Zawsze nadejdzie jakiś ostatni raz. W wielu przypadkach nie będzie nawet wiadomo, że to był właśnie ten. Taki urok naszego życia i jego przewidywalna nieprzewidywalność. Paradoks znany już od starożytności, a znając życie to jeszcze wcześniej, tylko słuch o tym zaginął.
Była więc sobie historia o więźniu, który miał zostać stracony za przypisane mu występki. Wyrok jednak stanowił, że skazaniec miał dokonać żywota w ciągu najbliższego, tygodnia, jednak ten dzień miał być dla niego nieznany aż do momentu rozpoczęcia egzekucji.
Nasz bohater pomyślał więc, że warunek jest niemożliwy do spełnienia gdyż, jeśli nie stracą go do niedzieli – to będzie o tym wiedział już w sobotę tuż po tym jak skończy się jej ostatnia godzina. Podobnie wyeliminował sobotę (bo niedziela już odpadła) i kolejne dni tygodnia. Łącznie z poniedziałkiem.
Jakież było jego zdziwienie, ze zawisnął we wtorek.
Wszak wiedział, nie wiedząc. Nie uniknął nieuniknionego i oczywistego i łudził się, że dedukcja i myślenie pozwoli mu przygotować się należycie w odpowiedniej chwili. A sam fakt bezsensu założeń, nie jest w stanie uchronić przed tym co ma się stać, a jest niezależne od jego woli.
Zatem nos do góry i jak mawiał bohater maluczkich: Alleluja i do przodu!
Nie ma większego znaczenia co i jak się potoczy, ważne by świetnie i setnie się przy tym bawić, bo to co najważniejsze powinno być zaraz przy tobie, tu i teraz. A reszta się ułoży – bo przecież skoro czas jest względny to i chwila jest wiecznością.
A tu jeszcze tyle taczek do przewiezienia. Nawet to dobrze, że są puste, bo lżej i szybciej nimi powozić.
