Wstaliśmy bez spiny, ale też nie za późno. Jakoś o tak o, po siódmej chyba.
Niby niedaleko nam zostało, ale jeszcze jakieś dwa pagórki były i dodatkowe 2km do nadrobienia do szlaku.
Wypiliśmy kawę na kwaterce, chyba kaszkę jakąs wciągnęliśmy i ruszyliśmy w słonecznej pogodzie.
Szliśmy elegancko, trochę asfaltu, trochę lasu, w górę i w dół. Mieliśmy zarezerwowaną dzień wcześniej kwaterkę, 1 km od szlaku i jedyna niewiadoma to była jak kolejnego dnia dostać się do Krakowa (czy gdzieś indziej) i do domu. Ale te zmartwienia zostawiliśmy sobie na później, bo było kilka róznych opcji w odwodzie.
Dotarliśmy na miejscew sumie gładko, jak zwykle odpoczywając i delektując się przyrodą i nieuchronnym końcem wycieczki.
Stanęliśmy przed kwaterką i Monia sprawdziła, od której można się meldować:
’- Od 15:00 – powiedziała
’- O to świetnie się składa bo jest 15:01 – odparłem.
Zainstalowaliśmy się, odświeżyliśmy się nieco, założyliśmy ostatnie, przygotowane, na powrót do ludzkości, ciuchy i ruszyliśmy w miasto. Bez plecaków!!!! Ło tak, to se można chodzić biegać, cuda robić.
Połaziliśmy po mieście, zjedliśmy pizzę, pochodziliśmy po szlakum żeby kolejnym razem nie nadrabiać utraconych metrów w Rabce i sprawdziliśmy skąd mamy busa następnego ranka.
Wszystko było ustalone na TipTop, my zadowoleni i szczęśliwi, że daliśmy radę z I etapem GSB, zdodnie z założeniami.
Przed zmrokiem byliśmy już z powrotem i szykowaliśmy się spać z kurami.
Dzień 8: 21 km, 8 godzin.

