I cyk. Rok końcowych przygotowań minął jak z bicza strzelił.
Egzamin, jak egzamin. Zrobiłem to co mogłem, dałem z siebie 100%. Test odbywał się podczas obozu i był podzielony na dwie części – techniczną i sprawnościową oraz drugą – kumite (walki).
Na samym egzaminie nie było niczego zaskakującego. Trudność polega na tym, że nie ma miejsca na bylejakość, trzeba być skoncentrowanym, skupionym i wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Ciężko wytłumaczyć to komuś kto z tym nie jest związany na co dzień. Adrenalina buzuje w żyłach, stajesz się na chwilę własnym superbohaterem i dokonujesz przełomu we własnej psychice. Trening jak trening, ale musisz samemu sobie udowodnić coś co jest nieuchwytne i ulotne.
Jeśli chodzi o walki, to cóż, nie ma tu czego udawać. Łomot i tyle, chociaż nie o samą fizyczną destrukcję chodzi. Chodzi o przełamanie strachu (w moim przypadku to strach, ze dostanę w oko i oślepnę z powodu odklejenia siatkówki) i zmęczenia. Ból w Kyokushin jest nieodłączną częścią zmagań, więc nie jest to coś czego się człowiek po 20 czy 30 latach ćwiczeń boi. I to zmęczenie i strach trzeba w sobie przerobić, sprostać im, wytrzymać i odrodzić się jak Feniks. Po policzkach często płyną łzy, bezsilności, szczęścia, nadziei i wiary, że dasz radę, pomimo wszystko.
Przeżyłem. Jestem zadowolony, choć pewien niedosyt pozostanie. Że można było jeszcze lepiej, bardziej, jeszcze mocniej.
A wynik?
Nie wiem. Dowiem się za jakiś czas. Ja jestem zadowolony, że idę krok po kroku drogą, którą wybrałem sam. I planuję kroczyć nią dalej, tyle ile dam radę.
