#1850 – udało się

Często zwrot „udało się” aż ciśnie się na usta, kiedy projekt, nad którym pracowaliśmy, szczęśliwie dobiega do końca i przychodzi faza celebracji oraz podsumowań sukcesu. U nas w organizacji, jak ja osobiście uważam, bardzo słusznie, ten zwrot jest zakazany, a jego użycie piętnowane, oczywiście z uśmiechem na ustach. Jak bowiem coś, nad czym usilnie pracowałeś, planowałeś, chuchałeś, chroniłeś przed zewnętrznymi przeciwnościami mogło się wydarzyć samo? Jak można powiedzieć: no było i „się udało”.

Nic się samo nie udało. To, że wynik jest zgodny z oczekiwaniami, jest zazwyczaj rezultatem świadomych i rzeczowych działań, zgodnych ze zmieniającą się rzeczywistością. Wynik ten, świadczy o zaangażowaniu, wylanym pocie, czasem związanym z pracą, często ze stresem, mnogości zaplanowanych scenariuszy alternatywnych oraz przeprowadzeniu serii działań minimalizujących pojawiające się ryzyka i zagrożenia.

„Udało się” – przesuwa podmiot sprawczości w nieznane rejony ujmując sprawczości prawdziwym wykonawcom, którzy sprostali pojawiającym się przeciwnościom.

Zatem analizując i przedstawiając sukcesy swoje i innych unikaj tego zwrotu, strony biernej i innych konstrukcji, które niepotrzebnie pomniejszają wkład do przedsięwzięcia. To my, nasza Drużyna – zrobiliśmy to co trzeba, tym co było dostępne, aby zapewnić ten wynik, który mówi sam za siebie.

Żadne „udało się”.

#1849 – obraz

Mówią, że obraz wart jest tysiąca słów.

Sprawdźmy to.

Oto Obraz pod tytułem „Kropka”:

.

Koniec Obrazu zatytułowanego „Kropka”.

Co autor, w tym przypadku ja, choć mógłby być to każdy, miał na myśli?

No to zaczynamy.

Kropka jak kropka każdy widzi. Na pierwszy rzut oka można ją wiązać z nienawiścią – Kropka Nienawiści. Ale czy aby naprawdę tak nisko cenimy autora zacnego dzieła? Że chce wyrazić tak wielkie uczucie i stan ciała, umysłu i frustrację poprzez jedną kropkę? A może to jest metafora. Sama kropka nie jest tym za kogo jest podawana – może tytuł to tylko zmyła, która ma nas odwieść od prawdziwego znaczenia, które powinna przenieść. Może to nie jest kropka, ale punkt w przebraniu. Punkt, który, pomimo że widoczny, to nie ma żadnego wymiaru – ni długości, ni szerokości, ba! Nie ma nawet wagi. Jest sobie sam, samotny w bezkresie dwuwymiarowej przestrzeni. Kiedy jednak bliżej się mu przyjrzymy pojawią się kolejne wątpliwości – a może to nie punkt? Może to rzut prostej prostopadłej przebiegającej przez oko obserwatora? Dokąd ona zmierza i co ważne – skąd przychodzi? Może to nie jest nawet prosta a jedynie wycinek linii krzywej, która akurat znalazła się w obserwowanym przez nas przekroju? Pomimo dalszych, ciekawych i wciągających obserwacji nie możemy tego jednoznacznie określić. Zostawmy więc na chwilę ten intrygujący kształt i zajmijmy się jego barwą. Jeśli wszystko wyświetla się poprawnie – jest to czarna kropka, być może nawet punkt, na białym tle. Tylko czy to można rozpatrywać tak jednoznacznie? Być może jest to jedynie interpretacja spowodowana poprzez technologię, użytą przez autora? Może jest to chytra inwersja, dzięki której można zmylić wszechobecną cenzurę? Może to jest jasny punkt na ciemnym tle pokazany nam w negatywie? Może to widok na gwiazdę Polarną? Może właśnie ten obiekt wskazuje nam kierunek, do którego powinniśmy zdążać gdy czujemy się zagubieni? A może wystarczy nam jedynie do nawigacji pośród meandrów i trudności życiowych, spotykanych codziennie na naszej drodze? Im bardziej staramy się to rozgryźć, tym więcej pojawia się pytań, niejednoznaczności i możliwych rozgałęzień, prostego, początkowo scenariusza. W jakim wieku jest nasz obiekt? Czy widzimy go w etapie młodzieńczym? Czy w pełnej dojrzałości, a może u schyłku jego trwania? Jak bardzo wskazuje nam przemijanie i cykliczność przyrody poprzez odradzanie życia? Ciekawe co przeszła i dokąd zmierza, gdzie była kiedy po Ziemi wędrowały dinozaury? Czy była świadkiem ich schyłku? A może mówimy w ogóle o innej skali i miejscu, z którego obserwujemy nasz obiekt? Może to obraz właśnie naszej Matki Ziemi, widzianej z odległego miejsca w kosmosie? Może nasza Kropeńka, jest miejscem gdzie żyjemy i gdzie będzie nam dokonać naszego żywota, chyba że udamy się jakąś rakietą, w oddalenie, które umożliwi nam się jednoznacznie oddzielić od grawitacji i innych sił o nieznanym pochodzeniu i działaniu? Czy ty dzielny obserwatorze, odważysz się oddalić na taką odległość, by spojrzeć na naszą planetę oczami wizjonerskiego autora? Czy powrócisz by opowiedzieć na ile realny i kompletny jest ten obraz w porównaniu z najprawdziwszą prawdą? Czy po kropce chodzą jeszcze ludzie? Czy jest jedynie wysypiskiem i pustynią, pozostałą po niszczącej działalności Homo podobno Sapiensa, który po wynalezieniu mowy potrafi jedynie niszczyć wszystko co żyje, nawet, a może przede wszystkim osobników własnego gatunku, mających inne poglądy? A może ta kropka ma ich zjednoczyć? Wszystkich Ludzi – kropka jedności, widziana przez każdego w ten sam sposób. Pozbawiona kłamstw, okryć, zasłon i innych elementów mogących wzbudzać złe emocje. Jedna, jedyna kropka. Czarne na białym. Bez zbędnych niedomówień, bardziej kropkowana już być nie może, bo każde pociągnięcie pędzla spowodowałoby jedynie powstanie drugiego dna, kolejnej ewangelii. (Tu zatrzymajmy się na chwilę by wyjaśnić co oznacza to słowo: Wyraz „ewangelia” w języku greckim oznacza dobrą nowinę. Kojarzony głównie z Pismem Świętym i historiami opowiadającymi o życiu Jezusa Chrystusa). Kropki naszej nie da się również bardziej uprościć. Nie możemy jej bardziej spłaszczyć lub spłycić, by pozostawić więcej miejsca na różne interpretacje czy dzielenie jej na części. Wszak trudno włos podzielić na czworo, a co dopiero naszą Kropkę. Choć wiadomo, za chwilę pojawią się uzurpatorzy i odmieńcy próbujący wykorzystać ja do swoich własnych celów. Narysują własną kropkę i będą mówić, ze tylko ich jest prawdziwa i natchniona, a tamta była jedynie zapowiedzią nadejścia ich Kropki. Kropki zapowiadanej przez poprzednią Kropkę, na kształt i podobieństwo. Wystarczy przecież spojrzeć w niebo: miriady kropek jaśniejących na bezchmurnym ciemnym, nieboskłonie. Ale jak wiadomo – jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc nie wybiegajmy tak daleko. Jesteśmy tu już chwilę pora zatem zająć się konsystencją kropki. Częstotliwością z jaką zmienia swój kształt. Czy wystarczy minuta by to dostrzec? A może zabraknie nam życia by dowiedzieć się czy pulsuje, czy jedynie ten obraz trwa nieruchomo. Zastanawiałeś się już co robi kropka, gdy na nią nie patrzysz? Czy kpi z ciebie i znika, kiedy odwrócisz od niej wzrok? Czy jest tam i jest świadectwem historii, która dawno już minęła? A może to obraz przyszłości, który jest tutaj po to byśmy przejrzeli na oczy i zrozumieli, że robiąc to co czynimy, zapędzimy się w kozi róg? A może obraz ten nie jest jedynie nieruchomym obrazem a filmem w skali czasowej odtwarzanym w zapętleniu, z prędkością, uniemożliwiającą zaobserwowanie zmian zachodzących w Kropce? Czy Kropka nie jest Symbolem przysłowiowej Kropki nad I? Dopełnia naszą rzeczywistość nadając jej sens? Może to jest właśnie szykany przez nas SenS ŻyciA doczesnego? Coś do czego dążymy, a mamy to pod ręką w każdym momencie? Wszak Kropka oznacza koniec oznajmiania. Informuje nas, że nadeszła pora analizy i odpoczynku. Fazy kontemplacji i refleksji nad tym co było. Nad tym co jest i również nad tym co będzie. Co będzie za chwilę? Co będzie jutro? Gdzie widzisz się za pięć lat? Czy Twoje dzieci wyrosną na ludzi? A jaki dajesz im przykład swoim życiem, bo chyba nie uważasz, ze ględząc i zrzędząc osiągniesz coś innego niż sam pokazujesz poprzez swoje działania? Ta kropka to uproszczenie sześciokątnego znaku STOP, który nakazuje bezwzględne zatrzymanie i rozejrzenie się wokół, zanim podejmiemy dalsze działanie i ruszanie naprzód. Ta kropka to miejsce na złapanie oddechu i danie kolejnej szansy naszym komórkom na zużycie kolejnej porcji tlenu w celu uzyskania energii do podjęcia dalszych działań. Ta kropka to zachęta do porozmawiania ze sobą i innymi o tym co ważne i zadania kilku ważnych pytań. Tylko zanim przejdziemy do dalszej części, najpierw zbadajmy to co tu zastaliśmy. Czy teraz zaczynasz rozumieć co autor miał na myśli? Bo mi się wydaje, że tak. Z tego co wiem jego kolejny obraz to będzie:

Trzykropek.

#1848 – wystający gwóźdź

Wystający gwóźdź będzie wbity.

Tak mówi stare japońskie przysłowie. Dlatego pomimo chęci zmiany świata, należy zachować powściągliwość, by nie spalić się już na starcie. Trudno zmienić siebie, nawet jak bardzo chcemy, zatem jeśli pragniemy zaprowadzić nowy ład, musimy zachować spokój i mieć na to plan.

Po pierwsze nie wszyscy widzą cel tak jasno i klarownie jak ty w tej chwili.

Po drugie, to co dla Ciebie wydaje się korzyścią, dla kogoś innego jest bez znaczenia, a dla kolejnej osoby stanowi zagrożenie lub ciężar, który musi nieść na swoich plecach.

Dlatego zanim zmierzysz się ze zmianą innych, środowiska, świata, czy czegokolwiek, zastanów się, czy:

warto?

czy masz zasoby by to wdrożyć?

czy masz pomysł i zasoby by później tę zmianę utrzymać.

Jeśli zbyt krótko utrzymasz stan docelowy w miejscu, to albo przejdzie przez punkt równowagi i gdzieś poleci (czy wiesz dokąd?) albo wróci do stanu początkowego , a ruszenie tego po raz drugi będzie jeszcze trudniejsze.

Obserwuj, myśl, planuj i działaj. tak dużo jak trzeba i tak mało jak to tylko możliwe. Nie ma co się przepalać na pusto, bo spalisz sprzęgło.

#1847 – nie przestawaj

Jak zawsze piszę i prawdopodobnie zdania nie zmienię – należy zachować balans. We wszystkim, nawet w zachowywaniu balansu. Czasem trzeba sobie odpuścić i zastygnąć na chwilę, patrząc na wiatr. Później zaś trzeba dowalić sobie tak, że jęzor i oczy wyłażą w nienaturalny sposób. Na koniec, statystycznie, wyjdzie po środku, że było spoko. Podobnie jak to, że idąc z psem na spacer mamy średnio po 3 nogi.

Samo balansowanie nie jest sztuką bezruchu, a poruszaniem się pomiędzy wymarzonym środkiem. Trochę w lewo, trochę w prawo, trochę w dół i w górę. Raz do przodu, raz do tyłu. Tak jak to w życiu, sprawia nam dużą radochę. Raz i dwa. I cyk.

Grunt, żeby nie ustawać i nie powiedzieć sobie dość. Najtrudniej ruszyć zadek jak wypadniesz z rytmu i osiądziesz na mieliźnie czy innym bagnie. Daj się ponieść czasem dobrym wiatrom, choć jak wiemy lepsze jest wrogiem dobrego, zatem trzymaj rękę na pulsie i dwa palce na klamce hamulca. Życie jest tak skonstruowane, że po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, ale patrząc na to wszystko co się dzieje to i tak wiadomo, że to wszystko w końcu kiedyś jebnie. I to w najmniej spodziewanym momencie. Dlatego jak lecisz w dół z samolotu, warto mieć ze sobą spadochron, a najlepiej dwa, przy tym dobrze, żeby któryś był sprawny.

Czy warto czekać w nieskończoność na znak? Moim zdaniem wystarczający znak jest taki, że żyjesz. Statystycznie masz szczęście, a jak możesz to przeczytać, to znaczy, że masz w pytonga szczęścia (co to znaczy pytong? Hmmm). Załaduj magazyny, poluzuj cumy i płyń w morze życia z zajebistą załogą. Zostając w porcie niczego nie odkryjesz, ale poznasz historie wielu marynarzy. Tych którzy przeżyli. Ale te historie mogą mieć niewiele wspólnego z prawdą. Pogadają, pogadają i popłyną dalej….

Pytanie czego ty chcesz zaznać w życiu? Delektowania się opisem przygód, czy przeżywania życia na własnej skórze? Będąc czasem wystawiony na mróz, chłód , wyczerpanie i bezsens percepcji. A czasem czerpiąc haj z wydarzeń, których jesteś centralnym punktem?

Świat sobie bez Ciebie poradzi. Ale ty masz prawo być częścią świata. Zrób to najlepiej jak umiesz i baw się przy tym przednio!

#1846 – pamiętasz, była jesień

I znowu jesień. Moja już 49. Aż trudno w to uwierzyć.

Jak dalej z tym żyć i jak planować kolejne lata, miesiące, tygodnie, dni, godziny?

Coraz więcej nekrologów zawiera informacje o osobach, które są niewiele starsze ode mnie. Kilka, kilkanaście lat. Jak sprawić by zachować zdrowie i sprawność? Co robić by korzystać z życia i szczęścia tu i teraz?

Pitolą o work-life balansie, a tak naprawdę to trzeba skupić się na życiu, a nie na tym co będzie jak już nadejdzie ta chwila, na którą czekamy. Ona i tak nadejdzie i minie jeszcze szybciej niż można się spodziewać. Po co odwlekać pewne sprawy, czekając na jakiś, bliżej nieokreślony znak? Dlaczego odraczać przyjemności, które można zrealizować teraz? Po co oszukiwać siebie i przenaczenie?

Czasem wygodniej schować się na chwilę i przeczekać złą burzę, ale często okazuje się, że siedzimy w norze miesiącami i latami, bojąc się wyściubić z niej nos.

Bo w życiu nie chodzi o to by unikać błota problemów, ale o to by nauczyć się w tym błocie taplać i pływać, w sposób, który sprawia nam przyjemność.

I pamiętajmy przy tym, że chodzenie po bagnach wciąga….

Za rok znów będzie jesień. I za dwa lata. I za trzy….

Pytanie czy będą z Toba na tym świecie wszyscy, z którymi chciałbyś ją świętować?

#1845 – dogoterapia

Pisałem dawno temu o tym jak fajnie mieć psa, spędzać z nim czas i dzielić życie.

I w zasadzie wszystko się zgadza, ale. Bo zawsze jest jakieś ALE.

Tuż przed naszym wyjazdem Monia zgłosiła naszą chęć do adopcji suki w typie Labrador z fundacji oddalonej od naszego pięknego miasta o 300km w kierunku północnym. I tuż przed naszym wyjazdem okazało się, że zostaliśmy wybrani, zaakceptowani i w ogóle wszystko im pasuje. Nam to też się spodobało, było to spełnienie jednego z naszych małych marzeń. Uratować jakiegoś psiaka i zapewnić mu dom i stado.

Kiedy zakończyliśmy naszą przygodę z Małym Szlakiem Beskidzkim w sobotę, to już w niedzielę rano siedzieliśmy w naszym wspaniałym autku w drodze do miejsca odbioru psiaka. Psicy w sumie, rocznej biszkoptowej samicy. Jak się okazało wulkanu, pełnego energii zamkniętej w ciele 30kg potomka wilków i innych drapieżców udomowionych przez naszych przodków. Nasza nowa pociecha była trzymana w kojcu przez dłuższy czas, nie znała się na spacerach, załatwianiu na dworze, ani poszanowaniu cudzej własności czy przestrzeni osobistej. O tych cechach zaczęliśmy się dowiadywać już podczas naszego pierwszego spotkania i kilkugodzinnego powrotu samochodem do domu. Później było już tylko gorzej. Spotkanie z naszym obecnym psem – mieszańcem Shiro, naszymi dziećmi i znajomymi. Pierwsze dni były bardzo trudne, ale napawały nas nadzieją. Podopieczna była bardzo inteligentna i część zadań łapała dosyć szybko. Spacery i powolna tresura psa zajęła nam większość dostępnego czasu przez nastepne kilka dni. W domu psina nie potrafiła się wyciszyć. Gryzła wszystko, skakała, cieszyła się i siała zniszczenie oraz dziecięcy strach. Nazwaliśmy ją Granda i to imię odzwierciedla w zasadzie wszystko co można było o niej powiedzieć. Byliśmy niedospani i zmęczeni, ponieważ dzień zaczynaliśmy o 05:30 ponad godzinnym spacerem a kończyliśmy około 23, również po podobnym zabiegu. Po 6 dniach mieliśmy już wizytę behawiorystki, która rozpaliła naszą wiarę, że wszystko będzie dobrze.

Niestety było jeszcze gorzej. Nie radziliśmy sobie z kałużami w mieszkaniu, pogryzionymi dla zabawy rękami oraz rosnącą niesubordynacją zwierza. I miarka się przebrała. Po niespełna dwóch tygodniach od wzięcia psa, podjęliśmy trudną decyzję, że wraca tam, skąd przyszedł. Nie daliśmy rady wygospodarować tyle energii i czasu, by zapewnić i jemu i naszej rodzinie komfortu i bezpieczeństwa.

To była trudna lekcja życia. Nie zawsze wszystko rozwija się tak jakbyśmy chcieli. Nie zawsze podołamy postawionym celom, ale ważne żeby wyciągać wnioski i czasem spojrzeć prawdzie w oczy.

Czasem, niestety, trzeba odpuścić i nie iść w zaparte, bo będzie tylko gorzej.

#1844 – MSB co z tego wynikło

Przyszła pora na zebranie kilu rzeczy i pomysłów, jako że była to nasza pierwsza, większa, piesza wycieczka. Założenie jest takie – ma być radość, mamy urlop i nie spinamy się za bardzo.

  1. Optymalny dystans dzienny, który zapewnia przyjemność z wędrówki, dla nas, z plecakami „na pełno” to 25km dziennie.
  2. Idealny plan:
    • 06:30 pobudka, toaleta, kawa, pakowanie
    • 08:00 wymarsz (lub wcześniej)
    • 5 minut w ciągu godziny przerwa regeneracyjna
    • 10:00-11:00 – przerwa śniadaniowa
    • 14:00-15:00 – przerwa obiadowa
    • 18:00 – zakończenie marszu, kolacja, szykowanie do spania
    • 20:00 – cisza nocna
    • Czyli efektywnie 8 x 55 minut marszu dziennie – w sumie wychodzi około 3 km/h, co nie wydaje się dużo na pusto, ale z plecakami, w górach jest jak najbardziej realne.
  3. Nocowanie w namiocie – jak najbardziej! Ale najkorzystniej mieć możliwość skorzystania z prysznica co najmniej co drugi dzień. Więc nasza rekomendacja – co drugi dzień schronisko / kwatera / pole namiotowe z prysznicem.
  4. Wziąć jako zamiennik pieczywa – tortillę. Dłużej zachowuje świeżość.
  5. Z bagaży – praktycznie wszystko się przydało – może poza kąpielówkami, z których mieliśmy skorzystać ostatniego dnia w SPA. Na upartego możnaby z czegoś zrezygnować, ale wiązałoby się to z obniżeniem standardu wyprawy.
  6. Fajnie móc się zatrzymać gdzieś i pochodzić „na pusto”. Otwierają się nowe możliwości i pojawia dodatkowa frajda z wycieczki.
  7. Żadna pogoda nie jest zła. Konieczne jest jednak odpowiednie przygotowanie oraz realne oszacowanie własnych szans na przeżycie i szacowanie ryzyka.
  8. Plan można, a nawet trzeba zmieniać i dostosowywać do pojawiających się okoliczności. Warto mieć zapas dni do wykorzystania, aby się nie stresować.

#1843 – MSB rycząca siódemka

Prawie usnąłem. Słyszałem szum przejeżdżających samochodów w oddali. To było prawie przyjemne, słyszeć cywilizację, mając świadomość, że wokół lasy i góry. Dzikie zwierzęta i pewnie jakieś demony leśne. Słyszałem również trzaski łamanych gałązek czy spadające kamyki z półki skalnej nad naszym namiotem. Jakoś sen nie chciał nadejść. Po jakimś czasie zacząłem słyszeć jakieś niskie ryczenie, niby diabła z piekieł.

– Kochanie, słyszysz to? – zapytałem.

– To samochody jadą – odparła szeptem Monia.

– Ta, samochody… – burknąłem bez przekonania.

Dźwięki z czasem zaczęły narastać. Ryczenie było coraz głośniejsze, ale nie wynikało to chyba ze zbliżania się obiektu do nas, a jedynie z wyciszania odgłosów ludzkich maszyn. Z czasem przechodziło w przerażający śmiech. Później było słychać je również gdzieś z drugiej strony.

Byłem prawie przerażony i ciekawy co to. Zakładałem, po przemyśleniu, że to ryczące jelenie. Z tą myślą w końcu usnąłem, trzymając ukochaną za dłoń. Jak umrzemy, to przynajmniej razem. Budziłem się jeszcze wielokrotnie tej nocy, dźwięki – ryczenie, śmiech, łamane gałęzie i spadające kamyki, z których kilka uderzyło w namiot. Na szczęście dobiegła końca i obudził nas budzik o 06:30.

Kawka z rana, pakowanko i cyk, po 7 wyruszyliśmy na nasz ostatni 13km odcinek.

Droga wiodła, jak się można spodziewać pod górę, przez las.

Pod górę, wciąż pod górę. To podejście było męczące, ale przyjemne. Delektowaliśmy się każdym krokiem i z jednej strony cieszyliśmy się, że już niebawem będzie czas na leżenie bykiem, ale z drugiej było nam z każdą chwilą coraz bardziej smutno, że to już będzie koniec wyrypy.

Na sczycie zameldowaliśmy się o 10:30. Jest to miejsce kultu religijnego w którym postawiono wielki metalowy krzyż. Po co to ludzie robią? Nie wiem. Ale jest tak i już, jak na wielu szczytach gór. Po kilku minutach dotarliśmy do schroniska, gdzie standardowo podładowaliśmy nasze biologiczne akumulatory i zakupiliśmy magnesik MSB. Później, podziwając widoki, odbyliśmy krótką pogawędkę z miłym trochę starszym od nas panem i jego córką, którzy są niebywałymi pasjonatami chodzenia po szlakach górskich.

Ruszyliśmy dalej, miało być z górki, ale jeszcze kawałek podejść było przed nami. W głowie już układaliśmy plan na kolejne wizyty w te piękne okolice. Wszak do zdobycia została Łamana Skała oraz Czupel, który nie jest objęty szlakiem MSB, a należy go zdobyć żeby PTTK było zadowolone z naszych poczynań. Pogoda była przepiękna, humor dopisywał, potęgowany satysfakcją, że nie jest z nami tak źle.

Dotarliśmy do Bielska Białej, a po kilkuset metrach do drugiej czerwonej kropki na szlaku. Była 14:02 (20 IX 2024), a my zakończyliśmy oficjalną wyprawę tego dnia z 12,99 km na liczniku.

Stąd już autobusem do hotelu MOSIR. Bardzo fajne miejsce, schludnie i czysto. na miejscu w budynku tania i dobra jadłodajnia, czynna tylko do 16:30, zatem zdążyliśmy w samą porę. Po południu spacer na pocztę, żeby wysłać pocztówki i kupić kolację i wieczorem już tylko odpoczywaliśmy rozkoszując się własnym towarzystwem.

Kolejnego dnia rano pociągiem do Katowic i stamtąd do Lublina.

O 17 byliśmy w domu i już planowaliśmy kolejną Hecę, a właściwie Grandę.

#1842 – MSB – Jak nas góra oszukała

Wstaliśmy niespiesznie około 06:30. Do końca wędrówki zostało nam około 40km, zatem wiedzieliśmy, że podzielimy tę trasę na dwa dni, Postanowiliśmy spać gdzieś pod namiotem, w okolicach góry Żar. Tyle wiedzieliśmy rano. Wypiliśmy kawę w schronisku i ruszyliśmy w drogę. Była 07:45 i pogoda zapowiadała się całkiem obiecująco. Rozpoczęliśmy zatem wędrówkę pod górę, na Leskowiec i dalej w stronę Potrójnej. Po drodze wypiliśmy śniadanie i dotarliśmy do szeroko opisywanych: Chatki Pod Potrójną i Chatka Na Potrójnej. W porównaniu do Leskowca z niczym się te miejsca nie umywały, ale jak wiemy lepszy rydz niż nic. Wypiliśmy w tym drugim miejscu kawę i herbatę na tarasie i ruszyliśmy dalej w drogę licząc na jakiś dobry posiłek w Karczmie na Kocierzu. Dotarliśmy tam po kilku godzinach i tym razem zawiodły nas ceny. Zbyt luksusuowo jak dla nas było. Wypiliśmy co nieco, Monia zjadła ciasto i poszliśmy dalej. Zjedliśmy kanapki na przydrożnym stole, rozmawiając z dwoma młodymi turystkami, przemierzającymi MSB w tę samą stronę co my, już 11 dzień. I dalej znowu to samo: góry, lasy, trochę w górę, trochę w dół. Jakieś ruiny szałasu kamiennego. Przełęcze i takie tam ciekawostki.

Dotarliśmy na szczyt Kiczory i powoli szukaliśmy miejsca na nocleg. Prawie wszystko było perfekcyjne: widok – piękna panorama, dystans pozostały na kolejny dzień – poniżej 20 km, czas, prawie dobry: 1630. Nie pasowały nam dwie rzeczy: śmietnik jaki panował w wiacie i drugie co jeszcze gorsze: strasznie przenikliwy i zimny wiatr. Chcąc nie chcąc ruszyliśmy dalej, w stronę góry Żar. Po drodze w czasie krótkiej przerwy zajrzeliśmy do książeczki z diademu gór polskich i się okazało, że jest tam Łamana Skała, którą mijaliśmy. Jednak nie mieliśmy z tego miejsca zdjęcia. Po krótkiej analizie wyszło, że szczyt nie leży na naszym szlaku, lecz trzeba na niego zboczyć kilkaset metrów. I dupa blada, będziemy musieli na nią wrócić kiedyś, bo już nam się kilku kilemetrów nie chciało wracać. Byliśmy głodni i źli. Na siebie i na te j$#aną górę.

Chcąc nie chcąc, ruszyliśmy dalej. Na żar, gdzie mieliśmy nadzieję coś zjeść. Niestety dotarliśmy tam po 17 i knajpy już były zamknięte. Wiało jak w kieleckiem, zatem ruszyliśmy w dół. Znaleźliśmy miejsce na kolacyjkę, pojedliśmy kolejne „gorące kubki” i schodziliśmy dalej bacznie szukając miejsca na nocleg. Ciemno sie juz robiło, zeszliśmy do wioski i postanowiliśmy sprawdzić miejscówkę, która objawiła nam się na mapie jako skały, oddalone kilkadziesiąt metrów od ulicy. To był kolejny strzał w dziesiątkę! Piękna miejscówka pod półką skalną, która dawała znakomite schronienie od wiatru.

O 19:45 leżeliśmy już w śpiworach w namiocie niechybnie czekając aż zaśniemy.

Dystans dnia 6: Prawie 27km, kilka więcej niż zamierzaliśmy początkowo.

#1841 – MSB mądre posunięcia

Wstaliśmy po 6. Złożyliśmy namiot, zjedliśmy kolejną porcję jedzonka z kubków (tym razem owsianka), kawę i ruszyliśmy niespiesznie o 07:30 w drogę.

Z górki na pazurki,w stronę Zembrzyc. Już o 09:50 wsuwaliśmy pyszne ciasta w tamtejszej cukierni. Uzupełniliśmy w sklepie wodę i płyny regeneracyjne i dalej w góry i las. Kolejne wejście i strome zejście, kawałek asfaltówki i dotarliśmy do Krzeszowic. Jako, ze przed nami jeszcze był kawał drogi, do planowanego noclegu w schronisku na Leskowcu, postanowiliśmy skorzystać z okazji i pochłonąć pizzę, w przydrożnej pizzerii. Jak się później okazało, było to świetne posunięcie, ponieważ do miejsca docelowego dotarliśmy już po 19 i kuchnia była już zamknięta.

Ale zanim tam dotarliśmy czekało nas jeszcze kilka godzin drogi pod górę. Tym razem wędrówkę umilały nam owady, przypominające latające kleszcze. Zidentyfikowaliśmy je na miejscu jako Strzyżaki Jelenie, ale na potrzeby chwili ochrzciliśmy je „ku$&ionami”. Mędrcy internetowi poradzili, że aby uniknąć ich nieszkodliwych, ale bolesnych ukąszeń należy udawać się w miejsca, gdzie nie występują.

W dalszej drodze, zaczęło grzmieć i niebo nagle pociemniało. Szybko założyliśmy na siebie i na plecaki przeciwdeszczową ochronę i wkrótce zaczęło padać. Na szczęście do schroniska zostało już tylko 2 km. Aż dwa kilometry. Z plecakami, pod górę. Mieliśmy tylko nadzieję, ze to nie chata widmo, jak ta na Wierzbowej górze, a miejsce z ciepełkiem i prysznicem. Na szczęście, nasze obawy się nie sprawdziły, a oczekiwania zostały spełnione w 100%.

Jak już wspominałem wcześniej, było już po 19, ale miłe panie w schronisku zaserwowały nam ciepłe i zimne napoje. Rozwiesiliśmy rzeczy do suszenia, umyliśmy się, podłączyliśmy urządzenia do ładowania i po 20 już byliśmy w łóżku. Schronisko na Leskowcu polecamy z czystym sumieniem. Ciepło, miło i tanio!

Podsumowując dzień: dobrze, że zjedliśmy tę pizzę, bo to był nasz główny posiłek tego dnia. Mądrze, że nie zignorowaliśmy grzmotów, bo zmoklibyśmy do suchej nitki.

To był kolejny ekscytujący, dzień 5. Dystans przebyty: 26km.