Pamiętam z dzieciństwa powroty do domu.
Wszędzie w dobrze, ale w domu najlepiej.
Tak mówili rodzice, tak uczyli mówić nas, dzieci i tak mówiliśmy.
I tak to czuliśmy, cokolwiek by się nie działo. Zawsze tęskniłem do domu, był to mój azyl i miejsce gdzie mogłem rozgrywać i przeżywać przygody w mojej głowie, tych moich bohaterów książkowych, tych wymyślonych i moje własne, które nigdy nie miały miejsca i nie ujrzały światła dziennego.
Dzisiaj też to czuję z każdym powrotem. Spokój, radość, odprężające zmęczenie, uwalniającą się wolno energię i rosnącą nadzieję.
Mam również okazję by rozpalić nowy płomyk, który albo zgaśnie pod zbyt mocnym podmuchem wiatru, albo rozpocznie nowy byt ognia ciężkiej pracy zwięczony kolejnym pasmem niekończących się sukcesów.
I wszystko się sprawdza – w marcu, jak w garncu.
Pełno wszystkiego, co w połączeniu ze sobą da wkrótce niesamowicie podniecający efekt.
