Rano wstaliśmy i tak za późno bo około 06:30. Wypiliśmy kawę w schronisku i około 07:30 rozpoczęliśmy zejście z Hali Miziowej. Jak sie po kilku godzinach okazało nasza opieszałość popłaciła jak zwykle. Bo gdy o 10:10 byliśmy na przełęczy Glinne (do której dojście nie było proste i kilka razy wywinąłem orła na błocie – ze dwa razy w pieknym stylu) okazało się, że jest tam świetna i tania restauracja, otwarta właśnie od 10:00.
Zjedliśmy zatem wczesny, pyszny obiad i szliśmy dalej. Padało, świeciło słońce, ja się wywracałem i ślizgałem na błocie jak na lodzie. Gdyby nie kijki chyba nigdzie byśmy nie doszli.
Szliśmy i szliśmy, noga za nogą i robiło się już coraz zimniej.
Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy na szczyt Mędralowej i wypatrywaliśmy z utęsknieniem, zaznaczonego na mapie szałasu.
BYŁ TAM!!! Słońce chyliło się już za horyzont, zimno było jak cholera a my w tej budzie rozbijaliśmy nasz namiot, bo zimno było jak cholera i wiał przenikliwy wiatr. W górnej izbie szałasu już ktoś spał zatem zajęliśmy dół. Zjedliśmy żarcie z z kubka i w zimnym namiocie poszłiśmy szybko spać, żeby rano ruszyć jak najwcześniej, w kolejną trudną drogę.
W namiocie było w nocy 11 stopni, w szałasie znacznie chłodniej, a na dworze, na pewno około 5 stopni.
Ten dzień, choć niezbyt długi dał nam w kość.
18,5km, 10:33 h aktywnego marszu. Przejebane 😉

