Zawsze był rozważny. Dobrze ułożony, uprzejmy, tak uprzejmy, że podobał się wszystkim ciociom i babciom. Zawsze. Do porzygu. Wcale tego nie chciał, ale mamusia kazała. Mamusia, której i tak nie cierpiał. W sumie to nie miało żadnego znaczenia.
Skręcił w boczną uliczkę i maszerował jak za szkolnych czasów, minął trawnik, na którym kiedyś wpakował się w psią kupę kiedy bawili się w wojnę. To była smutna historia, bo nikt później nie chciał podawać mu ręki, żeby nie-daj-boże smród pozostał. Błahostka, ale nauczył się jak na koleżkach można polegać. Domofon. Trzy razy wcisnął środkowy guzik i gdy po chwili odezwał się zachrypły głos: – Kto tam? – odparł – Poczta.
Zabrzęczał zamek w drzwiach. Szarpnął je i ruszył do klatki schodowej. Zawahał się przy windzie i wybrał schody. Tak będzie lepiej. Pamiętał jak spędzali w tym miejscu długie zimowe wieczory, rozmowy, dyskusje, plotki, papierosy, tanie wino. Wróciło to jak ciepły wiosenny wiatr po zimie. Westchnął i wspinał się schodek po schodku. Tutaj poznał swoją pierwszą dziewczynę. Wychodzili razem na osiemnastki i inne imprezy. Ile tego było! Można by książkę napisać, albo ze trzy. Tylko kto by chciał to wszystko czytać…. A może by chciał? Nieważne.
W sumie to by zapalił. Co prawda nie robił tego od piętnastu lat, ale w doborowym towarzystwie zdarzało mu się sięgnąć po dymka. Żeby sobie przypomnieć, że przecież nie lubi jarać. Tak. Przewidział to. Miał ze sobą paczkę jakichś lightów, które zostawił ktoś po ostatniej parapetówce. Może to już pora zapalić. Tak.
Zatrzymal się i nasłuchiwał. Cisza. Wyjął papierosa, rozwałkował go i włożył do ust. Wciągnął powietrze bez odpalania. Poczuł zapch i smak tytoniu. Wyjął go i wsadził za lewe ucho. Jeszcze poczeka. Ruszył dalej.
To już trzecie piętro. Tu to były biby. Jedna była przezajebista. Podobno. Od kolegów się dowiedział, bo przecież tak dali w palnik, że film mu się urwał. To, że się urwał, nie przeszkodziło w tym, żeby zarzygać pół mieszkania, nie chcieć posprzątać i jeszcze prawie wlać właścicielowi. Żeby jeszcze byli na tę okazję zaproszeni…
Kolejne piętro, kolejne wspomnienia. Tu mieszkał starszy, wredny dziad, który ganiał ich z siekierą po działkach. No niby mu szabrowali owoce i niszczyli grządki, ale przecież byli jeszcze dziećmi.
Na dworze się ściemniło. Ruszył dalej. Nogi zaczynały go boleć i stawały się ciężkie. Człapał jak leniwiec na kacu po imprezie z koalą, każdy krok kosztował coraz więcej wysiłku. Usiadł na schodach opuścił głowę i włożył ją w dłonie.
Po co tu przyszedł w ogóle? Ogarnął go paraliż i zwątpienie. Dreszcze przebiegły po obu stronach pleców a wzdłuż kręgosłupa poczuł spływające krople potu.
Skupił się i powoli doszedł do siebie. Tak. Papieros. Odpalił go, zaciągnął się i zakaszlał jak gimnazjalista za śmietnikiem. Przecież gimnazjów już nie ma – przemknęło mu prze myśl – Nie ma to przecież znaczenia.
Wziął trzy machy, zagasił peta i ruszył dalej. Może z tym paleniem się pospieszył? Na szczęście nikt nie poczuł dymu, w każdym razie dotarł już na jedenaste piętro. Jeszcze trzy. Zatrzymał się i przytulił do ściany. Ktoś wyszedł z mieszkania i podszedł do windy. Przeczekał aż się zapakowali i kabina odjechała. Ruszył dalej.
Dotarł na piętro. Przyspieszył korytarzem do celu. Spojrzał na drzwi i wsunął klucz do zamka. Nie wkręcili go – pasował! Po chwili już stały otworem a z wnętrza wydobył się lekki smród. Niewiele myśląc przekroczył próg i zamknął je za sobą.
