Prawie usnąłem. Słyszałem szum przejeżdżających samochodów w oddali. To było prawie przyjemne, słyszeć cywilizację, mając świadomość, że wokół lasy i góry. Dzikie zwierzęta i pewnie jakieś demony leśne. Słyszałem również trzaski łamanych gałązek czy spadające kamyki z półki skalnej nad naszym namiotem. Jakoś sen nie chciał nadejść. Po jakimś czasie zacząłem słyszeć jakieś niskie ryczenie, niby diabła z piekieł.
– Kochanie, słyszysz to? – zapytałem.
– To samochody jadą – odparła szeptem Monia.
– Ta, samochody… – burknąłem bez przekonania.
Dźwięki z czasem zaczęły narastać. Ryczenie było coraz głośniejsze, ale nie wynikało to chyba ze zbliżania się obiektu do nas, a jedynie z wyciszania odgłosów ludzkich maszyn. Z czasem przechodziło w przerażający śmiech. Później było słychać je również gdzieś z drugiej strony.
Byłem prawie przerażony i ciekawy co to. Zakładałem, po przemyśleniu, że to ryczące jelenie. Z tą myślą w końcu usnąłem, trzymając ukochaną za dłoń. Jak umrzemy, to przynajmniej razem. Budziłem się jeszcze wielokrotnie tej nocy, dźwięki – ryczenie, śmiech, łamane gałęzie i spadające kamyki, z których kilka uderzyło w namiot. Na szczęście dobiegła końca i obudził nas budzik o 06:30.
Kawka z rana, pakowanko i cyk, po 7 wyruszyliśmy na nasz ostatni 13km odcinek.
Droga wiodła, jak się można spodziewać pod górę, przez las.
Pod górę, wciąż pod górę. To podejście było męczące, ale przyjemne. Delektowaliśmy się każdym krokiem i z jednej strony cieszyliśmy się, że już niebawem będzie czas na leżenie bykiem, ale z drugiej było nam z każdą chwilą coraz bardziej smutno, że to już będzie koniec wyrypy.
Na sczycie zameldowaliśmy się o 10:30. Jest to miejsce kultu religijnego w którym postawiono wielki metalowy krzyż. Po co to ludzie robią? Nie wiem. Ale jest tak i już, jak na wielu szczytach gór. Po kilku minutach dotarliśmy do schroniska, gdzie standardowo podładowaliśmy nasze biologiczne akumulatory i zakupiliśmy magnesik MSB. Później, podziwając widoki, odbyliśmy krótką pogawędkę z miłym trochę starszym od nas panem i jego córką, którzy są niebywałymi pasjonatami chodzenia po szlakach górskich.
Ruszyliśmy dalej, miało być z górki, ale jeszcze kawałek podejść było przed nami. W głowie już układaliśmy plan na kolejne wizyty w te piękne okolice. Wszak do zdobycia została Łamana Skała oraz Czupel, który nie jest objęty szlakiem MSB, a należy go zdobyć żeby PTTK było zadowolone z naszych poczynań. Pogoda była przepiękna, humor dopisywał, potęgowany satysfakcją, że nie jest z nami tak źle.
Dotarliśmy do Bielska Białej, a po kilkuset metrach do drugiej czerwonej kropki na szlaku. Była 14:02 (20 IX 2024), a my zakończyliśmy oficjalną wyprawę tego dnia z 12,99 km na liczniku.
Stąd już autobusem do hotelu MOSIR. Bardzo fajne miejsce, schludnie i czysto. na miejscu w budynku tania i dobra jadłodajnia, czynna tylko do 16:30, zatem zdążyliśmy w samą porę. Po południu spacer na pocztę, żeby wysłać pocztówki i kupić kolację i wieczorem już tylko odpoczywaliśmy rozkoszując się własnym towarzystwem.
Kolejnego dnia rano pociągiem do Katowic i stamtąd do Lublina.
O 17 byliśmy w domu i już planowaliśmy kolejną Hecę, a właściwie Grandę.