Wstaliśmy rano, przed 06:00, było jeszcze ciemno. Korzystając z wiaty na polu namiotowym, obtrzepaliśmy namiot z wody, bo deszcz jak zaczął padać w nocy tak zamierzał nam towarzyszyć tego dnia. Przynajmniej z rana.
Wypiliśmy kawę turystyczną i ruszyliśmy w mozolną trasę. Zanim jeszcze wyszliśmy z Węgierskiej Górki już zdążyliśmy zgubić szlak, ale dzięki temu wypiłem dużą kawę na Orlenie, a ma towarszyszka skorzystała z Białej Muszli.
Wyszliśmy za miasto, przez plac budowy nowo utwarszanej drogi, mijaliśmy fort i bunkry. Było prawie fajnie. Prawie, bo rzadkie znaki pokazujące czas przejścia do kolejnych punktów na szlaku sugerowały, że poruszamy się w żółwim tempie. U nas czas gonił, mijały godziny, a na znakach zaledwie kwadranse…
Zaczynało się robić ciężko na grzbiecie.
Dotarliśmy do Stacji Abrahamów – posililiśmy się kaszką instant oraz napojami tam zakupionymi i ruszyliśmy dalej.
Stacja Słowianka okazała się chatą / schronem – nie skorzystaliśmy z niej i szliśmy dalej do schroniska na Rysiance.Dotarliśmy tam jakoś po południu. Monice strasznie dokuczał już staw skokowy, założyliśmy więc tejpa, zjedliśmy kotleta i pierogi, wypili kawę i herbatę i poszliśmy dalej.
Błoto, trochę deszczu i spadająca temperatura. To pamiętam.
Metr za metrem, słupek graniczny, za słupkiem granicznym. tuż przed zachodem słońca wleźliśmy na Palenicę/BRTS. Na ławce i stole turystycznym przygotowaliśmy ciepłe napoje i w związku ze spadającą temperaturą i nieprzyjemnym wiatrem, wiedzieliśmy, że musimy dojść, tak jak zakładał pierwotny plan, do schroniska na Hali Miziowej.
„To tylko 3km.”
Szliśmy około 1,5h, świecąc sobie czołówkami i przedzierając przez dosyć strasznie wyglądające kałuże wody i błota o szerokości całej dostępnej drogi.
Na miejsce dotarliśmy około 20:30. zakwaterowaliśmy się w sali wieloosobowej, budząc śpiących już dwoje innych turystów i przed 22 również spaliśmy, umyci, pachnący i szczęśliwi, że przebrnęliśmy przez dzień czwarty.
25,5km, 11,5 h aktywnego marszu.

