I dopiero co był nowy rok, opadł tuman kurzu, smrodu i syfu po zabawie sylwestrowej, a tu tymczasem, borem lasem, śmignęło nie wiadomo kiedy 13 tygodni. Były to tygodnie trudne, zaskakujące, niosące ze sobą wiele smutku, zwątpienia i bezradności. Takiej prywatnej, osobistej, rodzinnej, jak i ogólnoświatowej, jeszcze bardziej sprawiającej, że wszystko co nas otacza wydaje się (a właściwie jest) kruche i chwilowe. Teraz pora siąść stabilnie na podłodze, z godnością spiąć pośladki (sic), wrócić do pracy w biurze i znowu wskoczyć na wyższy poziom. Pytanie, czy to na pewno o to chodzi? A może trzeba sięgnąć jeszcze bardziej wgłąb siebie, zrozumieć co tam siedzi i co sprawi, że poza spokojem będzie można przestać martwić się o byt naszych dzieci? Naszych przyszłych pokoleń, które zasługują na to, żeby żyć godnie, jeszcze lepiej niż my.
I tu nie chodzi o jakieś bogactwo. Tu chodzi o spokój, radość i taką prostą frajdę z tego, że można być z ludźmi, że można robić to co się lubi i odpoczywać tak jak się chce, nie goniąc za króliczkiem, który okazuje się później jedynie futrzaną przynentą na charty.
