#1856 – a może zacząć?

Prokrastynacja, to taka straszna trwoga, ogarnia mnie, przenika mnie.

Największy problem z rzeczami do zrobienia mam taki, że boję się zacząć. Bo jak zacznę, to robi się coraz większy rozpiździach i przeogromny bałagan, nad którym nie sposób zapanować (w wyobraźni przede wszystkim). A potem trupy zaczynają wychodzić z szafy. Rurki pękają, pojawiają się nowe, niezbadane okoliczności, próchno sypie się z każdego zakątka a w ręku zostaje trwale jedynie to, co miało zostać wymienione. I okazuje się to najbardziej niezniszczalnym elementem, tej całej spierdoliny.

A jak coś zacznę robić to się okazuje, że akurat to co potrzebne to działało, przed tę niewielką robótką, na całkiem zadowalającym poziomie, a w trakcie zmian okazuje się, że by wrócić chociaż do stanu wyjściowego, trzeba ponieść wysokie koszty, nie mówiąc o tym, że koniec, końców ma być lepiej, wygodniej, ładniej i w zasadzie to taniej.

Tylko kto zapłaci za moje nerwy i czas?

Tysonowi zapłacili 40 baniek zielonych, żeby nie znokautował jakiegoś jutubera, a mi taka kwota nie przysługuje przez kilkanaście pokoleń, w którą stronę by nie patrzeć.

Zatem poczekam, popatrzę, tym bezruchem się nacieszę – chciałoby się powiedzieć czasem i po prostu ponudzić się i pomedytować, jak proponują mędrcy i mistrzowie Zen. Tylko nie ma takiej opcji. Trzeba brać młot, na nieszczęście elektryczny i rozpieprzać wszystko jak wlezie, by robić miejsce nowemu przeznaczeniu. Zmiana jest dobra. Tylko nie każda, nie dla każdego i nie zawsze.

Ale ale. Nie dramatyzujmy. Zmiany są konieczne i nieuniknione, zatem trzeba się nauczyć je wdrażać, oswajać i przechodzić z nimi do codzienności. Strachy na lachy, srał to pies i nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Im wcześniej zrozumiesz cel i zakres zmian, tym łatwiej się do nich przekonać i odpowiednio nimi zarządzić. A jak już zaczniesz, to aż trudno się oderwać od nich.

I właśnie to zostawianie czegoś w środku roboty, boli mnie najbardziej. Lubię mieć takie etapy, które umożliwiają działanie całości i daje to wielką satysfakcję, że idziemy do przodu, pomimo tego, że do końca jeszcze kawał drogi.

Krok po kroku. Kilometr po kilometrze, rok po roku. Życie po życiu. A nie, tak daleko to już nie sięgam pamięcią.

Podsumowując- trzeba robić swoje. Odpoczywać, działać, celebrować i przede wszystkim, żyć pełnią życia, ciesząc się każdym dniem. Przede wszystkim dzisiejszym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *