Całe życie to nauka. W sensie, że fizyka, chemia, matematyka.
Hormony buzują, kara – nagroda, kij – marchewka, foch – pochwała, fraszka – igraszka, machina wspaniała.
Oczywiście dokładamy do tego ideologie, religie, uzasadnienia i tłumaczymy sobie wzajemnie, że to ku chwale sTwórcy (sic.).
A tu wszystko sprowadza się do przepływu energii, zarówno w naszych ciałach, jak i w całym wszechświecie. Wydawałoby się, że taka wiedza powinna przygniatać lub powodować strach, że to wszystko jebnie z nagła.
Może i jebnie (jak straszą nas od wieków), ale: po pierwsze nie wszędzie na raz, a po drugie: nie tak od razu.
Najpierw odpowiednie osoby muszą na tym odpwiednio zarobić. Może teoria spiskowa, że stoi za tym jeden Bóg, jest nieprawdziwa, podobnie jak ta, że to kilka osób na świecie, ale prawda jest taka, że nic nie jest sprawiedliwe i dobrze podzielone na tym świecie.
Szkoda sobie sobie tym chyba głowę zaprzątać za bardzo, bo za wiele się nie zrobi, a czas własnego życia jakoś tak szybko ucieka. Nieubłaganie i jednostronnie, wciąż przyspieszając.
Zatem głowa do góry. Chemia w organizmie to podstawa, ale trzeba być świadomym pokus i zagrożeń wynikających z możliwości zewnętrznego wpływu na naszą homeostazę i nieodwracalne zmiany, które niczego dobrego nie przyniosą.
Korzystajmy zatem z dobrodziejstw naszego świata z rozumem, odwagą i chęcią zachowania swego człowieczeństwa na poziomie umożliwiającym wspaniała zabawę i radość.
