Kolejne koło natury się zatoczyło. Kolejna pełnia po równonocy wiosennej. Jak co roku natura się budzi do życia. Kolejne odrodzenie, odnowienie, wzrost, nadzieja i bógwieco.
A my się tym jak co roku zachwycamy, bo i dlaczego by nie? W końcu jest pretekst być pomyć okna, ogarnąć ganek, podjeść co nieco i polać nieco wo(ó)dy w lany poniedziałek. I dzień wolny więcej jest. Także musi jest to pora by docenić to co się ma, by odsapnąć ociupinkę i po corocznym umartwianiu pocieszyć się bardziej niż rok temu! Bo jesteśmy przecież mądrzejsi o nowe doświadczenia i oczekujemy spełnienia kolejnych marzeń, pomimo tego, że ogólnie rzeczywistość jakby trochę szaleje i wydaje się jakby nieoczywiście nielogiczna chwilami.
Pewnie, że trzeba się cieszyć, a moim osobistym zdaniem, z tym umartwianiem … Nad tym należy się zastanowić.
Bo kto był dobry i kto był zły w tej historii?
Gdzie zaczyna się ciąg przyczynowo skutkowy?
Czy pierwsze było jajko czy kura?
I kto jest beneficjentem zaistniałej sytuacji?
Poza rozważaniami, jednak, pozostaje nam się cieszyć, bo inni na tym świecie realnym mają naprawdę gorzej (to jest jedno z niewielu zdań, których nie cierpię), ale zastanów się, jak naprawdę masz dobrze i ile dobra możesz zanieść innym. Niekoniecznie materialnego.
Czasem wystarczy kogoś rozweselić, rozbawić, poprawić humor, czy dać poczucie potrzeby istnienia.
Znaczysz o wiele więcej niż ci się wydaje, pomimo tego, że jesteś do zastąpienia w każdej chwili i nie jesteś niezbędny do istnienia w tej zagmatwanej machinie.
To jest naprawdę ważne i ulotne, to że istniejemy tu i teraz, bo możemy odcisnąć swoje piętno w otaczającym nas świecie, choć ten świat może istnieć bez nas.
Czyli jesteśmy jak powietrze.
Niby go nie widać i nie czuć, a jednak po 30 sekundach pod wodą, zaczynasz za nim tęsknić….
