#1941 – GSB 1/I/2025 – zasada nr 1

Rano wstaliśmy i dokończyliśmy pakowanie. Mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut do pociągu, zatem chcieliśmy na spokojnie zamówić Ubera alo Bolta.

I co?

I gówno. O tej porze (5 z hakiem) w Lublinie, w sobotę nie jeździ taka komunikacja. Nie ma, null, ZERO.

Zatem lekko poirytowani ruszyliśmy nerwowym krokiem na pobliski przystanek MPK. Autobus spóźnił się jedynie 2 minuty.

Z przyśpieszonym oddechem, pełni werwy, niemalże biegliśmy z naszymi plecakami (25% masy ciała każde z nas) przejściem podziemnym na dworzec. Już mieliśmy wchodzić po schodach, kiedy usłyszeliśmy gwizdek i zanim wdrapaliśmy się na peron, naszego pociągu już nie było…

No nic to. Świat się nie kończy na jednym pociągu. Kolejny mieliśmy za 2h, którym mogliśmy dorwać nasz do Ustronia (z dwoma przesiadkami), ale nie było dostępnych biletów w apce. Jak się po kilku minutach okazało, w kasie również nie było możliwości zakupu biletów, więc pozostała nam opcja nabycia ich u konduktora.

Aby nie ponosić opłaty 20 PLN za wydanie biletu w pociągu podjechaliśmy jedną stację na Lublin Zachodni i tam czekaliśmy na nasz pociąg – jeśli na stacji nie ma kasy, ta opłata wynosi 0 PLN . Czekaliśmy jak na ścięcie, bo nie wiedzieliśmy czy damy radę się tym obciągiem zabrać czy nas wyrzucą na najbliższej stacji.

Czekając okazało się, że nie wzięliśmy ze sobą sznurka, który kupiliśmy dzień wcześniej, a ułatwiłby nam przymocowanie namiotu do plecaka, gdyż same paski niestety się rozluźniały. Ech – sznurek, sznurek.

Po godzinie pociąg przyjechał, kupiliśmy szczęśliwie bilety u kierownika pociągu i mknęliśmy dalej ku przygodzie. Żeby nie było tak kolorowo do kolejnej przesiadki (jednej z dwóch pozostałych) mieliśmy 10 minut a opóźnienie naszego pojazdu rosło – do 20 minut. Na nasze kolejne szczęście w nieszczęściu, takich osób było więcej i kolejny pociąg na nas poczekał.

Dalej poszło już z płatka, bo do kolejnego mieliśmy zapas 30 minut, zatem złapaliśmy nasz do Ustronia i zgodnie z planem pojaiwlśmy sie na tamtejszym dworcu około godziny 13:15.

Tuż obok dworca jest kropka początku / końca czerwonego szlaku, z którą cyknęliśmy fotkę i ruszyliśmy w pieszą trasę.

Po drodze było kilka sklepów i próbowaliśmy w nich zakupić jakiś sznurek, linkę, cokolwiek, niestety bez skutku.

Po kilkuset metrach zobaczyliśmy wypożyczalnię rowerów elektrycznych.

’- Zapytajmy czy mają może kawałek sznurka – powiedziałem i zboczyliśmy kilkadziesiąt metrów ze szlaku.

’- Czy ma pan może kawałek sznurka na zbyciu? – zapytałem pracownika. Bez słowa otworzył szufladę i wyjął z niej 1,5 m kawałek sznurka, który tam na nas czekał.

Z radością podziękowaliśmy, na ławce przymocowaliśmy solidnie namiot i uśmiechnięci ruszyliśmy na naszą pierwszą górkę – Równicę.

Na Równicy zjedliśmy obiad w restauracji (na czas pobytu w knajpach i schroniskach pauzowaliśmy aktywność w zegarkah) i ruszyliśmy w dół do Ustronia Polany i można rzec, wdrapywaliśmy się na Czantorię Wielką. Na górze postanowiliśmy rozbić namiot bo już było ciemno i w sumie, po niemal 13km marszu (ponad 6h) tam zakończyliśmy dzień pierwszy. Tuż przed 21 już spaliśmy w naszym turystycznym przenośnym domku. Na szczęście porządnie rozłożyliśmy namiot, bo już o 22 zaczęło padać…

Plan tego dnia był na 20km i na nocleg w schronisku w Soszowie (po mojemu „Szoszowie”), ale życie pisze swoje scenariusze i nalezy być na to przygotowanym.

Zasada nr 1 – plan jest po to żeby go zmieniać i dobry plan powinien to uwzględniać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *