Niby wiele wiem, trochę przeżyłem, przeczytałem kilka książek, słucham ludzi. Słucham ich i staram się zrozumieć obiektywnie ich punkt widzenia, nie trzymając się kurczowo tego, co sam myślę i wydaje mi się, że już trochę wiem.
Staram się i wiercę nieustannie, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie, na które pewnie nie znajdę dobrej odpowiedzi.
Po co to wszystko? Dlaczego człowiek, jako jednostka musi cierpieć? Dlaczego nie może zrozumieć celu istnienia? Dlaczego cierpienie jest naszą naturalną koniecznością? Cierpimy fizycznie i psychicznie, sami i poprzez obserwację cierpienia innych. Są jeszcze tacy, którzy zadają cierpienie innym, często również przy tym odchodząc od zmysłów.
Jest ciężko to ogarnąć, nawet rozumiejąc, że taka jest kolej życia i jego nieuchronny cykl, a starość, jeśli nadejdzie, jest nagrodą i podsumowaniem całego życia. Bo co mają powiedzieć ci, którzy do starości nie doczekają?
Co z naszym zdrowiem? Jak traktujemy własne ciała? Trujemy się alkoholem, nikotyną, cukrem i innym syfem, świadomie wdrażanym do naszego życia przez innych ludzi, pracujemy ponad miarę, realizując marzenia innych, czasem swoje, które często prowadzą nas do nikąd…
Gonimy niedoścignione granice, przekraczamy je po coś, dla jakiejś satysfakcji, którą osiągniemy, albo i nie. Albo damy radę, albo nie damy, albo nas to wzmocni, albo nie. Walczymy z innymi, podobnymi nam, ale mającymi na maszcie flagę innego koloru, mówiącymi w trochę innym języku, czy wierzącymi w inne bajki.
Są jeszcze tacy, którzy nie chcą się z tym mierzyć, nie chcą tego doświadczać, mają po prostu serdecznie dość już na starcie. Tu i teraz, koniec i kropka.
I na tym wywód pozostawię tutaj, taki jak jest. Bez dokończonych pytań, a tym bardziej bez odpowiedzi.
Nie jest moim celem znalezienie czegokolwiek. Chcę patrzeć na wiatr i pamiętać tylko to co było dobre.
Dobre było, jest i będzie. Trudno to czasem zobaczyć i dostrzec, trzeba temu pozwolić wypłynąć na powierzchnię przy niezmąconym umyśle.
