Nie wiem jak wy, ale czasem zdaje mi się, że latam w chomiczym kołowrotku poziomu drugiego. Albo trzeciego.
Nie dość, że tygodnie zlewają się ze sobą, miesiące zaczynają i kończą w jednym momencie, to pory roku przemijają niewiele wolniej.
Dokładając do tego pasmo dziwnych, nie zawsze pozytywnych zjawisk mających wpływ na moją osobę oraz bliskie mi otoczenie, zatrzymanie czasu i kontemplacja połączona z chłonieniem ciągłego szczęścia i energii wszechświata bywa czasem zachwiana. No, ale trudno, trzeba zakasać rękawy, przymknąć oko na to czy tamto (w przenośni i dosłownie) i jak to zwykle bywa, spiąć pośladki (tego już dawno nie było). W sumie jest zabawnie, taki trochę śmiech przez łzy, bo sam ciekaw jestem ile tego wszystkiego można wytrzymać i jak się to potoczy. Bo tak czy inaczej, ze wszystkim damy sobie radę, lepiej, gorzej, ale damy. Tyle, na ile pozwoli otoczenie, nasze zaangażowanie i pozytywne nastawienie. W końcu każdy dzień jest darem. Każdy niesie coś ze sobą, coś małego, czasem większego, a nie zawsze ostatni kawałek układanki jest duży, czasem jest promilem całości i nagle się okazuje, że to już. Koniec. Sukces. Zrobione.
Pytanie – czy na pewno chcieć żeby to już był koniec? Może to sama frajda – robić, budować, tworzyć, dopieszczać, rozbierać, zmieniać i patrzeć jak to fajnie żyje, trochę własnym życiem.
Zatem kołowrotek nie jest taki najgorszy, trzeba tylko odpalić kolejny poziom, a to już niebawem. Będzie turbo kołowrotek.
Trzymajmy się razem!
