Bać się życia, czy cieszyć się z tego co przynosi?
Bo przynosi w dużej mierze i ilości, kupę mułu, który musimy w znoju przegrzebać, przeczesać i przepłukać, w puszukiwaniu grudek złota, z których cieszymy się jak dzieci kiedy widzą pierwszy śnieg. A okazuje się po kilku tygodniach mrozu i szarzenia zbitej, lodowej pokrywy, że to wcale nie jest takie fajne i zabawne, jak się to nam na początku wydawało. I znowu trafiamy na coś co przywraca, na chwilę, uśmiech na naszą, porytą zmarszczkami zmartwień twarz. Na chwilę jest w porządku, nawet bardzo dobrze, a potem młotek przenaczenia (Hammer of Destiny) uderza w duży palec u prawej stopy i pamiętamy o tym co trzeba. O fali wznosząco opadającej, która od wieków robi swoją robotę – przypomina ludziom, że najważniejsze jest to czego nie widać – spokój duszy i radość istnienia.
I jako, że się radujemy, pomimo codziennych potknięć i nowych siniaków nabitych na goleniach przez niecny stolik nocny nie zważający na nasze nagłe nadejście, czy pośladków zbitych przez matkę Ziemię, w wyniku nagłego jej ataku na nas podczas zimowej zamieci i zmerzliny spadającej z nieba na nieświadomy chodnik. I to w środku stycznia! Nie chowajmy tejże radości li tylko dla siebie! Dzielmy się nią na lewo i prawo, pamiętając o czasie na odpoczynek i konetmplację i afirmację.
Krótki reset nikomu nie zaszkodzi, chyba, że twoje oprogramowanie po takim restarcie się nie podniesie i wtedy zostaniesz cegłą z muru, którego głową nie sposób przebić. Nie bądź zatem betonem, stań się elastyczny i eteryczny. Nabierz do siebie dystansu luzując tu i ówdzie napięte ścięgna i wrzynające się w tyłek kalesony. Luzuj onuce, poluzuj kamasze i rozjerzyj się. Wiosna już nadchodzi, będzie u nas za jakieś trzy miesiące.
Byle do wiosny – jak co roku. Niektórzy nawet może doczekają.
