Często się zastanawiałem, czy ja coś w życiu osiągnąłem.
I tu, od samego początku zaczynają się schody. Mam, miłość, dzieci, mam skończone kursy i szkoły, dach nad głową, pracę, stały przychód, pasje, siwe włosy na skroniach, ale patrząc na innych wydaje się, że można by więcej? I więcej, i więcej …. STOP
Jedna sprawa co mówią i pokazują inni. Pokazują to co chcą pokazać. Plusy. Z drugiej strony o sławnych mówią różne rzeczy i w zasadzie to koniec końców nie są to same pozytywy. Może polityka? Nieeeee, to się źle kończy, choć gilotyn i szubienic u nas nie ma. Aktorstwo? Muzyka? Tu niestety albo raczej na szczęście trzeba talentu (choć odrobinę), samozaparcia, czasu i chęci. A wiadomo, że ja mam słomiany zapał. Zawsze to słyszałem, kiedy chciałem zapisać się na jakieś zajęcia. Harcersto? Dwa lata i pas, inne zajęcia sportowe? Lekkoatletyka nie wypaliła, bo kiedy chciałem zaczynać w podstawówce treningi nie było jeszcze u nas szkieł kontaktowych (koniec lat 80 XX wieku) i na drugim trenigu stłukłem okulary (tak – skoki przez kozła), a bez nich byłęm ślepy jak kret, więc zrezygnowałem. I może jeszcze coś tam było – w sumie nie pamiętam.
I tak sobie wmawiałem skutecznie, że to wszystko nazywa się nic i jestem beznadziejny. Aż w końcu wziąłem się za siebie. Powoli, jak ociekająca oliwą lokomotywa , do której palacz sypie węgiel (taki co się pali). I krok po kroku, rok po roku wszystko zaczynało się kręcić. Oczywiście wszystko można by zrobić inaczej, z pewnych punktów widzenia lepiej, korzystniej, ale to mogą poddawać analizie inni, by swoje życie przeżyć bez takich czy innych błędów. Mam wielu znajomych, takich którzy osiągnąli wiele biznesowo, inni spełnili się w swoich pasjach, jeszcze inni poświęcili się bezgranicznie pracy w korporacji, a jeszcze inni stoczyli na samo dno i stamtąd nie wyszli.
Tak na to wszystko patrzyłem, martwiłem się i w końcu ogarnąłem, że ani świata nie naprawię ani nie zmienię na siłę innych, którzy nie akceptują tego kim jestem i nie chcą osiągnąć ni synergii ni nawet KOMPROMISU.
Znalazłem spokój. 3 lata temu znalazłem spokój duszy. Spokój ten nie ma niczego wspólnego z marazmem, lenistwem czy niemocą. Jest to spokój przeżywania życia. Wzlotów, upadków, znajdowania się w nietypowych czy trudnych sytuacjach. Natychmiastowej reakcji „do przodu”, a nie skupianiu się na szukaniu kozłów ofiarnych.
W tym czasie poznałem wielu nowych ludzi – różnych. Widzę na nowo, póki jeszcze mogę ( 😉 ), jak mi jest dobrze. Pomimo tego co można zobaczyć w mediach u bogaczy, a czego nie mam, jest mi świetnie i ciągle odkrywam nowe rzeczy. Fakt jest taki, że nie mam problemu by porzucać coś co już nie kręci tak bardzo, ale mam silną wolę by na nowo odkrywać to co wartościowe, bo przy każdym podejściu można zaobserwować, usłyszeć czy poczuć nowe, ekscytujace fragmenty.
Moje życie jest drogą, są na nim kamienie milowe, przystanki, czasem pętle po których trzeba przejechać po wielokroć z takim samym syzyfowym bagażem. Na tym to polega, na odkrywaniu nowego przy zmieniających się aspektach. To, że życie toczy się jak kulka gówna zauważyli wszak już Egipcjanie, czcząc Skarabeusza i uważajac go za symbol życia.
A efekty? Widać, słychać, czuć dotykiem, smakiem i wydzielaniem przeróżnych hormonów. Szczęście jest wszędzie, każdego dnia.
