Mieszkamy w centrum Europy.
No dobra w zasadzie to na wschodzie. Ni to na wschodzie ni to na zachodzie.
Ciągnie nas do łudzenia się, że nasza kultura i obyczaje pochodzą z zachodu. Na każdym kroku powtarzamy, że chrześcijańskie wartości, tradycja i kultura pochodzą stamtąd właśnie.
No można tak tłumaczyć tym, którzy nie widzieli mapy i nie wiedzą gdzie Jerozolima, gdzie Iran, gdzie Mekka i Stanbuł, gdzie Indie, gdzie Mongolia i gdzie jest Księżyc.
Tak, chrzest przyszedł z Zachodu, ale czy wybawił nas od „złego pogaństwa”, czy na pewno wszysko co przyszło było lepsze i spowodowało coś spektakularnie dobrego dla nieświadomych i niedouczonych Słowian? Nad tym zastanawiają się historycy, filozofowie, antropolodzy i zwykli ludzie. To czego uczyliśmy się w szkole przez wiele lat wpoiło nam jednostronny punkt widzenia, który obecnie możemy zderzać z innymi wersjami zdarzeń. Co jest prawdą, co fikcją, co faktem a co mitem, można rozważać, ale czy ma to większy sens, jeśli weźmiemy obecną, dynamicznie zmieniającą się sytuację geopolityczną, zarówno tą rzeczywistą, jak i tę rozgrywaną w mediach i propagandzie międzynarodowej?
Zasięgnijmy zatem opinii niezależnych ekspertów, niezrzeszonych w żadnych znanych organizacjach, których badania i opinie wynikają z niepotwierdzonych źródeł. Pierwszym gościem cyklu: „Nie znam się, ale chętnie się wypowiem” jest pan Zenon.
R (Redaktor): Dzień dobry Panie Zenku! Jak się pan miewa obecnie?
Z (Zenon): Dzień dobry Redaktorku! Dziękuję bardzo za zaproszenie do udziału w tym karkołomnym przedsięwzięciu. Na wstępie chciałbym zapytać czy mogę pozdrowić?
R: Hmm, cóż, oczywiście, proszę pozdrawiać kogo pan uważa za konieczne.
Z: W zasadzie to nie mam nikogo do pozdrawiania, ale jak pamiętam z czasów gdy słuchałem radia to wszyscy zawsze na koniec pozdrawiali. A ja się tak stresuję tą rozmową z panem redaktorem, że wolę pozdrowić na początku, bo potem to zapomnę. Raz jak zapomniałem, że nastawiłem ziemniaki dla świń w parniku, to prawie wszystko się spaliło, ale na szczęście Halinka była jeszcze na tyle przytomna, że się zapytała, czy nie trzeba mi iść do obrządków.
W sumie to pozdrowię Halinkę, bo to dobra jest kobieta.
Wie pan, panie redaktorku, taka co to można z nią konie kraść i pół litra wypić i w ogóle, wie pan, jak to jest kiedy jesień przychodzi i ciemno i zimno i nie wiadomo co to robić ze sobą mnie samemu. A tu Halinka jest i zawsze poda pomocną dłoń..
R: Dobrze, pozdrawiamy zatem panią Halinkę. Wracając do pytania – jak się pan czuje i miewa, drogi Zenonie?
Z: Teraz to już w zasadzie spokój. Nie trzeba się spieszyć. Nie trzeba się zastanawiać co tu trzeba dzisiaj zrobić, co tu zostało do ogarniania. Nie trzeba myśleć czy to niedziela czy środa, czy w gminie czynne, czy trzeba do skupu z jabłkami jechać i czy krowy wydojone. Świń nie ma, krów nie ma. Tak jak obiecywali – „już niedługo nie będziecie mieli żadnych zmartwień na głowie”.
Wszak nie będzie niczego.
I ja musze przyznać, że tak jak obiecali tak się stało. Nie powiem, wymagało to ode mnie pracy i zaangażowania. Na początku po trochu, z kolegami, dawaliśmy radę. Później było ciężko, ale Halinka pomagała. I tak mijał dzień po dniu. Tydzień za tygodniem.
W każdą niedzielę byłem w kościele. Jeździło się czasem syreną, czasem wsk-ą, rowerem. Czasem chodziło się pieszo, a jakże, toć to tylko 4km w jedną stronę.
Zawsze można było spotkać pod sklepem sąsiadów ze wsi. Wypili my zawsze piwo. No nie jedno przecie. Trzeba się było wzmocnić przed powrotem do domu. I ponarzekać, na to jak ciężko to na wsi się żyje. Ciągle ta robota. W kółko. Świątek piątek i niedziela.
Jak nie oranie, to wywalać gnój z obory, jak nie, to sianokosy, jak nie to to żniwa, a to wykopki. I te ceny, panie redaktorku, kochany.
No nie, gdyby nie to, że gorzała tania i piwo dobre, to panie redaktorku, szczerze powiem, że nie dałbym rady chyba.
I później to tak się kręciło. Na szczęście rodzina ze wsi obok ma kombajn i pomagali kosić i zwozić zboże, jakos to się kręciło. Bo wie pan, ja to dzieci nie miałem, bo i żony nie było nigdy. Jakoś, wie pan, mnie to nie kręciło.
Po co to by mi bylo wszystko. No w sumie to tylko Halinka się później trafiła, ale to już ja przecie byłem stary, przy 50, no to co by ludzie powiedzieli. Zresztą to tylko byłby jakiś kolejny problem.
A tak, ja sobie, ona sobie. Się spotykaliśmy czasem, czasem pomagalismy sobie, wie pan, w różnych sprawach, ale nieraz trzeba się było pokłócić o cośtam, jakieś takie wie pan głupie sprawy, że lepiej nie mówić nawet.
R: Czyli kiedy się panu poprawiło?
Z: W zasadzie to nigdy mi się nie poprawiło. Zawsze było jakoś tak, żeby za przeproszniem, nie powiedzieć, z dupy.
Wstawać rano, obrządki, coś zjeść, obrządki, obrządki i spać. I tak w kółko.
Zawsze się coś popsuło, zawsze czegóś brakowało, gdyby nie to, że sklep we wsi i się można spotkać z ludźmi i pogadać, to już żadnych rozrywek by nie było.
A w niedzielę to obrządków mniej, tak i kościół i tak jak zwykle. Czasem później było ciężko w poniedziałek wstać bo łeb pękał.
A później to już było gorzej. I brzuch bolał jakoś. Że bylo to do nie do zniesienia.
No i trzeba było do medyka. Pobadali pobadali. I panie raczysko się okazało.
Trzymali w szpitalu, operację zrobili. Wycięli jelita i worek taki przyczepili na brzuchu.
Tak panie redaktorku. Worek do stolcu. Stomia, którą musiałem czyścić i to zmieniać.
I co tu dużo mówić, było gorzej, niż lepiej. Gdyby nie gorzała i piwo, to nie wiem jakbym to zniósł. No i tak, panie, 9 miesięcy. Śmiałem, się że jak ciąża niby to trwało.
I się zabrałem z tego świata. bo jakby tu nie mówić, organizm tego nie zniósł dłużej i postanowił, że to już koniec.
R: Dałby pan jakąś radę naszym słuchaczom?
Z: A co tu radzić? Ja to się nie znam, ale wiem, że trzeba dbać o samorozwój, szukanie wyzwań i work-life balans. Całe życie, starałem się sprostać wyzwaniom! Chodziłem do szkoły boso, w lecie rzecz jasna, bo w zimie to by było raczej słabe. Skończyłem 11 klas, więc nie powiem. głupi nie jestem, ale najwięcej nauczyło mnie życie w PGRze. Tutaj każdy wiedział, że trzeba się starać być sobą, bo indywidualiści zajdą daleko, pod warunkiem, że ich indywidualność pozostanie na odpowiednim i akceptowalnym poziomie. Jak stało w 7 przykazaniu – nie kradliśmy, tylko materialne przejawy życia zmieniały właścicieli w sposób adekwatny do potrzeb i aktualnych okoliczności. Asertywnie wymienialiśmy się spostrzeżeniami i uzgadnialiśmy plan wspólnych działań racząc się Stołową i Popularnymi. I kiełbasą wiejską. Bo na wsi innej niż wiejska nie było.
I tak jak patrzę na swoje życie – to muszę przyznać, że sam nie wiem co mógłbym, zrobić inaczej, lepiej czy bardziej optymalnie.
Teraz jest mi dobrze, przynajmniej nic mnie nie boli.
R: Niestety nasz czas antenowy dobiegł końca. Dziękuję bardzo za rozmowę panie Zenonie.
Z: Ja również! To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Do zobaczenia wkrótce!!! Będę na was czekał…
