Ważną część mojej młodości zajmował projekt Syrena.
Był rok 1978 i moi rodzice stali się szczęśliwymi posiadaczami samochodu osobowego Syrena 105. Miałem 3 lata i jak przez mgłę pamiętam pierwszą przejażdżkę tym, jak się okazało dużo później najbardziej wywalonym pojazdem w kosmos. Samochód jak samochód, na tamte czasy już nie był szczytem myśli technicznej, ale trzycylindrowy silnik dwusuwowy zaadaptowany z pompy strażackiej o niebywałej mocy tzrzydziestuparu koni mechanicznych dawał rozpędzić to cudo prowadzone przez odważnego i zdeterminowanego kierowcę do prędkości nieco powyżej 100 km/h. Jeździliśmy rodzinnie tym autem przez kilka lat, byliśmy nawet nad morzem, często na wsi. Pamiętam akcję wyciągania zagrzebanej po progi „Skarpety” (bo tak nazywano te piękne pojazdy) z błotnistej polnej drogi przy pomocy stryjkowego ciągnika..
Kilka lat minęło, przeprowadziliśmy się do innej dzielnicy miasta i koniec końców około roku 1983 w Syrenie odpadł tłumik,a mój Tato nie czul potrzeby naprawiania tej przypadłości, więc auto stało na parkingu przed moi blokiem. Przez 9 lat. Moi koledzy zaczęli robić prawa jazdy,(wtedy od 17 roku życia), mi to jeszcze wtedy nie było dane, ale nie wiedzieli nawet, że podgnity potwór należy do mnie. W końcu jakoś to wyszło na światło dzienne i okazało się, że posiadanie Syreny to nie jest wcale wstyd tylko zajebisty atut. W wakacje, kiedy miałem już 17 lat – rozpoczęliśmy proces przywracania drugiej młodości do tego pięknego, w sumie i ważnego elementu naszej nowej rzeczywistości. Poszło nam na początku całkiem sprawnie. Pożyczyliśmy akumulator, wstrzyknęliśmy paliwo z olejem bezpośrednio do cylindrów i ku naszemu zaskoczeniu silnik załapał praktycznie od razu! Bez tłumika. Co to był za dźwięk! I szary dym! Po prostu naszej radości nie da się opisać. Później tylko pompowanie kół, pierwsze podłączenie świateł na krótko (bo wszystko zaśniedziało) i odbyliśmy pierwszą przejażdżkę dookoła osiedla…. I dopiero wtedy się zaczęło.
