W końcu może coś z tego będzie. Może uda się podnieść środek ciężkości na wysokość, z której można przepchnąć go dalej. Krok za krokiem. Trochę z celem, trochę bez celu, bo i tak w ogólnym rozrachunku nie ma to większego znaczenia. Najważniejsze, że rakieta odpaliła i trzyma się póki co trajektorii.
Pamiętam jak biegałem te „swoje ” ultramaratony po 80, 100, 140, 160 km… Chwały z tego nie ma. Sensu większego również, ale są miłe wspomnienia, które zawsze można wyciągnąć, kiedy kończą się inne tematy. Kto był to zrozumie, że doprowadzenie się do stanu, czasem, skrajnego wyczerpania, daje poczucie narodzin i ulgi kiedy czynnik zadający ból zostaje wyeliminowany i pomału rozpoczyna się proces zdrowienia. Wtedy znowu chce się żyć i świat nabiera kolorów. Gorzej, że tego uczucia zaczyna brakować i człowiek znowu decyduje się na takie czy inne okaleczenie, by w pewnym momencie poczuć ulgę.
Picie, bieganie, toksyczny partner, czy praca, w której źle nas traktują. To wszystko łączy powtarzalność, przewidywalność i chwilowa ulga dająca niebywałą radość i euforię.
A to radości ciągle nam mało. Więcej i więcej!!! A wystarczy pomyśleć i docenić to co jest tu i teraz. I patrzeć na to, coraz to pod innym kątem. Wszystko już jest, tylko trzeba łączyć kropki i otwierać niewidzialne dotąd drzwi. Wszak wszystko jest niewiadomą, którą pomału, cierpliwie odkrywamy każdego dnia. Godzina po godzinie, minuta po minucie. Konieczna jest tylko ciekawość i cierpliwość.
I jeszcze tysiąc innych rzeczy….
