Wczorajszy wpis miał być taki:
—
Siedzę i myślę. Zmóżdżam się i kombinuję. Zadaję sobie to pytanie wracające co jakiś czas, szczególnie w trudnych chwilach. „Po co to wszystko jest?” „Dlaczego wszystko się tak komplikuje, skoro jest takie proste?”
Zastanawiam się, czy oczekuję od życia za dużo, czy za mało się przykładam, czy może coś kiedyś poszło nie tak?
Być może za bardzo porównuję się z projekcją tego co pokazują inni, albo z wyobrażeniem, co mógłbym osiągnąć gdybym był tak dobry jakbym chciał?
Z drugiej strony „idę szybciej niż niejeden mógłby biec”, więc nie chciałbym wychodzić przed szereg. Dobrze, że znajduję siłę na to co najprostsze – na życie…
Cóż, wiem, że te myśli to tylko subiektywny odbiór mojego świata. W rzeczywistości jest znacznie lepiej i w zasadzie nie mam się czym przejmować. Zdołałem pójść na dłuższy spacer z najbliższą osobą, popatrzeć na słońce, łąki i rzekę. Ujrzeć na nowo świat i jego cudowną moc. Już znowu wiem, że dalej mogę robić swoje, to co kocham, że mogę wspierać moich najbliższych i mam doskonałe wsparcie, takie jakiego potrzebuję. Mogę robić to co chcę i mam możliwość spełniać swoje marzenia. Nie wszystkie na raz, ale po kolei daję radę.
Pytanie jakie się pojawia – ile jest takich osób, które mają podobne, złe myśli i nie potrafią sobie z nimi poradzić? Bo tu nawet nie chodzi o wsparcie z zewnątrz, tylko o możliwość działania od środka, o organizowanie swojego najprostszego życia, podstawowych czynności życiowych bez poczucia znajdowania się pod jakimś niewyobrażalnym ciężarem i spętania niewidzialnymi więzami uniemożliwiającymi jakikolwiek ruch. Poczucie chęci zniknięcia jest przeogromne a otoczenie wydaje się tylko wyciągać ręce po resztki twojej energii. Każdy krok jest wyzwaniem, a obowiązki mają rangę prac Herkulesa. Jak żyć w takim świecie? Jak żyć i po co?
