No i po 5 Maratonie Lubelskim…

Pora na podsumowanie tego „treningu”.
- cel minimum (MUST) – przebiec (przetruchtać) bez zatrzymania – oceniam na 95% – po 30 kilometrze włączyłęm tryb „Marszo-Bieg” – dlaczego? Zawiodłem ja, zawiódł sprzęt – wyłączył mi Chopina, którego słuchałem na uspokojenie, a po drugie na chwilkę zacząłem iść i stwierdziłem, że nogi bardziej bolą przy maszerowaniu, więc postanowiłem to podciągnąć szybko . Po maratonie poszedłem też pieszo do domu 4,5 km
- powinno być (SHOULD) – osiągnąć czas poniżej 4h – no tu też wtopa – 4:15 czyli czas osiągnięty to 96% zakładanego
- mogło by być (COULD) – bawić się przy tym przednio i szybko dojść do siebie po biegu – tu zobaczymy, ale wstępnie 100%
- nie będzie tym razem (WON’T) – osiągania granic własnych możliwości, życiówek itp. itd. – to jedynie kolejny TRENING* – TAK TAK TAK 100% – dobra zabawa, uśmiech i w ogóle. Zegarek pokazywał 28h odpoczynku – czyli tyle co nic…
Czyli ocena średnia wychodzi 97% – hmmm – niech tak zostanie…
I jeszcze jedno – to pierwszy maraton bez chemii – żadnych żeli, napoi energetycznych, wspomagaczy, doładowywaczy, elektrolitów.
Wcale nie było jakoś przez to gorzej czy trudniej – chyba tak samo jak zwykle….
