Obecność
Dzisiaj fragment z pamiętnika potłuczonego:
Jeśli byłeś polskim nastolatkiem w latach 90 XX wieku, nie sposób było nie mieć możliwości by sięgnąć po trawę. Każdy znajomy miał znajomego, który miał dojście do najlepszego towaru. Ja osobiście bałem się palenia jak ognia, bo czytałem różne rzeczy o narkomanach, a zazwyczaj w to co przeczytałem, po prostu wierzyłem. A marycha była narkotykiem, przynajmniej dla mnie. Ale nie przeszkodziło mi to w spróbowaniu tego specyfiku i to oczywiście niejednokrotnie.
Najbardziej wyrył się w mej pamięci drugi raz. Działo się to na wycieczce szkolnej w klasie maturalnej. Pojechaliśmy do Krakowa z grupą policealnego studium ekonomicznego. Zwiedzaliśmy stare miasto, muzea, byliśmy nawet w teatrze, na sztuce, której za chorobę nie pamiętam. Ale za to doskonale pamiętam to co było później…. Wracaliśmy do naszej noclegowni znajdującej się w gdzieś w centrum miasta w klasztorze sióstr zakonnych. Dormitorium znajdowało się w ciemnej suterenie i mieliśmy spać na metalowych, piętrowych łóżkach w wieloosobowej sali. Gotycki sufit dopełniał mrocznego klimatu tego miejsca. Szykowaliśmy się do spania i planowo, po ciszy nocnej zebraliśmy się na dolnych pryczach by rozprawiać o rozterkach nastoletniego życia. Mareczek, mistrz ceremonii, wyjął fifkę, napełnił ją z namaszczeniem grasem i zapalił używająć ciemnozielonej zapalniczki benzynowej z białym emblematem czaszki. Słychać było trzask palącego się zioła. Podawaliśmy sobie w kręgu tę fajkę pokoju, niczym Winnetou i Old Shatterhand na stronach książek Karola Maya.
Zaciągnięcie, przytrzymanie dymu w płucach tyle ile się da, wydech. Powtarzaliśmy to kilkukrotnie. Siedzieliśmy w zmroku rozjaśnianym żółtymi płomieniami świec. Cienie tańczyły na ścianach i łukowatym sklepieniu dodając klimatu temu niezapomnianemu miejscu.
Dla mnie czas się zatrzymał. Byłem zjednoczony z nicością i mrokiem. Ogarnął mnie chłód i przerażająca samotność. Towarzysze oddalili się ode mnie choć nie przesunęli się ani o milimetr. Zamarłem nie mogąc się ruszyć i po prostu trwałem, zawieszony w pustce. Nie wiem ile to trwało, ale niepokój, który czułem zaczął być niewygodny niczym zbyt ciasne wżynające się w kroku spodnie. Głosy rozmowy kolegów i koleżanek były przytłumione i nie byłem w stanie wyodrębnić ani słów, ani ich sensu. Byłem zupełnie sam w komnacie pełnej ludzi, do czasu kiedy poczułem Obecność. Nie jestem pewny czy już wtedy widziałem istoty, czy jedynie je wyczuwałem, ale panika zaczęła mnie paraliżować. Wydusiłem z siebie, że ktoś tu jest oprócz nas jest. Mój strach i stan w jakim się znajdowałem, postanowił wykorzystać Mareczek, który jako wytrawny palacz spotykał się z podobnymi przypadkami swoim życiu. Potwierdził, że ktoś tu jest i widzi osoby, i wtedy ich zobaczyłem. Byli wokół nas, otaczając nas kręgiem wyłaniając się z cieni tańczących na ścianach. Postacie miały bezkształtne twarze z czarnymi dołami oczu , zaczęły wyciągać do mnie ręce. Chcieli mnie zabrać do siebie. Tam gdzie moje miejsce. Nie wiem co było dalej. Nie pamiętam. Nie wiem czy chcę pamiętać i do końca nie jestem pewny jak się to zakończyło. W każdym razie było to jedno z bardziej przerażających wydarzeń w moim życiu.
Później długo nie miałem odwagi nawet pomyśleć o paleniu marihuany. Było co prawda jeszcze kilka razy, kiedy się odważyłem, ale wszystkie te razy, zarówno przed i po nie przyniosły takich rewelacji.
Nie była to jednak jedyna sytuacja kiedy spotkałem się z obecnością. Pamiętam, póki co, jeszcze dwa inne przypadki, jeśli chcesz wiedzieć więcej, czytaj uważnie bo pojawią się na stronach tej książki.
