Paparapa i wakacje zleciały. Obóz, spacery po lesie, krótkie wyjazdy, egzamin na Karate, treningi i prawie całe lato gdzieś zostało w tyle. Jak z bicza strzelił. Czytaliśmy różne opisy przejścia szlaku, tworzyliśmy własny plan, trenowaliśmy i planowaliśmy w naszych głowach i aplikacjach jak to zrobić żeby było miło, fajnie i bezboleśnie.
W „keep” mieliśmy listę rzeczy do zabrania, tak by nasza podróż z jednej strony była komfortowa, z drugiej zaś zapewniła nam niezależność oraz bezpieczeństwo. Trochę się tego nazbierało, począwszy od namiotu, mat, śpiworów, dmuchanych poduszek, poprzez klapki, ręczniki, cążki do paznokci, latarki nagłowne, czytniki ebooków (tak, lubimy czytać, w szczególności w pociągu), powerbanki, jedzenie na dwa dni, kartusz i kuchenkę gazową, 3 komplety t-shirtów, majtek i skarpet (na osobę), kubki, łyżeczki, scyzoryk i jeszcze parę innych rzeczy takich jak bluzy, kurtki przeciwdeszczowe, i kapelusiki. No i po 2l wody na głowę. Nie wzięliśmy świadomie mapy papierowej, gdyż zdaliśmy się na nasze urządzenia elektroniczne z wgranymi mapami i trackami: dwa zegarki, dwa telefony, powerbanki etc. Nie żałowaliśmy tej decyzji.
Po ważeniu przed wyjściem z domu wyszło, że mój plecak ważył 15kg, Moniki, 10kg. W moim było blisko 4kg jedzonka na najbliższe dwa dni.
O 18 z minutami, w piątek po pracy, ruszyliśmy do Krakowa, dzięki Polskim Kolejom Państwowym i już po 22, z jedynie 20 minutowym opóźnieniem byliśmy w deszczowej stolicy Małopolski. Zakupiliśmy bilety do Rabki Zdrój i udaliśmy się w gościnę do mojej córki Zuzanny, która studiuje w mieście Kraka aktorstwo i przygarnęła nas na moment oczekiwania na kolejny etap podróży. Posiedzieliśmy rozmawiając o ważnych rzeczach do północy, później krótki sen do 03:14 i z powrotem na dworzec PKP. Stąd już blisko – jedna przesiadka do kolejnego pociągu, później do autobusu i już około 06:30 mieliśmy w dłoniach kubki z kawą z Żabki i kierowaliśmy się niebieskim szlakiem w Stronę Lubonia Wielkiego gdzie tak naprawdę zaczyna się Mały Szlak Beskidzki.
