#1836 – MSB – Prolog

– Ach ja miałam takie marzenie kiedyś. Połazić z plecakiem po górach. Potułać się po schroniskach, popatrzeć na widoki, na gwiazdy i zmęczyć się tak po prostu kilkudniowym marszem – powiedziała Monika kiedy siedzieliśmy w zimowy wieczór popijając gorącą herbatę.

Popatrzyłam na nią z ciepłem na sercu. Toż to wypisz, wymaluj moje pragnienie od młodzieńczych lat. Kiedyś, w podstawówce jeszcze, zdarzyło mi się być przez jeden sezon harcerzem i jeździliśmy w wąwozy nałęczowskie, kazimierskie i puławskie, żeby zaznać uroków przyrody, zapoznać się z lasem i wędrówką w nieznane. I wtedy też z dwoma kumplami złapaliśmy bakcyla i niewiele później sami jeździliśmy właśnie w te strony włóczyć się po łąkach i lasach. Później z jednym z nich daliśmy radę wyrwać się na kilka dni w Góry Świętokrzyskie i zrobić marszem kawał drogi polegając tylko na sobie i na ludziach, których spotkaliśmy na swej drodze. To było gdzieś w 1989 roku. Dwóch czternastolatków z plecakami, na szlaku, sami, pociągiem i w schroniskach, bez telefonów komórkowych ani innego sposobu komunikacji… Ech, łezka mi się w oku zakręciła i powiedziałem:

-Pewnie! Kochanie! Jedziemy zatem w najbliższym możliwy terminie! Już, teraz, zaraz! – zaśmiałem się całym sobą. Decyzja już została podjęta. Teraz tylko planowanie i realizacja.

Pierwszym krokiem było zaplanowanie wolnych dni. Na początku stycznia stworzyliśmy plan urlopów, również w konsultacji z moją siostrą i innymi osobami, które mogły przejąć część obowiązków podczas naszej tygodniowej (bo na tyle nas czasowo stać) nieobecności. Wiecie – dorosłe życie stawia różne zadania i sprzeczne cele – praca, treningi, opieka nad członkami rodziny, psami, kotami i takie tam przyziemne sprawy. Ustaliliśmy termin – 2023.09.14-22 i machina ruszyła. W najgorszym, ale wcale nie złym przypadku, spędzilibyśmy ten czas w domu. Razem ze sobą. We dwójkę. Tak jak uwielbiamy.

– A może mały szlak bez Kicki? – Monia zadała mi trudne pytanie.

– YYYyy? – odparłem aby wyrazić swoją pełną aprobatę. – Może być, a gdzie to i na ile kilometrów?

– Sto czterdzieści parę – razem z dojściem do niego, bo Mały Szlak Beskidzki zaczyna się na Luboniu Wielkim i kończy w Bielku Białej, albo na odwrót jak kto woli, więc do tego Lubonia, trzeba dojść z Rabki Zdroju. A sam szlak ma 137 km.

– A to po jakich to górach będzie dokładnie? Tam to nas jeszcze nie poniosło nigdy.

– Beskid Wyspowy, Beskid Makowski i Beskid Mały. Będzie fajnie, zobaczysz. Musimy się tylko solidnie przygotować.

– No to mamy to! Teraz tylko skompletować niezbędne graty, poczytać co i jak i lecimy z koksem we wrześniu! – odparłem w skowronkach i wrótce wróciła rzeczysiwstość…

Czas leci szybko, niezależnie czy nam się to podoba, czy nie podoba. W sumie to nawet nie wiadomo czy leci, czy płynie, czy co się z nim dzieje. Życie pisze swoje scenariusze, o których się nawet filozofom nie śniło. To były ciężkie zima i wiosna. Wiele się działo i nieuniknionego złego i niespodziewanego dobrego. Ani się obejrzeliśmy jak nastało lato i nasze postanowienie przypomniało nam o sobie. Zaczęliśmy szperać w internetach, jak przejść MSB, co powinniśmy ze sobą wziąć i ile obciążenia powinniśmy maksymalnie wrzucić do plecaków, których jeszcze nawet nie mieliśmy. Postanowiliśmy przyjąć obciążenie około 15% masy naszego ciała, zatem mój plecak miał mieć około 13 kg a Moniki – około 8 kg. Podjęliśmy również decyzję o odbyciu kilku dłuższych pieszych, jednodniowych wycieczek z pełnym obciążeniem, żeby przyzwyczaić się do chodzenia z całym dobytkiem na grzbiecie, bo tego jeszcze nie robiliśmy w ostatnich latach.

Pierwsza wycieczka była na nasze piękne Roztocze – prawie 20km – było to świetne rozpoczęciei ułatwienie decyzji o zakupie nowego plecaka dla mnie.

Druga wycieczka – ponad 30 km po Górach Świętokrzyskich, uzmysłowiła nam, że chodzenie po górach z plecakami nie będzie tak łatwe jak po płaskim i to, że nie zawsze będziemy w stanie zrealizować ambitne cele. Postanowiliśmy zatem kupić namiot i kuchenkę trekkingową, aby mieć możliwość odpoczynku wtedy kiedy będzie to konieczne, licząc się z tym, że cała wycieczka będzie o dzień czy dwa dłuższa niż pierwotnie zakładaliśmy.

Trzeci, spontaniczny wyjazd treningowy odbyliśmy w Bieszczady, do Ustrzyk Górnych, gdzie spędziliśmy już dwa dni, nocując pod namiotem i zdobywając szczyty do Korony i Diademu Szczytów polskich. Tak, w te książeczki PTTK się zaopatrzyliśmy, żeby mieć co więcej wspominać na stare lata. Jednego dnia Weszliśmy na Połoninę Caryńską i Rawkę Wielką, a kolejnego na Tarnicę. I trzeba było wracać do domu…

Czytaliśmy dalej blogi, oglądaliśmy relacje na YT (nie za dużo, żeby sobie nie zepsuć wyprawy) i planowaliśmy trasę w aplikacjach z mapami.

I wtedy myśleliśmy, że wiemy już wystarczająco dużo, żeby porwać się z motyką na Mały Szlak Beskidzki….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *