Rzeczywiście dziwne to wszystko. Ciągle to samo, ale niby inaczej. W innej skali. Za mało działam, za bardzo rozmieniam się na drobne i za mało asertywnie podchodzę do tematu. Tyle się robi, tyle się mówi. Nawet, jeśli by popatrzeć z boku na efekty, to jest się niby czym pochwalić. Ale nie do końca. Niby są efekty, są namacalne dowody radości i sukcesów, ale czegoś brak. Z czego tu się cieszyć, choć niby nie ma czym się martwić, z drugiej strony. Być może zaburzone są proporcje między oczekiwaniami a stanem faktycznym? A może należałoby się wyzbyć empatii, uprzedzeń, strachu przed opinią innych i konsekwencjami? Wszystko zależy od kontekstu, oczekiwań i możliwości interpretacyjnych odbiorcy. A ja jestem najważniejszym odbiorcą mojego życia, więc pora się zatrzymać, obrócić 360 stopni, a później drugie 360 stopnie w drugą stronę coby się w głowie nie zakręciło i rozpędzić do nadświetlnej i cieszyć się tym co się zastanie. Bo tak na dobrą sprawę co to za różnica? Czy zadowolisz 1 000 000 osób wokół siebie, 1000, 100… Czy tę jedną jedyną, wymarzoną i wyśnioną?
A może nikogo?
