Czasem lubię popisać sobie. Coś. Tak trochę, sami wiecie, bo widzicie, a niektórzy nawet tu zaglądają i czytają. A wiadomo, jak się chce coś napisać, mniej czy bardziej sensownego, to trzeba czytać. I tak czytam i czytam (słucham często, przyznaję, korzystając z dobrodziejstw technologii) i zastanawiam się coraz bardziej, co jeszcze można wymyślić. W zasadzie wszystko już było, kręcimy się zjadając własny ogon i tylko trzeba te spisane idee zamieniać w materialne byty. W zasadzie nie trzeba za bardzo się zmóżdżać – co? Tylko -> jak? I ile to będzie kosztowało i czy już ludzie są gotowi na taką zmianę.
Zabawne jest to, w zasadzie, nie zabawne. a straszne, jak dajemy się rozgrywać i wciągać w wir samozaciskowej pętli (trytrytki ?). Kolejne istnienia ludzkie są poświęcane w ofierze walk, w zasadzie nie wiadomo o co. O bogów? honory? dobro ludzi? Na koniec i tak spotka się kilku panów i przybijając piąteczki z uśmiechem ugadają się na kolejną rundkę.
A ci biedni ludzie? Ci co giną? Ci co są tarczami strzelniczymi? Ci co są workami na kości i królikami doświadczalnymi?
A cala reszta, która ochoczo pracuje by zarobić pieniążki, aby ta cała machina kręciła się bez oporów?
Ja tam w tym sensu nie widzę. Nienawiść i różnice. Wspólny wróg jedynie może zjednoczyć, co jest haniebne dla rodzaju ludzkiego. I nie ma tu żadnego rozsądnego rozwiązania, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto się wyłamie i będzie naginał umowy i granice zdrowego rozsądku, aż znowu pękną i sytuacja się powtórzy.
Od wyborów do wyborów. Od dyktatora do dyktatora. Od religii do religii.
Chciałoby się wpaść na jakieś rozwiązanie, ale ono nie istnieje, póki na Ziemi są ludzie.
