Wstaliśmy „stosunkowo” rano i już po 6 byliśmy w trasie. Dotarliśmy do schroniska na Przysłupie na śniadanie i doceniliśmy wczorajszą zmianę planu. Raz, że mieliśmy ciepłe śniadanie, a dwa, że za nocleg zapłacilibyśmy prawie 3x tyle co na kwaterce.
Posileni ruszyliśmy powoli dalej, odpoczywając, delektując się pięknymi widokami oraz wiatrem na Baraniej Górze.
Szliśmy sobie miarowo, spokojnie kontemplującróżne kluczowe dla nas myśli: np. czemu ten plecak taki ciężki, dlaczego jest pod górkę, dlaczego jest z górki, kiedy jedzonko i kto mi kazał tu przyjeżdżać. Po każdej wypitej kawie czy herbacie przygotowanej na kuchence turystycznej, humor wracał i leźliśmy dalej i dalej.
Po południu okoo 1730, dosyć szybko tego dnia dotarliśmy do Węgierskiej Górki, gdzie przy szlaku trafiliśmy na pizzerię. Placki pizzy typu neopolitańskiego. Takie se o, bez szału, ale warto spróbować, szczególnie, że w nogach mieliśmy blisko 21 km i prawie 10 godzin aktywnego marszu. W trakcie naszej biesiady padał przelotny deszcz.
Po posiłku znaleźliśmy czynne pole namiotowe, na które ruszyliśmy zbaczając ze szlaku do sklepu po wodę gazowaną.
Rozbiliśmy namiot na mokrej trawie, wzięliśmy prysznic i przed 20 już spaliśmy.
Tego dnia nadrobiliśmy już nasz plan i pokrywał się z pierwotnym.

