#1103 – skąd paliwo

Skąd brać paliwo do życia?

Zewsząd.

Jest go nieograniczona ilość.

Sęk w tym, że nie każdy i w każdym momencie może do niego dotrzeć. Świat jest piękny i nieograniczony, pomimo przeciwności i wyzwań dnia codziennego. Jedni mają wszystko i mają to w dupie, inni ledwo zdawaliby się, ogarniają otaczający świat, a radzą sobie nad wyraz dobrze.

Jeszcze inni, zdrowi i nie ograniczeni zobowiązaniami mają niedobory chęci do czegokolwiek. A prezenty od życia są na wyciagnięcie ręki.

Jak odnaleźć w sobie pasję i głód życia? Życia pomimo wszystko?

Nie wiem niestety.

#1102 – prosto

Trudno jest łatwo żyć. Można upraszczać i rezygnować ze zbędnych rzeczy. Wszak tych, które nam niezbędne jest niewiele. Możnaby zatem wieść sielankowy byt. Jednak świat, który zmieniliśmy pod ludzi tak nie działa. Jak to mówią, zdaje się mądrzy, doradcy: „Cofając się wstecz (sic!), nie idziemy do przodu.” Nie analizując zbytnio takich przesłań widzimy na pierwszy rzut oka z kim na co dzień mamy do czynienia. „W dniu wczorajszym”, w „chwili obecnej” czy „godzina czasu”, w „cudzysłowiu” to jedynie czubeczek wierzchołka góry lodowej. I po co to wszystko? Ano po to by zwiększyc próg wejścia do wszystkiego. Po to by sprawiać wrażenie mądrzejszych i inteligentniejszych niż jesteśmy w rzeczywistości. Podobno inteligentni mają łatwiej, bo zawsze mogą udawać głupich i wmieszać się w tłum. Niestety jest wielu głupców, którzy świetnie udają mądrzejszych niż jest to wymagane w danej sytuacji. Stwarzane są pozory i labirynty przepisów oraz ograniczeń, które powodują, że to co powinno być przyjazne, staje się zagmatwane i niespójne, jedynie po to by sprawiać dobre wrażenie. Oczywiście nie możemy popadać w skrajności – stereotypy, stygmaty i betonowe oczekiwania niezmienności sprawiają, że zawsze można odkręcić kota ogonem, albo co gorsza – wywrócić go na lewą stronę.

Czy walczyć z tym? Czy dać się ponieść? Czy jak większość – starać się ukręcić na tym parę €? Bo wszak pieniądze szczęścia nie dają, ale otwierają zamknięte drzwi… Tutaj jednak należy wykazać się odwagą, gdyż czy będziesz chciał działać w zgodzie ze sobą czy nie, będziesz musiał włożyć wiele energii by przebić się przez powierzchniowy lód. Napotkasz wiele ograniczeń i więzów nakładancych przez życzliwych kolegów i konkurencję. Za każdym zakrętem czeka kolejne rozdroże i tylko ty będziesz mógł podjąć decyzję czy iść w lewo czy w prawo. Większość z tych dróg, wbrew powszechnej opinii, jest jednokierunkowa, inne są ślepe, a jeszcze inne wymagają okazania uprzednio zdobytych zezwoleń na wjazd.

I tak się to wszystko kręci, jedynie po to, byś nie mógł posiedzieć spokojnie, przy kawie, z kimś kogo kochasz, lubisz i czujesz się dobrze – i popatrzeć na wiatr. Tu i teraz. Czuć jak chwila płynie.

Jak jest dobrze, pomimo wszystko.

#1101 – żałosność

Sam nie wiem co o tym myśleć i aż słów brakuje, ale myślę, że trzeba się zmierzyć z tematem i trochę żałości przelać na papier.

Jeśli chesz zostać instruktorem czy trenerem jakiejś dyscypliny sportu dzisiaj, idąc po najkrótszej możliwej drodze – możesz zrobić kurs on-line i zdać egzamin (liczba podejść nieograniczona), na który składa się 10 pytań, na których na co najmniej 7 musisz odpowiedzieć poprawnie, to znaczy wybrać poprawną odpowiedź. I dostaniesz wymarzony dyplom, na którym, jak szczycą się niektóre szkoły, prowadzące te szkolenia – nie będzie wzmianki, że kurs był internetowy, w pełni on-line.

Powiecie – co w tym złego? Rynek wszak zweryfikuje nieudaczników i oszustów, ale z drugiej strony – taki dokument powinien dawać informację o potwierdzeniu wiedzy teoretycznej i gotowości praktycznej oraz merytorycznej do prowadzenia zajęć z LUDŹMI, często DZIEĆMI. A teraz wychodzi na to, że ktoś kto ma taki kwit – miał dostęp do wiedzy teoretycznej i zdał egzamin on-line, na którym zaznaczył poprawnie 7 do 10 odpowiedzi na teście wyboru. A praktyka? A cała reszta? Czy weryfikacja tego spada na jakieś inne instytucje, na rodziców dzieci lub klientów? Gdzie sens, gdzie logika? Czy to tylko dojenie kasy i fikcja?

Bądźmy czujni, b0 nigdy nie wiadomo z kim mamy do czynienia.

A tutaj krótka historia, opisująca moją przygodę z Karate Kyokushin, w telegraficznym skrócie.

Jako młody chłopak, wraz z kolegami fascynowaliśmy się filmami Kung-Fu z Brucem Lee czy innymi, podobnymi, których pod koniec lat 80 XX wieku za wiele nie było dostępnych w perelowskich kinach, nie mówiąc już o dwóch kanałach telewizji. Publicznej, bo innych jeszcze nie było.

Mieliśmy po około 12-13 lat i ciągle biegaliśmy po okolicznych wąwozach, włóczyliśmy się po budowach i sadach, a także szukaliśmy innych podobnych, głównie fizycznych wyzwań. Czasem udało się pomitrężyć trochę czasu na atarynce u kolegi i wtedy mogliśmy poćwiczyć cierpliwość, czekając aż załaduje się World Karate Championship z kasety. Albo się nie załaduje i będzie potrzebne kolejne podejście. Na prawdziwe treningi jakiejś sztuki walki nie bardzo mieliśmy pomysł, bo na naszym osiedlu żadnego klubu ani sekcji nie było, a w tamtych czasach samodzielne jeżdżenie na drugi koniec miasta jakoś nie bardzo nam się uśmiechało. A samochodem to nawet nikt nie myślał, żeby nas wozić po mieście.

I tak nadszedł rok 1990, zmiana szkoły na liceum i pomysł na zapisanie się do sekcji Kjokuszinki – twardej i niesamowitej sztuki walki. Decyzję podjąłem sam (znaczy w porozumieniu z rodzicami), ale sam pod względem kolegów – byłem samotnym i jedynym ojcem i matką mojego wyzwania. O dziwo – na pierwszysch treningach poznałem ziomali z osiedla, z którymi wspólnie chodziliśmy dwa razy w tygodniu na treningi do śródmiejskich szkół podstawowych. Sale gimnastyczne pękały w szwach – na zajęcia przychodziło po kilkadziesiąt osób, a instruktorzy, aby trochę przerzedzić towarzystwo, serwowali nam serie przysiadów, pompek, brzuchów itp. itd. Z treningu na trening ludzi ubywało, my chodziliśmy tyłem po schodach, z powodu niewyobrażalnych zakwasów, ale nasza wiara w sens i możliwości treningu rosła wraz z realnym wzrostem naszej siły, wytrzymałości, gibkości i pewności siebie. To było to! Wspomnę tylko, że za każde spóźnienie na trening należała się seria pompek, przysiadów i brzuchów (po 50). Za opóźnienie z opłatami lub nieodrobioną w innej sekcji nieobecność kicaliśmy jumpingiem dookoła sali. Pot lał się z nas jak tłuszcz z kiełbasek na ognisku. Ależ to była frajda!

Trwało to kilka lat, nadszedł czas studiów, innych wyzwań, pierwszych miłości, konieczności podjęcia pracy i ogarniania rzeczywistości. Karate zostało gdzieś z tyłu na kila lat…

Aż do czasu kiedy siedząc w domu, myślałem co to będzie. Co będzie z moim całym dorosłym życiem – czy już nic mnie dobrego nie spotka? Co z moimi marzeniami o żółtym pasie w Kyokushin (6 kyu)? Wszak to było moje i moich kolegów marzenie – mieć ŻÓŁTY pas i być wymiataczem…. To był rok 2001. Miałem 26 lat i przechodziłem kolejny kryzys – pierwszy większy kryzys dwudziestolatka. Jako, że miałem swobodny i naturalny dla mnie dostęp do Internetu, wpadłem przypadkiem na stronę Lubelskiego Klubu Karate Kyokushin. Wszystkie wspomnienia odżyły, a pragnienie poczucia adrenaliny na kumite i zakwasów po trenigu dały kopa do tego by zjawić się na zajęciach. Oczywiście miesiąc przygototwywałem się fizycznie, aby nie być cieniasem i jakoś dorównać trenującym systematycznie i ciężko sempajom. Powrót był niesamowity! Ćwiczyłem sumiennie i od lutego do czerwca przygotowałem się do mojego wymarzonego egzaminu na 6 kyu. To był jeden z trudniejszych egzaminów jakie przeżyłem. Dostałem łomot taki, jakiego wymagałem, by mieć satysfakcję i pewność, że to co robię, robię rzetelnie, z pasją i tak jak trzeba! Radość ze zdania była wielka, choć pęknięte żebro dawało znać o sobie przez kilka kolejnych tygodni. Dobrze, że to były wakacje i sezon treningowy rozpoczynał się dopiero we wrześniu. Od tej pory ćwiczyłęm sumiennie i kolejne egzaminy zdawałem raz do roku, aż do 2005 roku kiedy zdałem na 2 kyu – brązowy pas. Wtedy na taki egzamin należało się pofatygować osobiście do Krakowa – by w siedzibie Polskiego Związku Karate zdać egzamin przed obliczem samego Prezesa, w towrzystwie zdających z całej Polski. Oj tam też był łomot! To był mój drugi ciężki egzamin i satysfakcja z jego zdania była niesamowita! Rok 2005 był przełomowy dla mojej „kariery” w Karate. Użyłem cudzysłowu, bo nigdy nie traktowałem tej sfery życia jako jakiejś kariery. Nigdy Karate nie było dla mnie zawodem i żadnych planów jako nauczyciel nie miałem. Właśnie na przełomie lat 2004/2005 miałem okazję i przyjemność wziąć udział w części ogólnej kursu instruktora sportu oraz rozpocząć praktyczną naukę, jak prowadzić treningi i zajęcia z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Zdolności w tym zakresie zauważył u mnie mój Mentor, wówczas Sensei Jacek Czerniec, ja sam nigdy nie brałem pod uwagę takiego rozwoju sytuacji i możliwości postawienia się w roli osoby z drugiej strony sali…. Szkolenie trwało długo, kilka miesięcy, wiele weekendów poświęconych na chłonięcie teorii, egzaminy i sprawdziany. Część ogólną zaliczyłem i to był kolejny krok!

W 2006 roku następne wyzwanie – część specjalistyczna kursu instruktorskiego – 10 dni skoszarowanego szkolenia teoretycznego i praktycznego, z zajęciami od godziny 7 do 19 oraz egzaminem praktycznym i teoretycznym… Wiedza poszerzona, a egzamin zdany przed komisją Polskiego Związku Karate. Wtedy dla mnie to była duża rzecz! Oczywiście aby zostać instruktorem, należało mieć wykształcenie średnie oraz stopień co najmniej 3 kyu (co upoważniało np. do startu w zawodach rangi mistrzost Polski).

Kolejne lata przyniosły dalszy rozwój – prowadzenie zajęć, obozy letnie i zimowe, podążanie ścieżką Karate, przygotowywanie się do kolejnych egzaminów – w 2008 – 1 kyu, 2009 – 1 DAN – czarny pas – najważniejszy stopień w życiu Karateki, poprzedzony ciężkim, kilkumiesięcznym treningiem fizycznym.

W latach 2010/2011 ukończyłem wielomiesięczny kurs Trenera Klasy II Karate Kyokushin – znowu weekendowe zajęcia teoretyczne i praktyczne – porównywalne ze studiami dyplomowymi, zjazdy co drugi tydzień i zajęcia po kilkanaście godzin na zjazd. W 2013 zdałem egzamin na 2 DAN, do którego przygotowywałem się systematycznie przez ponad dwa lata. W 2018 zdałem kolejny egzamin na 3 DAN, a w 2019 odbyłem poważny kurs na Trenera I klasy Karate. Cały ten czas trenuję, staram się rozwijać, prowadzę zajęcia z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi oraz biorę udział w szkoleniu przyszłych instruktorów i trenerów…

#1100 – jakoś leci

Dzisiaj trafiłem na notatki z lat 2013-2016. Zadziwiające jak wiele i niewiele się od tego czasu zmieniło. Wiele, bo w zasadzie wszystko w moim życiu prywatnym i zawodowym, a niewiele – patrząc na moje pasje, które dają mi satysfakcję z każdego dnia. Czy coś bym zmienił? Cóż to chytre i podchwytliwe pytanie, na które rodzą się w głowie różne odpowiedzi… Patrząc jednak na całokształt tego gdzie jestem dzisiaj i ile możliwości stoi przede mną, z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jestem tu gdzie jestem i dobrze mi z tym. Mam szczęście, pomimo tego, że droga często jest wyboista, kręta i pod górkę. Przyznać muszę, przez te prawie 10 lat wydarzyło się tyle dziwnych rzeczy, o których wtedy nawet mi się nie śniło! Gdyby wtedy ktoś zapytał mnie – gdzie się widzę za 10 lat, to raczej nie trafiłbym z odpowiedzią…. Choć przyznać muszę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, a w niektórych sprawach zaszło to o wiele dalej niż mogłem wtedy przypuszczać.

Pamiętajmy także, że nie wszystko złoto co się świeci (na szczęście!), nie wszystko również można zmonetyzować, ale rzecz nazywając po imieniu, należy brać byka za rogi i negocjować warunki, bo bydlę w końcu zrozumie, kto tu rozdaje karty. A jak niektórzy już wiemy – karty rozdaje los i trzeba mieć szczęście, by to dostrzec i wykorzystać okazje, które dzisiaj są, bo jutro będą jedynie mgiełką wspomnień i żalu. Czasem trzeba działać wbrew sobie, to znaczy rewidować swoje twierdzenia i zasady, bo może okazać się, że jednak człowiek był w błędzie i zaszedł w jakąś ślepą ulicę, która wydawała się całkiem sporą arterią. Gorzej jeśli to nie ślepa ulica, a pas drogi ekspresowej, którym jedziemy pod prąd.

Zatem nos do góry, ale nie za bardzo! Właśnie tyle, ile trzeba do poprawnej oceny naszej mapy, ścieżki, którą się poruszamy i kierunku do którego zdążamy. Pamiętać w końcu trzeba, że nasz cel jest ruchomy, zmienny, niedościgniony i iluzoryczny. Czyli zupełnie na odwrót niż twierdzą biznesowi specjaliści od S.M.A.R.T.e*. – pisaliśmy o tym tutaj. e – znaczy, że jeszcze ekologiczny 😉

#1099 – prawda

Brrr… – zawarczał do siebie i ściągnął psa na smyczy. – Co ja tu k$#% robię?

Chodził już dobre piętnaście minut po osiedlu zbierając kupy za swoim małym pokracznym kundlem. – A tak miało być dobrze w życiu. Dom, ogród, szczęście i sukces na polach wielu biznesów. No i kochająca się szczęśliwa rodzinka, zadowolona z sielskiego bytu. A tu szara, naga polska rzeczywistość. Budzisz się i łazisz za kundlem, który cię ciąga po obsranych trawnikach, a ty zbierasz jego odchody do plastikowych torebek. Bo oczywiście nażarł się czegoś, pewnie kociej karmy i musi się załatwiać na raty, podobne do twoich miniratek za wszystko.

Dom, ogród? Tak, fajnie by było, ale niestety się jeszcze nie złożyło, a tu już pięćdziesiątka zaraz na karku. Gnieździsz się w małym mieszkanku i masz wrażenie, że jednak coś gdzieś poszło nie do końca tak jak powinno. Dzieci mają do ciebie żal o różne życiowe wybory, ty masz do siebie żal, że może gdyby tylko nie wiadomo co poszło inaczej, to byłoby może lepiej… I ten śnieg, który właśnie włazi ci do adidaska i ta zimna, mokra smycz, bo przecież nagle Pani Zima wróciła, przez nikogo nie proszona.

I jeszcze by się parę powodów do patriotycznego zrzędzenia znalazło. I byłoby tak swojsko. Ale wrócił myślami tu i teraz, i rozważył o tym co istotne – o tym z kim jest, i przypomniał sobie, że jest mu najlepiej na świecie, niezależnie od tego jaka jest pogoda, jaki ten psisko nieidealny i jakie jeszcze sytuacje się napatoczą. Przecież wie, kto na niego czeka w domu, do kogo się przytuli i z kim spędzi najlepszy czas w życiu. Ta Jedna, Jedyna.

I spacerował dalej z uśmiechem pod wąsem, nie zważając ni na śnieg ni na wiatr. Przecież to nie ma żadnego znaczenia. Są rzeczy, których nie da się wygrać, nawet na loterii.

To jest prawdziwe szczęście.

#1098 – uziemienie

Możesz wszystko? Ha ha ha …

Mówia tak tacy i owacy, ale czasem zostaniesz uziemiony z powodu (głupiej?) infekcji, w szczególności, gdy ludzie żyją w strachu po pandemii.

I zamiast pracy, treningu z ciekawymi ludźmi, czy nauki rzeczy, które Cię pasjonują, pozostaje Ci spać cały dzień, z przerwami na kaszel, inhalacje i wycieranie nosa. Z krwi, bo przecież oczywiście postanowiła dać znać o sobie właśnie w takim momencie.

I choć kiedyś, westchnąłbyś tylko i poszedł realizować swoje plany, pomimo lekkiego dyskomfortu, teraz siedzisz w domu i zastanawiasz się co z tobą nie tak.

I cóż, pozostaje tylko przekonać własne ja do tego, że zaniechałeś tych działań dla dobra innych, by ich nie narazić na kontakty z jakimiś wirusami czy czymś tam. I wychodzi na to, że jesteś prawie odpowiedzialnym i empatycznym człowiekiem.

#1097 – zrozumienie istoty

Ostatnio doznałem oświecenia komunikacyjnego. Przeglądałem „KsiążkęTwarzy” i trafiłem niechcący na profil kobiety – prawdopodobnie mojej znajomej z podstawówki. A na tym profilu był wywiad z kolejną starszą panią, która zajmuje się aniołami, jednorożcami i mistrzami wniebowsąpionymi. To był krok pierwszy. Krok drugi był taki, że po zamieszczeniu na „Łaciastej” grupie sugestii, że można jeździć zgodnie z przepisami ruchu drogowego, a ich nieprzestrzeganie może wiązać się z karą w postaci mandatów – ropoczęła się faza „nienawistu komentarzowego”.

Jakie wnioski można z tego wyciagnąć?

  1. Ludzie – pomimo, że bardzo podobni – są różni. Ot odkrycie – co?
  2. Jeśli masz zbyt szeroką grupę odbiorców to nie trafisz do wszystkich – dla części będziesz głupkiem, dla innych guru, a jeszcze dla innych po prostu laikiem (zazwyczaj dla tych, którzy są początkujący w danej dziedzinie, albo nie znają się w ogóle).
  3. Często -lepiej mądrze milczeć niż się w ogóle odezwać – niezależnie czy głupio czy mądrze. Bo dla części – i tak będzie to Głupio. Przez wielkie G. A jeśli jest ich większość – to demokratycznie rzecz biorąc – mają rację i będą się wspierać przy obronie swojego zdania.
  4. Żeby się nie stresować i nie martwić za bardzo tylko obserwować, myśleć i przekuć to w swój sukces. W końcu, jeśli już wiesz co jest magicznym fletem, to możesz go użyć, jak tylko przeczytasz instrukcję obsługi i informacje o efektach ubocznych.

#1096 – jesteś w porządku

Często w dzieciństwie, młodości i życiu dorosłym miałem wrażenie, że muszę spełniać czyjeś oczekiwania i nie wychodzi mi to tak jakbym tego chciał.

To wrażenie narastało i narastało i przygniatało mnie coraz bardziej.

Zacząłem przekraczać granice, wychodzić ze stref komfortu, dwoić się i troić, a nie mogłem dotrzeć do niedoścignionego celu.

I w sumie dalej mam to wrażenie, gdzieś ze mną jest i śmieje się ze mnie za każdym razem, gdy sięgam po kolejną książkę, kończę kolejne szkolenie czy zaczynam robić jakiś szalony lub nawet całkiem niewielki projekt. Wiem, że to tylko wrażenie, które tkwi w mojej głowie i nikt, w zasadzie, mnie z tego finalnie nie rozliczy, ale pomimo tej świadomości pojawia się niepokój odrzucenia i porażki.

Odrzucenia – przez kogo? No właśnie ? Przez kogo, skoro to wszystko tworzę sam – swoje wymagania, dążenie do nieznanego, bądź nieuzasadnionego celu…

Czy nie lepiej siąść i patrzeć na wiatr? A wszystko jakoś samo się ułoży? To już skrajność – aż tak dobrze to nie ma i samo się nic nie ułoży, a jak ktoś życzliwy popatrzy, że nic nie robisz, to koniec końców zamkną cię w jakiejś placówce, by nafaszerować chemią i sprawdzić jak poradzisz sobie w nowej, kreowanej przez innych rzeczywistości.

Zatem jak to zwykle – trzeba zachować umiar, balans i „jakiśtam” rozsądek, bo niekoniecznie będzie on dla ogółu zdrowy. Nie ma się zatem co przjmować za bardzo, bo wbrew pozorom ludzie są bardziej skupieni na sobie niż na innych, a nawet jak ktoś komuś opowie jakieś plotki, to i tak poprzekręca je, a głuchy telefon dołoży dzieła zniszczenia.

Nie zdasz egazminu? Nie dokończysz jakiegoś planu treningowego? Zepsujesz swój samochód? Albo może zająkniesz się na wystąpieniu publicznym?

Będzie jak będzie – jeśli nikt nie straci przez to życia bądź zdrowia, to nawet nie ma się co tym przejmować, a reszta jakoś się ułoży!

Nie martw się na zapas nadmiarowo! Wystarczy tylko odpowiednie minimum! Pytanie jak je znaleźć, a całą zbędną jak dziura w moście, resztę, olać?

#1095 – to już niedługo

Zdaje się, że jeszcze tyle czasu przed Tobą. Tyle wyzwań i niespełnonych marzeń czekających na swoją kolej. Pytanie czy się doczekają? Czy robisz coś, cokolwiek by zbliżać się do ich realizacji? O wiele łatwiej odpowiedzieć na te pytania pozytywnie, kiedy wiatr wieje w żagle, zbiorniki paliwa są pełne, a ty wyspany, najedzony i zaspokojony ze wszech stron. Wtedy chce się żyć i nawet małe sukcesy cieszą jak największe zwycięstwa!

Pytanie – jak nałapać tego szczęścia, jego nadwyżki, żeby w chwilach dołka sobie go użyć do poprawy nastroju? To jest sztuka, którą warto opanować i wykorzystywać w ciężkich czasach. Bo ciężkie czasy nadejdą szybciej niż myślisz. Na chwilę, na dłużej, byle nie na zawsze. I wtedy jakoś musisz przez nie przejść. I nie chodzi teraz, by w chwili szczęścia i euforii biczować się i wprowadzać w stan poczucia winy, tylko chodzi o to by na jak najdłużej zachować wspomnienia tego stanu, tak by wracać do tego kiedy jest naprawdę mroczno, zimno i do dupy.

Z kolei te złe chwile również mogą nieść w sobie coś co później wykorzystasz do zbudowania wiary i nadziei. Świadomość tego wszystkiego to już połowa sukcesu – a jak już jesteś za połową to już jest z górki. Nawet koty o tym wiedzą włączając swój mruczący motorek w chwilach szczęścia i przyjemności.

Kiedy są w dużym stresie – również go włączają, bo kojarzy im się ze spokojem i bezpieczeństwem, zatem chcą ten stan wywołać od drugiej strony – czyli wywracając kota ogonem…

Bądź jak kot. Kiedy ciebie los pałą przez łeb – ty go łbem przez pałę!

#1094 – jesteś beznadziejny

„Jesteś beznadziejny”

Czasem coś takiego usłyszysz. Albo wydaje ci się, że to usłyszysz, albo przeczytasz między wierszami. I wtedy robi się niemiło i przykro. Przynajmniej ja tak mam, kiedy coś takiego mnie spotyka. I wtedy mówię sobie STOP. Pora oddzielić odczucia od faktów i stereotypów przez, które mnie ktoś ocenia. Trzeba pomyśleć jak było i w jakich warunkach to się stało. I zanim powieszę sobie kamień u szyi i skoczę z mostu, chcę zrozumieć aspekty informacji, która do mnie dotarła.

I pomimo smutku i goryczy staram się znaleźć coś na pocieszenie. Krok po kroku. Detal po detalu. Wszak po pierwsze – ja mogłem się pomylić z interpretacją przekazu. Po drugie – ktoś mógł się pomylić w swojej ocenie. Po trzecie – co było a nie jest – nie pisze się w rejestr – czyli to co było wtopą wczoraj – dzisiaj może się okazać przyczynką do sukcesu.

Czasem jednak to prawda – mogłeś coś skaszanić, ale weź pod uwagę to, że chodzi o zachowanie i sytuację, a nie o ciebie. To, że zwaliłeś coś w jakimś konkretnym czasie, nie znaczy, że zawsze tak będzie. W kolejnym przypdaku być może (mamy taką nadzieję), poprawisz swoje zachowanie z uwzględnieniem wyciągniętych wniosków.

Jedna rzecz, która pozostanie to pamięć o tym co było, kary, konsekwencje i niesmak, który tak czy inaczej pozostanie. I musisz nauczyć się z tym żyć.

Ale będzie co opowiadać potomnym i będzie to przykład dla nich.