W obliczu wirusa i dbania o higienę i unikanie przesadnego kontaktu z ludźmi przypomniała mi się historia sprzed lat….
Był rok 1981, miałem 6 lat i większość czasu, który miło wspominam, spędzałem z kolegami na świeżym (jeszcze wtedy) powietrzu.
Mieszkaliśmy w centrum miasta w kamienicy w 32 metrowym mieszkaniu, moi rodzice, ja z siostrą i moi dziadkowie. Bez ciepłej wody, bez łazienki, jedynie ze wspólną toaletą z sąsiadami. Bardzo lubiłem to mieszkanie i jego sąsiednią okolicę, uliczki, podwórka, place zabaw, bramy i nasze małe wyprawy.
Jest wiele historii, które kołaczą mi się w głowie, wracają do mnie i nie wiem już na ile są wytworem mojej wyobraźni, a na ile zdarzyły się naprawdę.
Jedna z nich, ta o której wspomniałem wcześniej, to taka, że naszym małym hobby było łażenie po zakamarkach dzielnicy i szukanie niedopałków papierosów, które ochoczo dopalaliśmy, w czym pomagali nam o kilka lat starsi koledzy. Zastanawiam się czasem, jak w ogóle to było możliwe, teraz nie mieści mi się w głowie jak sześciolatek mógłby sobie samodzielnie, wraz z rówieśnikami, bez nadzoru dorosłych eksplorować teren daleko poza zasięgiem wzroku i kontroli rzeczywistości….
W każdym razie, co by nie było, frajda z takich wycieczek jest nie do opisania jak sobie przypominam, co myśmy wtedy wyczyniali, to aż raduje się dusza.
Wszystko było pięknie, ale w końcu ktoś nas podkablował do rodziców i się wydało, że zbieramy niedopałki….. I za karę, w nagrodę, czy nie wiem co, mogłem spróbować w ich obecności zapalić normalnego papierosa…. Cóż, szybko mi przeszła ochota na tego typu aktywności, ale za to można było robić zupełnie inne, równie ciekawe rzeczy.
