#1973 – wyrzekamy się cz. I

Z pamiętników Pewnego Pozytywnego Przybysza (3P)

[…] Wiele lat zajeło mi zrozumienie dogłębne przyczyn i skutków, a przede wszystkim próby rozróżnienia co jest skutkiem a co przyczyną.

Cieszę się, że dane mi to było uszczknąć rąbka tajemnicy i zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są w stanie do tego dojrzeć. Wiele osób już zginęło w niewiedzy, a wielu się nie obudzi i nie spostrzeże w czyich mackach tkwi od pokoleń oraz w jakiej czeluści przyjdzie spocząć. Iluzja i obietnice, są bardzo pociągające, przyciągające i dające złudzenie osiągnięcia radości, spokoju i usunięcia przeszkód pojawiających się na każdym kroku.

Bóg AL i jego wyznawcy o nas zadbają, a nektar, eliksir i lekarstwo na codzienność da ulgę po ciężkim dniu. Zasłużoną nagrodę „chleba naszego powszedniego” pod postacią płynnej substancji ochoczo wlewanej do naszych spragnionych gardeł.

Pierwszy łyk za mamusię, drugi za tatusia, a trzeci za światłość wiekuistą.

Na nerki, na serce, na krążenie i ku pokrzepieniu serc i ducha. A prawda jest taka, że sami przybijamy sobie gwoździe do trumny, ciesząc się przy tym jak dzieci zdejmujące z choinki cukierki i pierniczki świąteczne.

„AL for all and all for AL” – oczywiście słowa obudzą protest i (sic) protest, bo zawsze można się wykręcić ograniczeniem wolności, możliwości i otwartości wyboru, ale prawda jest taka, że zanim zrozumiesz o co chodzi to wpadniesz w sidła i pogrążysz się w tej samej matni co inni, mądrzejsi ludzie.

Ale nikt nie mówi, że nie trzeba czcić AL jako boga – jedynego w swoim rodzaju. Trzeba znać jego moc i zagrożenie jaką ze sobą niesie oraz pamiętać na każdym kroku, że niewinnie zaczyna się każda ostatnia podróż zainicjowana spożyciem roztworu etanolu.

Można śledzić świadectwa wielu ludzi, można czytać, słuchać, oglądać, a i tak znajdzie się jeszcze więcej osób, które wierzą w zapewnienia, że „okazjonalne” i „umiarkowane” picie nie niesie za sobą skutków ubocznych, a wręcz niesie same korzyści.

Sam w to wierzyłem, mając na tacy podane wszystkie niezbędne informacje. Nie jestem najgłupszy, ale wiele lat mi zajęło, żeby samego siebie przekonać, że pora powiedzieć sobie dość i spojrzeć prawdzie w oczy. AL jest ZŁY. Tak dogłębnnie i od samego początku do końca. Nie tylko przy nadmiernym spożyciu. Nie niesie ze sobą niczego pozytywnego. Nawet poczucie ulgi, rozluźnienia i odwagi, jakie ze sobą daje jest jedynie iluzją, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością.

Najśmieszniejsze jest to, że zawsze bałem się AL. Od dzieciństwa. Od pierwszych lat, które pamiętam. A sięgam pamięcią gdzieś tak do 5-6 roku życia. Pamiętam awantury w domu rodzinnym, kiedy dziadek krzyczał po rosyjsku i niemiecku, obrażał wszystkich. Pili z babcią, znajomymi i takie imprezy często kończyły się awanturą. Jednym z przejawów takiego okazjonalnego, umiarkowanego picia był wypadek, kiedy dziadek wypadł (samodzielnie) przez okno na podwórze, bo mu się okno z drzwiami pomyliło. Na szczęście (dla niego) mieszkanie było na wysokim parterze i skończyło się potluczeniami i kiludniowym pobytem w szpitalu. Miał wtedy jakieś 70 lat. Dziadkowie pili praktycznie do śmierci. Co prawda ograniczyli spożycie, nie mieli problemów z rachunkami, pieniędzy nigdy im nie brakło i dożyli rozsądnego wieku. Dziadek 90l, babcia 80l.

A tak przy okazji – mój dziadek w młodości był organistą i jako jedno z wielu hobby – grał jako klarnecista na weselach – a na weselach to co trzeba było robić, poza graniem?

Bałem się alkoholu już w podstawówce. Coś mi jednak nie grało z tym, ze w kościele zawsze to wino było, że to niby krew JC. Później znowu Dionizes i te uciechy i zabawy greckie i rzymskie. I miód i wino w bajkach, baśniach i podaniach ludowych.

Później jakoś się okazało, ze moja mama również piła. Było to ukrywane w domu. Przynajmniej na początku, dopiero gdzieś kiedy miałem 10 lat zaczęło się mówić, że pije, że jest alkoholiczką. Straciła jedną pracę. Piła, spała. Przypalała jedzenie. Z tego co pamiętam, była jakaś próba podjęcia leczenia, ale niestety nie zakończona powodzeniem. Później druga praca, znowu to samo…

Wstyd mi było strasznie. Koledzy oczywiście wiedzieli, że moja mama jest pijaczką. Wiedza oczywista, wypierana i ukrywana. Awantury domowe -gwrantowane w zestawie jako codzienna porcja rozrywki. Nawet, a może przede wszystkim, jak tylko jedno z rodziców pije. Nie da się tak na szybko tego opisać chyba. Może kiedyś rozwinę temat, bo wydaje się być ciekawy, przerażający, interesujacy i dający wiele do myślenia – dla siebie i innych.

Jedno co wiedziałem juz wtedy, że nie chcę być taką osobą…

Alkohol na imprezach rodzinnych był w umiarze, albo nie było go w ogóle – co nie stanowiło żadnej przeszkody, zeby moja mama zawsze była narąbana. Z biegiem czasu, znajomi rodziców, nie zapraszali nas do siebie a i my nie robiliśmy spotkań towarzyskich, bo i tak nie miałby ich kto przygotowywać – wszak Mamusia zawsze była 3 kroki do przodu i już od rana była wstawiona. Nadmienić trzeba, że zaopatrzeniem i dawkowaniem zajmował się tato. Źeby lepiej sprawować nad tym kontrolę. A dzieciom matka jest potrzebna… (Tutaj zdania nieuczonych są podzielone. Mnie o zdanie nikt nie pytał, ale nie omieszkałem wyrażać swoich opinii na bieżąco.)

W podstawówce nie piłem, jak już pisałem, bałem się tego świństwa jak ognia. Już wtedy wiedziałem czym to się moze skończyć – byłem na szczęście tchórzem okrutnym.

W siódmej klasie chyba – koledzy przynieśli na zabawę karnawałową wino w słoikach. Pili w szatni i później świrowali jarząbka. Ja nie chciałem mieć z tym nic wspólnego.

Tak dotrwałem do końca podstawówki…

[c.d.n.]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *