#1110 – wiosna ach to ty!

W końcu przyszła. Wyczekiwana, wypatrywana, przynajmniej przeze mnie. Dzisiaj miałem okazję i (chyba) przyjemność pobiegać po lesie tuż po świcie. Ach, jak ja lubię słuchać tych ptaszków, czuć to pojawiające się jeszcze nieśmiało ciepło. Nawet błoto lubię, kiedy nadchodzi Pani Wiosna! Najgorsze jest to, że minie szybciej niż ustawa przewiduje i trzeba wielkiej uważności by niczego nie przegapić. Pierwszych pączków, listków, kwiatów na drzewach, zapachów, dźwięków i pojawiających się z brązu (sic) kolorów. Każdego dnia trzeba być czujnym i uważnym i chłonąć każdą chwilę wszystkimi zmysłami.

Wiem, to banalne i samolubne. Sprzedajemy broń i amunicję na wschód, ludzie w III świecie głodują, podatki trzeba płacić, a na onkologii kolejki do lekarzy specjalistów. Ale czymże jest życie, jak nie ciągiem chwil, które następują jedna po drugiej i jedyne co pozostaje po nich to ulotne wspomnienie? Dzisiaj to dzisiaj, są ludzie wokół, którzy wypełniają czas i przestrzeń i na tym należy się skupić przede wszystkim. A gdzie widzę siebie za 10 lat? Cóż, to zależy. Jak to wyczytałem, w bardzo przyjemnym cyklu książek „Powiernik” (szczerze polecam jako Słowianin i Lubelak), bogowie znają przyszłość, każdą jej wersję, ale to co się wydarzy zależy od wielu czynników, w tym naszych wyborów.

Zatem nie zamierzam, nie doceniać każdego drobnego szczegółu, który mogę dzisiaj zobaczyć, dotknąć czy poczuć. To dar, którego nie wolno przegapić, bo kto wie czy będzie kolejna Wiosna? Ludzkość prawdopodobnie jej doczeka, ale jednostki nie wszystkie. Nie przegapmy zatem tego, co jest nam dane.

#1109 – w kółko golony?

Jednym z paradoksów życia jest to, że wiele rzeczy się powtarza. Z pozoru. Bo jak się temu bliżej przyjrzymy to okazuje się, że każdy z tych elementów jest inny. Podobnie jest z tym co robimy. Im lepsi chcemy w czymś być, tym więcej razy musimy coś wykonać. I wtedy zaczyna się automatyzacja. Tylko, w prawdziwym, a nie sztucznym życiu, wszystko się od siebie odrobinę różni. I czasem może okazać się prawdziwa taka historia:

Drodzy państwo – Chciałbym przedstawić wam moją automatyczną golarkę z super ostrymi nożami! Nakłada się ją na twarz, podobnie jak kask i po 3 minutach mamy dokładnie wygoloną twarz, a jeśli włączymy program „w kółko golony” będziemy mieli również gładko ogoloną głowę!

OOOO – jakie wspaniałe rozwiązanie! Ale każdy z nas ma inne rysy twarzy? Czy to nie przeszkadza temu robotowi?

Tylko, za pierwszym razem. Później wszyscy mają taki sam kształt twarzoczaszki.

#1108 – turbulencja

Siedział i patrzył przez okno. Bezmyślnie. Bezsilnie.

– Po prostu musisz zacząć to robić. Powoli, krok po kroku. – powiedział Mistrz – Nikt za Ciebie tego nie zrobi, chyba, że chcesz się poddać i pozostawić swoje marzenia własnemu losowi.

– Tylko ja muszę się zastanowić czy to na pewno moje marzenia? Może mi się coś po prostu wydawało? – odrzekł i zdziwił się, że usłyszał swój głos – Ja nawet nie wiem co tu robię, skąd się wziąłem i czy na pewno mogę ruszyć się z tego miejsca.

– Cóż, z jednej strony to źle, ale z drugiej to dobra wiadomość. Każdy kiedyś stanie przed ścianą. Teraz po prostu popracujemy nad tym jak możesz to pokonać i nauczyć się z tym żyć. Taka sytuacja powtórzy się jeszcze nie raz, a ty musisz wiedzieć jak sobie z tym poradzić. Posiedź tu chwilę, popatrz się na wiatr, a ja pójdę zaparzę Ci ziółek i opowiem pewną historię, która spotkała mnie wiele lat temu. Ważne jest to byś kontrolował poziom swojej energii, gdy spada i zbliża się do rezerwy, naładował akumulatory zanim spotka cię to co wielu fircyków i niepoprawnych optymistów.

W tej bezsilności i powierzchownym zobojętnieniu jest moc niebytu. A wiadomo, że czarna dziura potrafi wchłonąć wszystko i obrócić w niebyt. Zatem miejmy nadzieję, że ta siła również w nas się narodzi. Im więcej tego jest, tym mniej zaskoczeń się wydarzy. Wszak wszystko się zmienia w zastraszającym tempie, ale nic nie ulega przewrotnym zmianom. W wytrwałości jest siła, ale siła tkwi również w zwinności. Sęk w tym, że ani mamuty, ani dinozaury nie miały tyle zwinności by przetrwać na tym padole. Co więc jest kluczowe? Kluczowe jest balansowanie na krawędzi lub lepiej płaszczyźnie, którą sterujemy i to my nadajemy jej ruch. Bo gdy stery przejmuje ktoś inny, to my musimy nadążyć za jego rytmem i martwić się czy dobrze tańczymy do tego co nam zagra.

Kiedyś nadejdzie turbulencja, która zaskoczy wielu i wyrzuci ich z krzeseł w niespodziewane kierunki. Grunt by wtedy mieć odpowiednio zapięte pasy bezpieczeństwa. Kiedy to będzie i co będzie przyczynkiem tego zdarzenia jeszcze nie wiadomo, ale wiadomo, że nadejdzie wcześniej czy później. Będzie to zapewne w najmniej spodziewanym momencie. Wtedy kiedy opuścisz gardę i pomyślisz o niebieskich migdałach.

Często zdarzy się, że ktoś będzie chciał przyciągnąć twoją uwagę i nakłoni cię do działań, które być może będą odciągać cię od twojego celu. Być może jeszcze nie wiesz nawet co nim jest i co się na niego składa, ale może w takim razie, pora na to by go poszukać? Tak na poważnie.

Bo jeśli nie zaczniesz go szukać dzisiaj to kiedy? Czy dzisiaj nie może być tym dniem, bo rozpocząć poszukiwania zaginionego celu? Serio chcesz czekać, aż ktoś łaskawie przyniesie ci i położy to u stóp mówiąc: „To są twoje cele. Zrealizuj je i przyjdź do mnie rozliczyć ich wykonanie, za 4 miesiące. I lepiej by były dobrze dowiezione, bo inaczej będziemy musieli ci udzielić zrównoważonego feedbacku.”

W międzyczasie zrób jeszcze serię przysiadów, jumpów, swapów, powerpointów i zaproponuj coś na siebie i na innych.

#1107 – ale mega fun

Dla beki czytam co mi w ręce wpadnie. Śledzę różne grupy na portalach, szperam w różnych forach, przeglądam prasę czasem, jedynie telewizji nie oglądam, bo pasków, które się tam podobno przesuwają już bym nie zdzierżył.

I co?

I jest fun.

Ludzie piszą o różnych ciekawych rzeczach. O życiu. O problemach. O tym jak sobie nie radzą. Jak się modlą i mają objawienia, kiedy medytują leżąc krzyżem wieczorami w kościele. Jak im dobrze, kiedy wiedzą, że w zasadzie to nie muszą się niczym przejmować, bo wszystko jest za nich postanowione.

I tak w kółko, inni piszą, że mogą z chęcią pomóc, skupić się na ważnych rzeczach, oferując swoje rady i triki, jeśli tylko skorzystamy z ich ograniczonej czasowo promocyjnej oferty, a jeszcze inni nie piszą niczego. Tylko siedzą i patrzą się w ścianę i zastanawiają się, o co tu w ogóle chodzi? I wydaje im się, że są w czarnej d…

I większości tylko się coś wydaje, a inni z tego wydawania robią dojenie, którego efektem będzie wydawanie kolejnych sądów i pieniędzy. A interes przecież musi się kręcić. Potrzeba wszak zainteresowania i pieniążka na rakiety dalekigo i bliskiego zasięgu, by wojenki mogły toczyć się dalej. Toczyć i toczyć, tak jak toczy się krew normalnych, zwykłych ludzi, którzy pomimo tego, że nie są niczemu winni, muszą płacić za błędy przodków, dyktatorów, wybrańców i wyborców.

A inni mają fun, bo jeżdżą sobie po mieście elektrycznymi pojazdami, a na dalsze trasy wybierają się już prywatnymi odrzutowcami, żeby było troszkę szybciej.

I to też jest fun. To, że w zasadzie możesz wszystko, a i tak niewiele możesz zrobić, bo gdzie się nie odwrócisz to dupa z tyłu. I to w sumie dobrze, że tam jest, bo jakby zginęła to jeszcze trzebaby jej gdzieś poszukiwać.

#1106 – zmiany zmiany

Kilka lat temu miałem przyjemność i okazję brać udział w studiach podyplomowych na kierunku Zarządzanie i Marketing na Politechnice Lubelskiej. Po co mi takie studia? Ano po to, że chciałem poszerzyć horyzonty również w tym zakresie, a jako, że byłem menadżerem niższego szczebla, akurat wpisywało się to w moje zainteresowania „biznesowe”.

Jednym z przedmiotów było zarządzanie zmianą, a że było to jeszcze przed okresem pandemii, bo ukończyłem tę szkołę bodaj w 2017 czy 2018 roku, głównym tematem jednego z wykładów był lęk przed zmianą miejsca fizycznego w pracy – to znaczy biurka przy, którym się siedzi. Podobno taka zmiana w jednym z wydziałów uczelni nie powiodła się, bo ludzie byli zbyt przywiązani do pokojów, w których spędzali pracowniczy żywot.

Dla mnie temat wydawał się prosty, bo akurat w firmie miałem klika przypadków gdzie pokoje i biurka musieliśmy zmieniać praktycznie z dnia na dzień i nikt z tym jakiegoś większego problemu nie miał. Później nastąpiła pandemia, która w ogóle wszystko wywróciła do góry nogami, a po przejściu przez punkt krytyczny nastąpił ruch w kierunku pracy hybrydowej. I tutaj się zaczęło, praktycznie globalnie – psioczenie na pracę w biurze, psioczenie na pracę zdalną, niewystarczające modele takie i siakie, i nastało to czego można się było spodziewać – sytuacja, w której wszyscy zaczęli szukać oszczędności.

I u mnie w biurze, po raz kolejny, nastała konieczność zmiany i modyfikacji miejsc biurowo – technicznych, aby skumulować pracowników na dostępnej przestrzeni i ogranicznyć koszty utrzymania biur. I zaczął się drobny, aczkolwiek mocno odczuwalny bunt. Pomimo tego, że zmiana była komunikowana i planowana od kilku miesięcy, kiedy nadeszło spotkanie z twardą rzeczywistością, okazało się, że jednak, pomimo trybu hybrydowego i możliwości pracy jednynie części czasu w biurze, znaczna liczba pracowników poczuła obawę i fizyczny strach przed zmianą. Prostą i praktycznie bezpieczną zmianą, która nie ogranicza i nie odbiera żadnych przywilejów dotychczasowej pracy, a jedynie wymaga przeniesienia 4 liter o maksymalnie dwa pokoje w jedną czy drugą stronę, z zachowaniem możliwości posiadania własnego biurka na wyłączność.

Zmiana trwa, ciekawe jak się potoczy, jak bardzo będzie trwała i jakie ostatecznie wywrze konsekwencje na zespołach, które część przestrzeni będą musiały podzielić między siebie. Bardzo jest to interesujące, ale jedną korzyść już dostrzegam – przy zmianie biurka, musiałem wyrzucić część zbędnych i już niepotrzebnych gratów. Tak, bo jako przodownik zmiany, zmieniłem miejsce jako pierwszy.

#1105 – zabawny zbieg okoliczności

Tak sobie dzisiaj myślałem, co bym chciał w życiu zrobić. Dumałem, i trapiłem się niesamowicie, aż się zmęczyłem. Wiele rzeczy chciałem i chcę osiągnąć. Oczywiście cele te, są niematerialne raczej, bo materia ma to do siebie, że lubi się zamieniać w energię, zatem od razu wolałbym się nie rozdrabniać i energetyzować raczej, tak siebie, jak też i innych.

I tak się zastanawiałem, czy ja mam jakieś ADHD? Czy inną przypadłość, która uniemożliwia mi bycie osobą spójną i konsekwentną? A może wprost przeciwnie? Wciąż tkwię w miejscu, niczym w beczce soli? A może ta beczka jednak toczy się z góry tuż w stronę Syzyfa pchającego swój kamień? A może to nie Syzyf, tylko żuczek gnojak powiększony oczami strachu i wyolbrzymień?

I dopiero wtedy sięgnąłem do źródeł Verdaduras – do wpisu #001, który zamieściłem w 2016 roku. Tak więc wychodzi na to, że to już ósmy rok kalendarzowy jak się to wszystko kręci. Tak. Kręci się w kółko, bo w kwadrat byłoby raczej ciężko i pomimo tego, że wiele wody upłynęło tu i ówdzie, to ja dalej czuję się świeżakiem i nieopierzonym pisklakiem w wielu dziedzinach, w których się poruszam. Bardzo się z tego cieszę, choć nie przysparza mi to chwały czy potencjalnych odbiorców. Może powinienem bardziej się reklamować , pokazywać, obracać czy idealizować formę przesłania? Wtedy czułbym się bardziej spełniony?

Tylko z drugiej strony, jak mówi klasyk – na ch.. mi las? Wszak spełniony jestem w 150%, a wszystko ważne co chcę mam tu i teraz. A reszta jest jedynie drobnostką, która albo będzie, albo jej nie będzie.

Zabawne jest to, że pomimo wszystko, przesłanie pozostaje to samo:

Traktat o nicości, zabawie, wojnie, miłości, okrucieństwie i spokoju.

Domin – Verdaduras

„Jeszcze w zielone gramy”. I tego się będę trzymał, choć nie zawsze jest z wiatrem, a życie pisze kolejne scenariusze.

Ciekawi jakie? Trzymajcie się, jedziemy dalej, bez trzymanki.

#1104 – czy to ważne

Co jest ważne, a co nie? Czy twój ból jest większy niż mój? A może właśnie ten ktoś, gdzieś, ma wywalone jajo. Wszystko jest względne. Wszystko i wszędzie. A nawet nigdzie nic. Czy wszystko dzieje się naprawdę, czy jest jedynie iluzją odzwierciedloną w naszych umysłach.

Do każdego można się przyczepić. Każdego można oczernić poprzez przedstawienie opisu zdarzeń i zachowań. Subiektywnych i przefiltrowanych, jak zwykle, poprzez pryzmaty tego na co ktoś pragnie zwrócić naszą uwagę.

Jeśli widzisz coś interesującego, wiedz, że tuż obok są równie istotne rzeczy. A może wręcz ważniejsze. Pamiętaj w jaki sposób łowi się ryby, w jaki sposób oszuści szukają ofiar. Jak biznesy szukają klientów, których można uszczuplić z bagażu posiadanych pieniążków. Tylko raz na jakiś czas, a będzie lepiej niż możesz sobie wyobrazić. Będzie tak dobrze, że tylko się cieszyć.

Mały druczek, haczyk, niewiedza czy odrobina nieuwagi, mogą kosztować więcej niż potrzeba. Ale przyrównując tę stratę do innej, potencjalnej i o wiele większej, pozostaje zagryźć zęby i przełknąć tę niemiłą pigułkę. Mętlik w głowie, setki pytań: czy można tak, czy siak. Czy mogę się czuć winny, że żyję jak żyję, że czuję co czuję, że czasem mam ochotę jebnąć tym wszystkim…. Czy taki rabin to a taki, ma wykładnię jak należy postępować, choć drugi twierdzi, że jest inaczej? A może wystarczy szczera spowiedź, wyrzyganie wątpliwości i wysłuchanie wspierającej wypowiedzi nakładającego karę, mającą przynieść ulgę i dającą nadzieję na lepsze jutro?

Serio?

Jeśli jest jeden wszechmocny, to dlaczego nie ma mocy, by zrobić z tym porządek?

A bo ma w tym interes.

Albo inni przypadkowi ludzie mają w tym jeszcze większy interes. A jak wiadomo, żeby interes się kręcił, ruch w nim musi być. I tak od tysięcy lat.

Zatem nie ma się co przejmować tym wszystkim za bardzo. Niestety, trzeba się do pewnych, narzuconych praw i ograniczeń dostosować, ale inne, te nadmiarowe i zbędne, trzeba po prostu olać. Umartwiać się nie ma co, bo jedyni którzy na tym skorzystają, to ci którzy chcą wyciągnąć kasę.

I nawet jeśli to tylko kasa, to za nią kryje się czas. A czas jest względnie bezwzględny i jego już nie opłaca się tracić „nie-wiadomo-na-co”. Lepsze 3 minuty z kimś kogo kochasz, niż 10 czy 20 lat życia w „dupiu”.

To co ważne jest blisko. Bardzo blisko. Tylko czasem ciężko się skupić, bo tyle rozpraszaczy wokół nas. Rozejrzyj się, oddychaj, zamknij oczy i wsłuchaj się w siebie.

#1103 – skąd paliwo

Skąd brać paliwo do życia?

Zewsząd.

Jest go nieograniczona ilość.

Sęk w tym, że nie każdy i w każdym momencie może do niego dotrzeć. Świat jest piękny i nieograniczony, pomimo przeciwności i wyzwań dnia codziennego. Jedni mają wszystko i mają to w dupie, inni ledwo zdawaliby się, ogarniają otaczający świat, a radzą sobie nad wyraz dobrze.

Jeszcze inni, zdrowi i nie ograniczeni zobowiązaniami mają niedobory chęci do czegokolwiek. A prezenty od życia są na wyciagnięcie ręki.

Jak odnaleźć w sobie pasję i głód życia? Życia pomimo wszystko?

Nie wiem niestety.

#1102 – prosto

Trudno jest łatwo żyć. Można upraszczać i rezygnować ze zbędnych rzeczy. Wszak tych, które nam niezbędne jest niewiele. Możnaby zatem wieść sielankowy byt. Jednak świat, który zmieniliśmy pod ludzi tak nie działa. Jak to mówią, zdaje się mądrzy, doradcy: „Cofając się wstecz (sic!), nie idziemy do przodu.” Nie analizując zbytnio takich przesłań widzimy na pierwszy rzut oka z kim na co dzień mamy do czynienia. „W dniu wczorajszym”, w „chwili obecnej” czy „godzina czasu”, w „cudzysłowiu” to jedynie czubeczek wierzchołka góry lodowej. I po co to wszystko? Ano po to by zwiększyc próg wejścia do wszystkiego. Po to by sprawiać wrażenie mądrzejszych i inteligentniejszych niż jesteśmy w rzeczywistości. Podobno inteligentni mają łatwiej, bo zawsze mogą udawać głupich i wmieszać się w tłum. Niestety jest wielu głupców, którzy świetnie udają mądrzejszych niż jest to wymagane w danej sytuacji. Stwarzane są pozory i labirynty przepisów oraz ograniczeń, które powodują, że to co powinno być przyjazne, staje się zagmatwane i niespójne, jedynie po to by sprawiać dobre wrażenie. Oczywiście nie możemy popadać w skrajności – stereotypy, stygmaty i betonowe oczekiwania niezmienności sprawiają, że zawsze można odkręcić kota ogonem, albo co gorsza – wywrócić go na lewą stronę.

Czy walczyć z tym? Czy dać się ponieść? Czy jak większość – starać się ukręcić na tym parę €? Bo wszak pieniądze szczęścia nie dają, ale otwierają zamknięte drzwi… Tutaj jednak należy wykazać się odwagą, gdyż czy będziesz chciał działać w zgodzie ze sobą czy nie, będziesz musiał włożyć wiele energii by przebić się przez powierzchniowy lód. Napotkasz wiele ograniczeń i więzów nakładancych przez życzliwych kolegów i konkurencję. Za każdym zakrętem czeka kolejne rozdroże i tylko ty będziesz mógł podjąć decyzję czy iść w lewo czy w prawo. Większość z tych dróg, wbrew powszechnej opinii, jest jednokierunkowa, inne są ślepe, a jeszcze inne wymagają okazania uprzednio zdobytych zezwoleń na wjazd.

I tak się to wszystko kręci, jedynie po to, byś nie mógł posiedzieć spokojnie, przy kawie, z kimś kogo kochasz, lubisz i czujesz się dobrze – i popatrzeć na wiatr. Tu i teraz. Czuć jak chwila płynie.

Jak jest dobrze, pomimo wszystko.

#1101 – żałosność

Sam nie wiem co o tym myśleć i aż słów brakuje, ale myślę, że trzeba się zmierzyć z tematem i trochę żałości przelać na papier.

Jeśli chesz zostać instruktorem czy trenerem jakiejś dyscypliny sportu dzisiaj, idąc po najkrótszej możliwej drodze – możesz zrobić kurs on-line i zdać egzamin (liczba podejść nieograniczona), na który składa się 10 pytań, na których na co najmniej 7 musisz odpowiedzieć poprawnie, to znaczy wybrać poprawną odpowiedź. I dostaniesz wymarzony dyplom, na którym, jak szczycą się niektóre szkoły, prowadzące te szkolenia – nie będzie wzmianki, że kurs był internetowy, w pełni on-line.

Powiecie – co w tym złego? Rynek wszak zweryfikuje nieudaczników i oszustów, ale z drugiej strony – taki dokument powinien dawać informację o potwierdzeniu wiedzy teoretycznej i gotowości praktycznej oraz merytorycznej do prowadzenia zajęć z LUDŹMI, często DZIEĆMI. A teraz wychodzi na to, że ktoś kto ma taki kwit – miał dostęp do wiedzy teoretycznej i zdał egzamin on-line, na którym zaznaczył poprawnie 7 do 10 odpowiedzi na teście wyboru. A praktyka? A cała reszta? Czy weryfikacja tego spada na jakieś inne instytucje, na rodziców dzieci lub klientów? Gdzie sens, gdzie logika? Czy to tylko dojenie kasy i fikcja?

Bądźmy czujni, b0 nigdy nie wiadomo z kim mamy do czynienia.

A tutaj krótka historia, opisująca moją przygodę z Karate Kyokushin, w telegraficznym skrócie.

Jako młody chłopak, wraz z kolegami fascynowaliśmy się filmami Kung-Fu z Brucem Lee czy innymi, podobnymi, których pod koniec lat 80 XX wieku za wiele nie było dostępnych w perelowskich kinach, nie mówiąc już o dwóch kanałach telewizji. Publicznej, bo innych jeszcze nie było.

Mieliśmy po około 12-13 lat i ciągle biegaliśmy po okolicznych wąwozach, włóczyliśmy się po budowach i sadach, a także szukaliśmy innych podobnych, głównie fizycznych wyzwań. Czasem udało się pomitrężyć trochę czasu na atarynce u kolegi i wtedy mogliśmy poćwiczyć cierpliwość, czekając aż załaduje się World Karate Championship z kasety. Albo się nie załaduje i będzie potrzebne kolejne podejście. Na prawdziwe treningi jakiejś sztuki walki nie bardzo mieliśmy pomysł, bo na naszym osiedlu żadnego klubu ani sekcji nie było, a w tamtych czasach samodzielne jeżdżenie na drugi koniec miasta jakoś nie bardzo nam się uśmiechało. A samochodem to nawet nikt nie myślał, żeby nas wozić po mieście.

I tak nadszedł rok 1990, zmiana szkoły na liceum i pomysł na zapisanie się do sekcji Kjokuszinki – twardej i niesamowitej sztuki walki. Decyzję podjąłem sam (znaczy w porozumieniu z rodzicami), ale sam pod względem kolegów – byłem samotnym i jedynym ojcem i matką mojego wyzwania. O dziwo – na pierwszysch treningach poznałem ziomali z osiedla, z którymi wspólnie chodziliśmy dwa razy w tygodniu na treningi do śródmiejskich szkół podstawowych. Sale gimnastyczne pękały w szwach – na zajęcia przychodziło po kilkadziesiąt osób, a instruktorzy, aby trochę przerzedzić towarzystwo, serwowali nam serie przysiadów, pompek, brzuchów itp. itd. Z treningu na trening ludzi ubywało, my chodziliśmy tyłem po schodach, z powodu niewyobrażalnych zakwasów, ale nasza wiara w sens i możliwości treningu rosła wraz z realnym wzrostem naszej siły, wytrzymałości, gibkości i pewności siebie. To było to! Wspomnę tylko, że za każde spóźnienie na trening należała się seria pompek, przysiadów i brzuchów (po 50). Za opóźnienie z opłatami lub nieodrobioną w innej sekcji nieobecność kicaliśmy jumpingiem dookoła sali. Pot lał się z nas jak tłuszcz z kiełbasek na ognisku. Ależ to była frajda!

Trwało to kilka lat, nadszedł czas studiów, innych wyzwań, pierwszych miłości, konieczności podjęcia pracy i ogarniania rzeczywistości. Karate zostało gdzieś z tyłu na kila lat…

Aż do czasu kiedy siedząc w domu, myślałem co to będzie. Co będzie z moim całym dorosłym życiem – czy już nic mnie dobrego nie spotka? Co z moimi marzeniami o żółtym pasie w Kyokushin (6 kyu)? Wszak to było moje i moich kolegów marzenie – mieć ŻÓŁTY pas i być wymiataczem…. To był rok 2001. Miałem 26 lat i przechodziłem kolejny kryzys – pierwszy większy kryzys dwudziestolatka. Jako, że miałem swobodny i naturalny dla mnie dostęp do Internetu, wpadłem przypadkiem na stronę Lubelskiego Klubu Karate Kyokushin. Wszystkie wspomnienia odżyły, a pragnienie poczucia adrenaliny na kumite i zakwasów po trenigu dały kopa do tego by zjawić się na zajęciach. Oczywiście miesiąc przygototwywałem się fizycznie, aby nie być cieniasem i jakoś dorównać trenującym systematycznie i ciężko sempajom. Powrót był niesamowity! Ćwiczyłem sumiennie i od lutego do czerwca przygotowałem się do mojego wymarzonego egzaminu na 6 kyu. To był jeden z trudniejszych egzaminów jakie przeżyłem. Dostałem łomot taki, jakiego wymagałem, by mieć satysfakcję i pewność, że to co robię, robię rzetelnie, z pasją i tak jak trzeba! Radość ze zdania była wielka, choć pęknięte żebro dawało znać o sobie przez kilka kolejnych tygodni. Dobrze, że to były wakacje i sezon treningowy rozpoczynał się dopiero we wrześniu. Od tej pory ćwiczyłęm sumiennie i kolejne egzaminy zdawałem raz do roku, aż do 2005 roku kiedy zdałem na 2 kyu – brązowy pas. Wtedy na taki egzamin należało się pofatygować osobiście do Krakowa – by w siedzibie Polskiego Związku Karate zdać egzamin przed obliczem samego Prezesa, w towrzystwie zdających z całej Polski. Oj tam też był łomot! To był mój drugi ciężki egzamin i satysfakcja z jego zdania była niesamowita! Rok 2005 był przełomowy dla mojej „kariery” w Karate. Użyłem cudzysłowu, bo nigdy nie traktowałem tej sfery życia jako jakiejś kariery. Nigdy Karate nie było dla mnie zawodem i żadnych planów jako nauczyciel nie miałem. Właśnie na przełomie lat 2004/2005 miałem okazję i przyjemność wziąć udział w części ogólnej kursu instruktora sportu oraz rozpocząć praktyczną naukę, jak prowadzić treningi i zajęcia z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Zdolności w tym zakresie zauważył u mnie mój Mentor, wówczas Sensei Jacek Czerniec, ja sam nigdy nie brałem pod uwagę takiego rozwoju sytuacji i możliwości postawienia się w roli osoby z drugiej strony sali…. Szkolenie trwało długo, kilka miesięcy, wiele weekendów poświęconych na chłonięcie teorii, egzaminy i sprawdziany. Część ogólną zaliczyłem i to był kolejny krok!

W 2006 roku następne wyzwanie – część specjalistyczna kursu instruktorskiego – 10 dni skoszarowanego szkolenia teoretycznego i praktycznego, z zajęciami od godziny 7 do 19 oraz egzaminem praktycznym i teoretycznym… Wiedza poszerzona, a egzamin zdany przed komisją Polskiego Związku Karate. Wtedy dla mnie to była duża rzecz! Oczywiście aby zostać instruktorem, należało mieć wykształcenie średnie oraz stopień co najmniej 3 kyu (co upoważniało np. do startu w zawodach rangi mistrzost Polski).

Kolejne lata przyniosły dalszy rozwój – prowadzenie zajęć, obozy letnie i zimowe, podążanie ścieżką Karate, przygotowywanie się do kolejnych egzaminów – w 2008 – 1 kyu, 2009 – 1 DAN – czarny pas – najważniejszy stopień w życiu Karateki, poprzedzony ciężkim, kilkumiesięcznym treningiem fizycznym.

W latach 2010/2011 ukończyłem wielomiesięczny kurs Trenera Klasy II Karate Kyokushin – znowu weekendowe zajęcia teoretyczne i praktyczne – porównywalne ze studiami dyplomowymi, zjazdy co drugi tydzień i zajęcia po kilkanaście godzin na zjazd. W 2013 zdałem egzamin na 2 DAN, do którego przygotowywałem się systematycznie przez ponad dwa lata. W 2018 zdałem kolejny egzamin na 3 DAN, a w 2019 odbyłem poważny kurs na Trenera I klasy Karate. Cały ten czas trenuję, staram się rozwijać, prowadzę zajęcia z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi oraz biorę udział w szkoleniu przyszłych instruktorów i trenerów…