Wstaliśmy rano przed 6 bo już dwóch młodych turystów rozmawiało dosyć głośno w wiacie, obok której był nasz namiot. Chronili się przed deszczem, który padał przez całą noc.
Pod wiatą złożyliśmy namiot, przygotowaliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Dotarliśmy do Soszowa („Szoszowa” ;-)), gdzie zjedliśmy śniadanie – szwedzki stół i chlapiąc się dalej w błocie i deszczu ruszyliśmy „na Stożek”. W tamtejszym schronisku wypiliśmy kawę i herbatę i powoli ruszyliśmy dalej.
Szliśmy i szliśmy i szliśmy i dotarliśmy na przełęcz Kubalonka.
Była tam otwarta restauracja, gdzie pokrzepiliśmy się jadłem i napitkiem, odpoczęliśmy nieco i ruszyliśmy dalej. Naszym pierwotnym celem było schronisko na Przysłupie pod Baranią Górą, ale zweryfikowaliśmy nasze plany, bo byliśmy już zmęczeni. Dodatkowo skusiła nas informacja na przydrożnych znakach, że jest otwarte schronisko na Stecówce. Od wielu lat było zamknięte, ale łudziliśmy się, że zostało otwarte. Oczywiście myliliśmy się. Było zamknięte i ciągle w remoncie. Jak co roku.
Na szczęscie po 300 m trafiliśmy na agroturytykę i załatwiliśmy sobie nocleg w „ludzkich” warunkach za 40 PLN od osoby.
Przed 20, wykąpani i wyszykowani już spaliśmy słodko.
Plan znowu był zmodyfikowany, my zadowoleni, a podróż dnia drugiego zakończona po niemal 23 km i 9 h aktywnego marszu (czasu w schroniskach i knajpie nie liczyliśmy).

