W końcu wymarzony urlop. Taki z prawdzowego zdarzenia. Z ukochaną. Bez większego planu i ciśnienia. Spędzamy go, w jak się okazuje, jednym z najdroższych miast na świecie – Oslo.
Jest połowa września, na przemian ciepło oraz słonecznie (powyżej 200 C) i pochmurno z lekkim deszczem. Właśnie mija połowawyjazdu i jestem już przytłoczony wizją powrotu, bo dopiero rozumiem jak bardzo potrzebowałem takiej odskoczni. Jest leniwie i intensywnie, spokojnie i energetycznie, czyli tak jak tygrysy lubią najbardziej! Potrenowane, podrzemane, poczytane, w tym też książki specjalistyczne, pojedzonea, muzea, jakich w Polsce nie uświadczysz. Inne rzeczy też na najwyższym poziomie! Dotknąłem i poczułem nowych rzeczy – TRE, dieta keto, ba nawet bańki już mialem dwa razy postawione! Rozmowy o różnych podejściach terapeutycznych, o ludziach i nowe znajomości z ciekawymi osobami – szczególnie przyjaciółką mojej żony, u której się zatrzymaliśmy. Kopalnia wiedzy i pomysłów, na co skierować swój wzrok i umysł, w czasie dalszej życiowej wędrówki.
Być może napiszę jakąś bardziej szczegółową relację, ale wyzwaniem jest to, że musiałaby być inna niż te dostępne w Internecie. I zdjęć juz zrobiliśmy masę, i możemy oddychać norweskim powietrzem i przypominać sobie baśnie z zamku Soria Moria, które w dzieciństwie czytał mi dziadek.
Czyli jest super i zapowiada się kontynuacja tego stanu przez kolejne dni. Wszystko tak, jak sobie nawet nie mogliśmy zaplanować!
