie przejmuj się na zapas – powodzenia! Życie jest piękne! Czasem trudne, ale to dodaje mu jedynie pikanterii.

Powodzenia!

#1970 – PI zda Łosia

Każdy wie co to PI. Ile razy się zmieści w obwodzie koła jego średnica. 3.14159 z hakiem.

Łoś – taki samolot z II Wojny Światowej – polska myśl technologiczna.

Zdanie pozornie nie ma sensu, a jednak po przeanalizowaniu poszczególnych przypadków rzeczywistości jego wydźwięk oddaje dokładnie to co dzieje się w mojej głowie. Nic to w porównaniu z próżnią kwantową i badaniem wpływu obserwatorów na zbliżanie się ze zmiennym przyspieszeniem do horyzontu zdarzeń pobliskiej czarnej dziury.

Rzeczywistości nie da się odrzeczywistnić biorąc udział w cyrku jakim sobą reprezentuje i klaszcząc rytmicznie w takt wygrywanych smętnych, jak marcowe gluty, melodiach. Żadna pandemia nie da ci tego co możliwe jest tu i teraz w 5 minut poprzedzonych dniami oczekiwań na wizytę i godziny spędzone w poczekalni pod gabinetem PD (Pana Doktóra lub kobieta).

A czy ja serio wyglądam jak Łoś? Czy tam inny Wielbłąd?

Hop Hop Hop Hop, a kto to panu tak pięknie sppiiieeeerdolił? Się na robocie nie zna, bo jak mnie uczyli w 39 na uniwerku to było jakby lepiej.A teraz panie to jakaś kpina jest. Nie wiem jak wam, ale jak dla mnie to już chyba za dużo wrażeń w tym tygodniu, a to jakby jeszcze nie koniec.

A mówią chcieć to móc….

A srał to pies.

Lub suka.

#1969 – każdy orze jak może

Kiedyś chciałem zostać kołczem motywacyjnym. Nawet mogłem i planowałem zapisać się na studia podyplomowe. Niestety grupa się nie utworzyła i zrobiłem inne, równie przydatne, bo budżet szkoleniowy trzeba było wykorzystać.

Dlaczego akurat to – kołczing? Bo fajnie budzić w ludziach chęć i głód poznania i działania. Fajnie zadawać im pytania, na które odpowiedź muszą znaleźć sami, utożsamić się z nią i podjąć działania w celu realizacji nowo podjętych wyzwań.

Taka praca daje mnóstwo korzyści, zarówno majątkowych (o ile przychody są wyższe od kosztów) jak i tych niewidzialnych – sukces ma wszak wielu ojców (i matki podobno też), a na wygranej innch można zajść daleko. Wysoko też i czerpać z tych sukcesów przyjemność i radość, że jednak popychanie lub ciągnięcie do działania może być całkiem przyjemnym zadaniem.

Tak patrząc z perspektywy czasu, to w sumie jestem takim kołczem, tylko w węższym zakresie i odnoszącym się do życia poprzez stymulację mentalną i psycho-fizyczną.

Odkąd sięgam pamięcią szukam odpowiedzi na pytania związane z ciągiem przyczynowo skutkowym życia, jego celu jednostkowego oraz motywacji do działania. W 1990 trafiłem do sekcji (sekty XD) Kyokushinkai – Organizacji Ekstremalnej Prawdy…. Cóż sama nazwa daje wiele do myślenia i na wstępie obiecuje wiele. Ale od razu jasno jest komunikowane, że ten proces nigdy się nie skończy i prawdziwej, jednoznacznej odpowiedzi nie poznamy na tym świecie.

Jedno z przesłań tego rodzaju podejścia to, trochę podobne i zbieżne z polską tradycją dźwigania krzyża i parcia naprzód (polska tradycja bo Jezus jest Królem Polski, jak niejednokrotnie można było usłyszeć i przeczytać):

„Osu no Seishin”

W skrócie – OSU! Najważniejsze słowo w całym świecie Kyokushin – The most important word in whole Kyokushin world.

Osu – to z kolei skrót od Oshi Shinobu, gdzie Oshi to pchać, naciskać, a Shinobu – znosić, cierpieć, wytrzymać: „wytrwać będąc pchanym”, „przetrwać pod presją”

no – partykuła dzierżawcza „z” lub „posiadający”

Seishin – „duch”, „mentalność”, „umysł”.

Zatem Osu no Seishin to Duch Wytrwałości Pod Presją.

I pozamiatane. Lata treningu, zabawy, pracy, nie ukrywajmy, bólu i strachu, ale też radości z realizacji małych celów i przede wszystkim dążenia do niemożliwego.

Tak. Niemożliwego. Dla jedych niemożliwe to to coś odległego i wielkiego. Dla innych każdy dzień to wyzwanie i wystarczy odnaleźć odpowiedni cel by ruszyć w jego stronę z nadzieją i energią.

Szczególnie jak ktoś Ci mówi – nie dasz rady. Nie wolno Ci spełniać swoich marzeń.

I wtedy przychodzi pora na zastanowienie się nad aspektem ceny i kosztów jakie należy ponieść. I czy ten cel jest tego wart???

I jak jesteś kołczem, no to ty podpuszczasz tych ludzi do bycia kim chcą i tu rodzi się pytanie co z nich wyrośnie? Czy pójdą po trupach do celu? Czy staną się wielkimi ludźmi, czy jedynie poszukiwaczami luki w prawie albo drogi na skróty i zrobienia złych rzeczy?

Dlatego obok tego przesłania jest jeszcze szereg wytycznych, co powinno się, a czego nie i na czym się skupić, bo pokusa rośnie wraz z czasem, wiedzą i możliwościami oraz wrażeniem nieśmiertolności i bezkarności (wystarczy przejechać się autostradą i zobaczyć walkę na lewym pasie).

I można tak krok po kroku. Rozważać i myśleć. Planować i działać. Działać i czerpać radość z rezultatów lub ze wskaźników (biznesowych, giełdowych, czy jakichkolwiek innych). A tak naprawdę wszystko się zmienia i nic się nie zmienia – ludzie są tacy sami od wieków – zmieniają się jedynie narzędzia i zawoalowany proces wyzysku człowieka przez człowieka.

Ale ważne, że nam jest lepiej.