Za mną kolejny, szósty już Bieg Rzeźnika w Bieszczadach. Tym razem sytuacja mnie przerosła i po 60km doznałem ściany – braku możliwości poruszania się z szybkością większą niż 3 km/h. I wtedy dopiero rozpoczęła się walka w mojej głowie. Walka, jak zmusić swój, broniący swoich praw orgainzm, do dalszego wysiłku, aby skończyć tę mordęgę na najbliższym możliwym punkcie kontrolnym (cywilizacja), znajdującym się na 71 kilometrze. To były najgorsze 4 godziny, rozmyślań, medytacji w ruchu i wielkiej bezsilności. Pięć, można powiedzieć, sukcesów na tej trasie i właśnie ta jedna porażka dała mi wiele do myślenia, tym bardziej, że to trzeci z ultramaratonów, których nie dałem rady ukończyć w wymaganym czasie. Poprzednie to UTMB 2017 – zakończyłem na 100km, UTMB 2018 na 80km (ze 170km). Ostatnim biegiem, jaki ukończyłem był Bieg Rzeźnika w 2018 roku.
Cóż. Można zganiać na wiele czynników – okulary, przez które niczego nie widziałem z powodu deszczu i potu, tony błota i ekstremalnie śliska trasa, za słabe przygotowanie (choć ostatnimi mięsiącami biegałem rzetelnie po kilkadziesiąt km tygodniowo). Strach przed kontuzją wynikającą z wywrotki itp. itd.
Teraz oceniam i wydaje mi się, że do tego ja się już po prostu nie nadaję i trzeba ten stan rzeczy zaakceptować. Być może to warunki zdrowotne, ale mam pójść do lekarza i powiedzieć: pani doktór – po 60 km marszobiegu, jakoś przestaję mieć ochotę na dalszy wysiłek – co mam z tym zrobić?
Marszobiegi w terenie do około 40-50 km mają jeszcze jakieś uroki, ale na więcej ja się po prostu nie piszę. Nigdy!
Dwa dni po XX Biegu Rzeźnika, byłem na naszym karatowym XLV Biegu Kwitnącej Wiśni dookoła Zalewu Zemborzyckiego na dystansie 12km i przebiegłem go, co prawda truchtem, ale jednak był to ciągły bieg. Zakwasów dzień później, czyli dzisiaj, już praktycznie nie mam…
