Wstaliśmy rano, jeszcze przed wschodem słońca, bo wiedzieliśmy, że ten dzień to nie przelewki. Wypiliśmy kawę, zebraliśmy w szałasie namiot i powoli się rozgrzewaliśmy maszerując. Pierwotnie, minioną noc, mieliśmy spędzić w schronisku na Markowych Szczawianach, ale wyszło jak wyszło i do tego punktu mieliśmy jeszcze 8 km. I jak zwykle na tym wyjeździe, zasada nr 1 dałao sobie znać, bo do schroniska dotarliśmy około 9 rano, zjedliśmy ciepłe i pyszne śniadanie i co więcej, zobaczyliśmy cennik noclegów. Śpiąc w namiocie / szałasie oszczędzilismy 260 PLN, zatem było warto….
Tego dnia pogoda zaczęła dopisywać, w takim sensie, że nie padało, świeciło słońce i było całkiem znośnie, gdyby nie trzeba było dźwigać kilogramów na grzbiecie. Po wyjściu ze schroniska było mocno pod górę. Pod Babią Górę, bo to był ten kulminacyjny szczyt wyjazdu (a i całego szlaku GSB). Na znakach stało jak wół, że do szczytu 1 godzina 30 minut, ale nam to zajęło chyba ze 3-4h. Pod górę i w okolicach szczytu wiatr, może nie urywający głowy, ale dający się już odczuć. Wdrapaliśmy się na kupę kamieni na wierzchołku i ruszyliśmy dalej w dół, z równie zawrotną prędkością. Szliśmy i odpoczywaliśmy, dotarliśmy do Przełęczy Krowiarki, gdzie wypiliśmy kawę i herbatę z kontenera siedząc w wiacie turystycznej.
Stąd już tylko kilka szczytów i aby dotkąnąć jak dotrzemy do schroniska obok Kucalowej Przełęczy (na Hali Krupowej).
Ło Panie – jak to długo trwało. Szliśmy już kolejny raz po ciemku, nie chcieliśmy już spać w namiocie, chcieliśmy wziąć prysznic i mieć trochę ciepła.
Jeszcze jeden spektakularny wywrot w moim wydaniu i około 21 dotarliśmy do schroniska, które z niemałym trudem i kilkukrotnym sprawdzaniem mapy, daliśmy radę zlokalizować. Budynek był ciemny i cichy, jakby nikogo tam nie było i już mieliśmy wizję rozbijania namiotu „gdziebądź”, ale na szczęście zostaliśmy wpuszczeniu i obsłużeni w mrocznej, ale ciepłej atmosferze.
Około 22, umyci, już usypialiśmy, z wizją, że śpimy w opór, do 07:30 i jemy śniadanie na miejscu.
Dalsza wizja trasy mówiła sama za siebie – najgorsze już za nami, teraz z górki na pazurki.
Podsumowując dzień: 25 km, prawie 14 godzin aktywnego marszu.

