#1843 – MSB rycząca siódemka

Prawie usnąłem. Słyszałem szum przejeżdżających samochodów w oddali. To było prawie przyjemne, słyszeć cywilizację, mając świadomość, że wokół lasy i góry. Dzikie zwierzęta i pewnie jakieś demony leśne. Słyszałem również trzaski łamanych gałązek czy spadające kamyki z półki skalnej nad naszym namiotem. Jakoś sen nie chciał nadejść. Po jakimś czasie zacząłem słyszeć jakieś niskie ryczenie, niby diabła z piekieł.

– Kochanie, słyszysz to? – zapytałem.

– To samochody jadą – odparła szeptem Monia.

– Ta, samochody… – burknąłem bez przekonania.

Dźwięki z czasem zaczęły narastać. Ryczenie było coraz głośniejsze, ale nie wynikało to chyba ze zbliżania się obiektu do nas, a jedynie z wyciszania odgłosów ludzkich maszyn. Z czasem przechodziło w przerażający śmiech. Później było słychać je również gdzieś z drugiej strony.

Byłem prawie przerażony i ciekawy co to. Zakładałem, po przemyśleniu, że to ryczące jelenie. Z tą myślą w końcu usnąłem, trzymając ukochaną za dłoń. Jak umrzemy, to przynajmniej razem. Budziłem się jeszcze wielokrotnie tej nocy, dźwięki – ryczenie, śmiech, łamane gałęzie i spadające kamyki, z których kilka uderzyło w namiot. Na szczęście dobiegła końca i obudził nas budzik o 06:30.

Kawka z rana, pakowanko i cyk, po 7 wyruszyliśmy na nasz ostatni 13km odcinek.

Droga wiodła, jak się można spodziewać pod górę, przez las.

Pod górę, wciąż pod górę. To podejście było męczące, ale przyjemne. Delektowaliśmy się każdym krokiem i z jednej strony cieszyliśmy się, że już niebawem będzie czas na leżenie bykiem, ale z drugiej było nam z każdą chwilą coraz bardziej smutno, że to już będzie koniec wyrypy.

Na sczycie zameldowaliśmy się o 10:30. Jest to miejsce kultu religijnego w którym postawiono wielki metalowy krzyż. Po co to ludzie robią? Nie wiem. Ale jest tak i już, jak na wielu szczytach gór. Po kilku minutach dotarliśmy do schroniska, gdzie standardowo podładowaliśmy nasze biologiczne akumulatory i zakupiliśmy magnesik MSB. Później, podziwając widoki, odbyliśmy krótką pogawędkę z miłym trochę starszym od nas panem i jego córką, którzy są niebywałymi pasjonatami chodzenia po szlakach górskich.

Ruszyliśmy dalej, miało być z górki, ale jeszcze kawałek podejść było przed nami. W głowie już układaliśmy plan na kolejne wizyty w te piękne okolice. Wszak do zdobycia została Łamana Skała oraz Czupel, który nie jest objęty szlakiem MSB, a należy go zdobyć żeby PTTK było zadowolone z naszych poczynań. Pogoda była przepiękna, humor dopisywał, potęgowany satysfakcją, że nie jest z nami tak źle.

Dotarliśmy do Bielska Białej, a po kilkuset metrach do drugiej czerwonej kropki na szlaku. Była 14:02 (20 IX 2024), a my zakończyliśmy oficjalną wyprawę tego dnia z 12,99 km na liczniku.

Stąd już autobusem do hotelu MOSIR. Bardzo fajne miejsce, schludnie i czysto. na miejscu w budynku tania i dobra jadłodajnia, czynna tylko do 16:30, zatem zdążyliśmy w samą porę. Po południu spacer na pocztę, żeby wysłać pocztówki i kupić kolację i wieczorem już tylko odpoczywaliśmy rozkoszując się własnym towarzystwem.

Kolejnego dnia rano pociągiem do Katowic i stamtąd do Lublina.

O 17 byliśmy w domu i już planowaliśmy kolejną Hecę, a właściwie Grandę.

#1842 – MSB – Jak nas góra oszukała

Wstaliśmy niespiesznie około 06:30. Do końca wędrówki zostało nam około 40km, zatem wiedzieliśmy, że podzielimy tę trasę na dwa dni, Postanowiliśmy spać gdzieś pod namiotem, w okolicach góry Żar. Tyle wiedzieliśmy rano. Wypiliśmy kawę w schronisku i ruszyliśmy w drogę. Była 07:45 i pogoda zapowiadała się całkiem obiecująco. Rozpoczęliśmy zatem wędrówkę pod górę, na Leskowiec i dalej w stronę Potrójnej. Po drodze wypiliśmy śniadanie i dotarliśmy do szeroko opisywanych: Chatki Pod Potrójną i Chatka Na Potrójnej. W porównaniu do Leskowca z niczym się te miejsca nie umywały, ale jak wiemy lepszy rydz niż nic. Wypiliśmy w tym drugim miejscu kawę i herbatę na tarasie i ruszyliśmy dalej w drogę licząc na jakiś dobry posiłek w Karczmie na Kocierzu. Dotarliśmy tam po kilku godzinach i tym razem zawiodły nas ceny. Zbyt luksusuowo jak dla nas było. Wypiliśmy co nieco, Monia zjadła ciasto i poszliśmy dalej. Zjedliśmy kanapki na przydrożnym stole, rozmawiając z dwoma młodymi turystkami, przemierzającymi MSB w tę samą stronę co my, już 11 dzień. I dalej znowu to samo: góry, lasy, trochę w górę, trochę w dół. Jakieś ruiny szałasu kamiennego. Przełęcze i takie tam ciekawostki.

Dotarliśmy na szczyt Kiczory i powoli szukaliśmy miejsca na nocleg. Prawie wszystko było perfekcyjne: widok – piękna panorama, dystans pozostały na kolejny dzień – poniżej 20 km, czas, prawie dobry: 1630. Nie pasowały nam dwie rzeczy: śmietnik jaki panował w wiacie i drugie co jeszcze gorsze: strasznie przenikliwy i zimny wiatr. Chcąc nie chcąc ruszyliśmy dalej, w stronę góry Żar. Po drodze w czasie krótkiej przerwy zajrzeliśmy do książeczki z diademu gór polskich i się okazało, że jest tam Łamana Skała, którą mijaliśmy. Jednak nie mieliśmy z tego miejsca zdjęcia. Po krótkiej analizie wyszło, że szczyt nie leży na naszym szlaku, lecz trzeba na niego zboczyć kilkaset metrów. I dupa blada, będziemy musieli na nią wrócić kiedyś, bo już nam się kilku kilemetrów nie chciało wracać. Byliśmy głodni i źli. Na siebie i na te j$#aną górę.

Chcąc nie chcąc, ruszyliśmy dalej. Na żar, gdzie mieliśmy nadzieję coś zjeść. Niestety dotarliśmy tam po 17 i knajpy już były zamknięte. Wiało jak w kieleckiem, zatem ruszyliśmy w dół. Znaleźliśmy miejsce na kolacyjkę, pojedliśmy kolejne „gorące kubki” i schodziliśmy dalej bacznie szukając miejsca na nocleg. Ciemno sie juz robiło, zeszliśmy do wioski i postanowiliśmy sprawdzić miejscówkę, która objawiła nam się na mapie jako skały, oddalone kilkadziesiąt metrów od ulicy. To był kolejny strzał w dziesiątkę! Piękna miejscówka pod półką skalną, która dawała znakomite schronienie od wiatru.

O 19:45 leżeliśmy już w śpiworach w namiocie niechybnie czekając aż zaśniemy.

Dystans dnia 6: Prawie 27km, kilka więcej niż zamierzaliśmy początkowo.

#1841 – MSB mądre posunięcia

Wstaliśmy po 6. Złożyliśmy namiot, zjedliśmy kolejną porcję jedzonka z kubków (tym razem owsianka), kawę i ruszyliśmy niespiesznie o 07:30 w drogę.

Z górki na pazurki,w stronę Zembrzyc. Już o 09:50 wsuwaliśmy pyszne ciasta w tamtejszej cukierni. Uzupełniliśmy w sklepie wodę i płyny regeneracyjne i dalej w góry i las. Kolejne wejście i strome zejście, kawałek asfaltówki i dotarliśmy do Krzeszowic. Jako, ze przed nami jeszcze był kawał drogi, do planowanego noclegu w schronisku na Leskowcu, postanowiliśmy skorzystać z okazji i pochłonąć pizzę, w przydrożnej pizzerii. Jak się później okazało, było to świetne posunięcie, ponieważ do miejsca docelowego dotarliśmy już po 19 i kuchnia była już zamknięta.

Ale zanim tam dotarliśmy czekało nas jeszcze kilka godzin drogi pod górę. Tym razem wędrówkę umilały nam owady, przypominające latające kleszcze. Zidentyfikowaliśmy je na miejscu jako Strzyżaki Jelenie, ale na potrzeby chwili ochrzciliśmy je „ku$&ionami”. Mędrcy internetowi poradzili, że aby uniknąć ich nieszkodliwych, ale bolesnych ukąszeń należy udawać się w miejsca, gdzie nie występują.

W dalszej drodze, zaczęło grzmieć i niebo nagle pociemniało. Szybko założyliśmy na siebie i na plecaki przeciwdeszczową ochronę i wkrótce zaczęło padać. Na szczęście do schroniska zostało już tylko 2 km. Aż dwa kilometry. Z plecakami, pod górę. Mieliśmy tylko nadzieję, ze to nie chata widmo, jak ta na Wierzbowej górze, a miejsce z ciepełkiem i prysznicem. Na szczęście, nasze obawy się nie sprawdziły, a oczekiwania zostały spełnione w 100%.

Jak już wspominałem wcześniej, było już po 19, ale miłe panie w schronisku zaserwowały nam ciepłe i zimne napoje. Rozwiesiliśmy rzeczy do suszenia, umyliśmy się, podłączyliśmy urządzenia do ładowania i po 20 już byliśmy w łóżku. Schronisko na Leskowcu polecamy z czystym sumieniem. Ciepło, miło i tanio!

Podsumowując dzień: dobrze, że zjedliśmy tę pizzę, bo to był nasz główny posiłek tego dnia. Mądrze, że nie zignorowaliśmy grzmotów, bo zmoklibyśmy do suchej nitki.

To był kolejny ekscytujący, dzień 5. Dystans przebyty: 26km.

#1840 – MSB nach Chełm!

Wstaliśmy raniutko, kawa, pakowanie i o 06:12 już kliknęliśmy START w zegarkach. Pogoda zapowiadała się całkiem obiecująco. Słońce leniwie wstawało kiedy przemierzaliśmy ulice Myślenic.

To był długi, powolny i dosyć przyjemny marsz. Tuż po opuszczeniu Myślenic trafiliśmy na fajny punkt widokowo – odpoczynkowy – Myślenicka Lipka, kolejnym ciekawym przystankiem była Kapliczka Św. Mikołaja z nieodległą leśną sławojką. Później. standardowe przerwy wypoczynkowo regeneracyjne i w południe dotarliśmy do kapliczki Św. Huberta, z wiatą turystyczną. Bardzo dobre miejsce na nocleg, z namiotem lub bez. Można się spokojnie przespać nawet jeśli pada deszcz. Posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy dalej. Kolejne górki, odpoczynki, kawa i herbata z garnuszków i piwo zakupione jeszcze w Myślenicach.

Około 16 dotarliśmy do wsi Palcza. Monia została z plecakami, a ja pobiegłem (nie wliczone w nasze kilometry) „na pusto” do odległego o 1km sklepu spożywczo-przemysłowego. Kupiłem niezbędne artykuły m.in. ogórek, kiełabasę, wkład do znicza i płyny regenerujące. Ruszyliśmy dalej i planowaliśmy dotrzeć w okolice szczytu góry Chełm, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć miejsce na rozbicie namiotu.

Szliśmy i szliśmy, zgodnie z planem, noga za nogą, niespiesznie i bez zbędnej spiny. Wleźliśmy na górę Chełm Wschodni i szliśmy grzbietem. Początkowo przez osiedla, później przez las. Mieliśmy już wielką ochotę gdzieś się zatrzymać i siąść bo głód i zmęczenie dawały o sobie znać. Przyspieszyliśmy bo mieliśmy już tego serdecznie dość.

Znaleźliśmy w końcu to miejsce, gdzie mapa twierdziła, że jest ochrona dla turystów. Była kapliczka i stół drewniany z ławkami. Pierwsza klasa!

Siedliśmy, przygotowaliśmy kolację, już po zmroku, przy świetle znicza i spożyliśmy ją z wdzięcznością. Zupki w kubkach sprzedawane w owadzim dyskoncie weszły wyśmienicie. To był nasz główny posiłek tego dnia.

Po zniknięciu wszystkich biegaczy i rowerzystów rozbiliśmy namiot. Przytwierdziliśmy go 4 śledziami, bo prognozy nie wskazywały na deszcz.

Położyliśmy się i chwilę po 20 już spaliśmy jak susły. Obudził mnie deszcz i wiatr. Była 22:00. Najpierw przeraziłem się, że zamokną nam bagaże, więc sprawdziłem, czy wszystko jest ok. Później zerknąłem na prognozę – deszcz miał padać tylko przez godzinę, zatem odetchnąłem z ulgą. Wiatr wiał i w sumie ten szum był dosyć uspokajający choć przerażajacy. Usnęliśmy znowu i już bez zakłócceń spaliśmy do rana.

Tak, 900 m przed szczytem Chełmu, na dobre, zamknęliśmy dystansem 29km, dzień czwarty.

#1839 – MSB przez Kudłacze

Wstaliśmy gdzieś o 06:30. Przepychając się pomiędzy łóżkiem i ścianami pomału ogarnialiśmy graty. W aneksiku kuchennym zrobiłem kawę i tuż po jej spożyciu ruszyliśmy w dalszą drogę.To wszystko zajęło nam ponad godzinę, zatem jedyne co nas napawało optymizmem to: słońce zapowiadające niezłą pogodę, widok na górę, z której wczoraj schodziliśmy po ciemku i nadzieja na kolejną porcję kawy, herbaty i śniadanie w Bacówce na Wierzbowej Górze. Szliśmy i szliśmy, poprzez niższe niż wczoraj szczyty i tuż przed południem dotarliśmy do owego miejsca. Okazało się, że jest to chatka, bez nadzoru, gdzie można skorzystać ze schronienia, przenocować, napalić w kozie, zrobić ognisko i co tam jescze komu przyjdzie do głowy. Świetne miejsce na nocleg czy nawet spędzenie dwóch dni z dala od wszystkiego. Zjedliśmy śniadanie, posiedzieliśmy trochę i z żalem ruszyzliśmy dalej, bo plan dnia był dosyć napięty. Mieliśmy dotrzeć do Myślenic i spędzić noc w tamtejszym klubie Karate, na macie. Szliśmy zatem dalej, napawając się pogodą i ciężarem niesionym na grzbiecie.

Najwyższym szczytem tego dnia miał być Lubomir, pod który podejście było już nieco bardziej uciążliwe. Po drodze odpoczęliśmy w Gościńcu pod Lubomirem, który zadziwił nas dwoma faktami: jest czynny jedynie w weekendy, a piwo jest tylko bezalkoholowe. Coś tam przekąsiliśmy i ruszyliśmy dalej w górę. Zatrzymaliśmy się na Lubomirze po zdjęcia do diademu i ruszyliśmy dalej. Droga nie była stroma, prowadziła w dół i po kolejnych dwóch godzinach marszu dotarliśmy do Schroniska na Kudłaczach. Była 17:00. Jedząc bigos i popijając nasze ulubione trunki rozważaliśmy czy iść dalej do Myślenic – zostało nam 10km i pewnie ponad 3h marszu czy zostać na noc w schronisku i wziąć kolejny nocleg w Myślenicach kolejnego dnia i po prostu sobie trochę odpocząć. Wizja kolejnego schodznia po ciemku w nieznanym terenie oraz zapas czasu na jaki mieliśmy zaplanowany urlop utwierdził nas w decyzji, że zostajemy na noc i odpuszczamy nocleg w klubie.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, wyszykowaliśmy się do spanka i o 21 już chrapaliśmy w schroniskowych łóżkach. Pospaliśmy dłużej, zjedliśmy jajecznicę na śniadanie i nie spiesząc się, bo padało, sporo po 10 wyruszyliśmy w drogę. Szliśmy i szliśmy, trzeci dzień z rzędu i całkiem fajnie się robiło. Nie było ni zimno, ni gorąco, w sam raz. Salamandry znowu pokazały się w wielu miejscach i wizja krótkiego dystansu poprawiała humor. Ostatnie 2 kilometry zrobiło się bardziej stromo w dół, akońcówka prowadziła zakrętasami dosyć nieintuicyjnie. Cieszyliśmy się, że nie zostala nam ta droga na poprzedni wieczór. O 14 stanęliśmy przed naszą kwaterką, dokładnie przy szlaku.

Zostawiliśmy rzeczy i bez plecaków ruszyliśmy na podbój Myślenic. Saaceru tego nie wliczyliśmy do wędrówki, a chodzenie bez obciążenia pokazało dlaczzego tak wolno nam szła wędrówka. Poszliśmy do fryzjera, na obiad, zakupy i wróciliśmy na nocleg. Pooglądaliśmy TV, pojedliśmy poleżeliśmy i pożądnie odpoczęliśmy przed kolejnym dniem. Opcja noclegu w na Kudłaczach i rozdzielenie 27km odcinka na dwa dni 18km+9km była strzałem w dziesiątkę! To były dni 2 i 3.

#1838 – MSB salamandrze mięso

Wysiedliśmy w Rabce o szóstej minut dwadzieścia (14 IX 2024) z autobusu zastępczego PKP. Rozejrzeliśmy się po szarym placu i zobaczyliśmy zielony szyld płaziego sklepu. Nabyliśmy drogą kupna dwa kubki gorącej kawy i ruszyliśmy Czerwonym, głównym Szlakiem Beskidzkim w stronę Szlaku Niebieskiego, który nas miał doprowadzić na szczyt Lubonia Wielkiego.

– Ale fajnie, prawie nie pada, jesteśmy prawie wyspani, a dzisiaj tylko 31km w planie. Pójdzie jak z płatka – powiedziałem radośnie, dysząc i robiąc dobrą minę do złej gry.

– To będzie super przygoda! – odparła Monika – i raźno ruszyliśmy przez puste, o tej porze, ulice miasteczka.

Leźliśmy i leźliśmy, co godzinę robiąc 5 minutowe przerwy, oraz jedną dłuższą na kanapki, gdzieś na polance. Po 4 godzinach dotarliśmy, już całkiem zmoknięci na szczyt i po wykonaniu pamiątkowych zdjęć ze Szlakową Kropką MSB oraz szczytem Lubonia W., pierwszej w tym dniu dużej góry, weszliśmy do schroniska. Tak, 4h i niecałe 10km. Byliśmy szczęśliwi, że właśnie zaczynamy tak naprawdę wędrówkę, a jednocześnie spojrzeliśmy prawdzie w oczy – będzie grubo! (2024 IX 14 10:40)

W schronisku puchy tylko gospodarz i my. Weszła herbatka i piwo, posiedzieliśmy w ciepełku jeszcze trochę, słuchając punk rocka, a później z nadzieją ruszyliśmy w dalszą drogę. W dół, dół, dół …… Ślisko i stromo bylo, ponad godzina się zeszła żeby z tej góry zejść z honorem i bez ślizgu. I oczywiście nieocenione okazały się nasze karbonowe kijki do biegania. Lekkie i trwałe, bez nich wchodzenie i z schodzenie byłoby po prostu niebezpieczne. Kolejnym większym punktem naszej sobotniej wycieczki była Mszana Dolna, gdzie zjedliśmy obiad i uzupełniliśmy wodę. Tak z ręką na sercu, to myślę, że tutaj powinniśmy zrobić nocleg z uwagi, że poprzednia noc była praktycznie pozbawiona snu. Ale my już mieliśmy kwaterkę zarezerwowaną i jechaliśmy na adrenalinie, zatem nawet taka myśl nie przyszła nam do głowy. Po popasie, ruszyliśmy w dalszą drogę i niebawem rozpoczęliśmy kolejną drogę pod górę. tym razem naszym celem był Lubogoszcz, najpierw Zachodni, a później już ten właściwy. Dotarliśmy na szczyt tego pierwszego o 18:30, a jako, że ciągle padało, zaczęło się już robić ciemno.

Monia zaproponowała, żeby rozbić namiot i zostać na noc:

„Rozbijmy namiot i przenocujmy tu”

„E tam” – mówię – „damy radę, zaraz szczyt Lubogoszczu i będziemy schodzić do Kasiny Wielkiej. Powoli zejdziemy, mamy kijki, czołówki, z góry jest tylko 4km.”

O ja wam powiem, że było grubo. Ślisko, mgła, mżawka jakaś, światło czołówek tworzyło białą ścianę w odległości metra od nas. Nic nie było widać, a zejście było dosyć strome, po skalnych olbrzymich kamieniach.

Mokro mi było na plecach i to nie był deszcz, a pot, który spływał niczym Niagara. Sprawy nie ułatwiały pełzające wszędzie Salamandry plamiste i tyle ich było, że trzeba się było starać by ich nie rozdeptać. W życiu nie widzieliśmy na żywo tych płazów, a akurat tutaj było ich całe zatrzęsienie. Na szczęście najstromsze zejscie miało chyba niecałe dwa kilometry i później ścieżka zmieniła się w leścną drogę, później w asfalt.

Do kwatery dotarliśmy o 21 zmoknięci jak kury, bo na ostatnich 500m deszcz przemienił się w ulewę. Szczęśliwi, że to koniec dnia pierwszego, szybko szykowaliśmy się do spania w naszym mikropokoju, który poza łóżkiem i łazienką oraz naszymi plecakami niewiele był w stanie pomieścić. Porozwieszaliśmy nasze ciuchy gdzie się dało, szybki prysznic, herbata i gdy przyłożyłem głowę do poduszki, pochłonął mnie czarny sen.

Tak skończył się dzień nr 1 na szlaku.

Nie śniło mi się nic.

Kiedy po chwili otworzyłem oczy, było już rano.

#1837 – MSB dzień 0

Paparapa i wakacje zleciały. Obóz, spacery po lesie, krótkie wyjazdy, egzamin na Karate, treningi i prawie całe lato gdzieś zostało w tyle. Jak z bicza strzelił. Czytaliśmy różne opisy przejścia szlaku, tworzyliśmy własny plan, trenowaliśmy i planowaliśmy w naszych głowach i aplikacjach jak to zrobić żeby było miło, fajnie i bezboleśnie.

W „keep” mieliśmy listę rzeczy do zabrania, tak by nasza podróż z jednej strony była komfortowa, z drugiej zaś zapewniła nam niezależność oraz bezpieczeństwo. Trochę się tego nazbierało, począwszy od namiotu, mat, śpiworów, dmuchanych poduszek, poprzez klapki, ręczniki, cążki do paznokci, latarki nagłowne, czytniki ebooków (tak, lubimy czytać, w szczególności w pociągu), powerbanki, jedzenie na dwa dni, kartusz i kuchenkę gazową, 3 komplety t-shirtów, majtek i skarpet (na osobę), kubki, łyżeczki, scyzoryk i jeszcze parę innych rzeczy takich jak bluzy, kurtki przeciwdeszczowe, i kapelusiki. No i po 2l wody na głowę. Nie wzięliśmy świadomie mapy papierowej, gdyż zdaliśmy się na nasze urządzenia elektroniczne z wgranymi mapami i trackami: dwa zegarki, dwa telefony, powerbanki etc. Nie żałowaliśmy tej decyzji.

Po ważeniu przed wyjściem z domu wyszło, że mój plecak ważył 15kg, Moniki, 10kg. W moim było blisko 4kg jedzonka na najbliższe dwa dni.

O 18 z minutami, w piątek po pracy, ruszyliśmy do Krakowa, dzięki Polskim Kolejom Państwowym i już po 22, z jedynie 20 minutowym opóźnieniem byliśmy w deszczowej stolicy Małopolski. Zakupiliśmy bilety do Rabki Zdrój i udaliśmy się w gościnę do mojej córki Zuzanny, która studiuje w mieście Kraka aktorstwo i przygarnęła nas na moment oczekiwania na kolejny etap podróży. Posiedzieliśmy rozmawiając o ważnych rzeczach do północy, później krótki sen do 03:14 i z powrotem na dworzec PKP. Stąd już blisko – jedna przesiadka do kolejnego pociągu, później do autobusu i już około 06:30 mieliśmy w dłoniach kubki z kawą z Żabki i kierowaliśmy się niebieskim szlakiem w Stronę Lubonia Wielkiego gdzie tak naprawdę zaczyna się Mały Szlak Beskidzki.

#1836 – MSB – Prolog

– Ach ja miałam takie marzenie kiedyś. Połazić z plecakiem po górach. Potułać się po schroniskach, popatrzeć na widoki, na gwiazdy i zmęczyć się tak po prostu kilkudniowym marszem – powiedziała Monika kiedy siedzieliśmy w zimowy wieczór popijając gorącą herbatę.

Popatrzyłam na nią z ciepłem na sercu. Toż to wypisz, wymaluj moje pragnienie od młodzieńczych lat. Kiedyś, w podstawówce jeszcze, zdarzyło mi się być przez jeden sezon harcerzem i jeździliśmy w wąwozy nałęczowskie, kazimierskie i puławskie, żeby zaznać uroków przyrody, zapoznać się z lasem i wędrówką w nieznane. I wtedy też z dwoma kumplami złapaliśmy bakcyla i niewiele później sami jeździliśmy właśnie w te strony włóczyć się po łąkach i lasach. Później z jednym z nich daliśmy radę wyrwać się na kilka dni w Góry Świętokrzyskie i zrobić marszem kawał drogi polegając tylko na sobie i na ludziach, których spotkaliśmy na swej drodze. To było gdzieś w 1989 roku. Dwóch czternastolatków z plecakami, na szlaku, sami, pociągiem i w schroniskach, bez telefonów komórkowych ani innego sposobu komunikacji… Ech, łezka mi się w oku zakręciła i powiedziałem:

-Pewnie! Kochanie! Jedziemy zatem w najbliższym możliwy terminie! Już, teraz, zaraz! – zaśmiałem się całym sobą. Decyzja już została podjęta. Teraz tylko planowanie i realizacja.

Pierwszym krokiem było zaplanowanie wolnych dni. Na początku stycznia stworzyliśmy plan urlopów, również w konsultacji z moją siostrą i innymi osobami, które mogły przejąć część obowiązków podczas naszej tygodniowej (bo na tyle nas czasowo stać) nieobecności. Wiecie – dorosłe życie stawia różne zadania i sprzeczne cele – praca, treningi, opieka nad członkami rodziny, psami, kotami i takie tam przyziemne sprawy. Ustaliliśmy termin – 2023.09.14-22 i machina ruszyła. W najgorszym, ale wcale nie złym przypadku, spędzilibyśmy ten czas w domu. Razem ze sobą. We dwójkę. Tak jak uwielbiamy.

– A może mały szlak bez Kicki? – Monia zadała mi trudne pytanie.

– YYYyy? – odparłem aby wyrazić swoją pełną aprobatę. – Może być, a gdzie to i na ile kilometrów?

– Sto czterdzieści parę – razem z dojściem do niego, bo Mały Szlak Beskidzki zaczyna się na Luboniu Wielkim i kończy w Bielku Białej, albo na odwrót jak kto woli, więc do tego Lubonia, trzeba dojść z Rabki Zdroju. A sam szlak ma 137 km.

– A to po jakich to górach będzie dokładnie? Tam to nas jeszcze nie poniosło nigdy.

– Beskid Wyspowy, Beskid Makowski i Beskid Mały. Będzie fajnie, zobaczysz. Musimy się tylko solidnie przygotować.

– No to mamy to! Teraz tylko skompletować niezbędne graty, poczytać co i jak i lecimy z koksem we wrześniu! – odparłem w skowronkach i wrótce wróciła rzeczysiwstość…

Czas leci szybko, niezależnie czy nam się to podoba, czy nie podoba. W sumie to nawet nie wiadomo czy leci, czy płynie, czy co się z nim dzieje. Życie pisze swoje scenariusze, o których się nawet filozofom nie śniło. To były ciężkie zima i wiosna. Wiele się działo i nieuniknionego złego i niespodziewanego dobrego. Ani się obejrzeliśmy jak nastało lato i nasze postanowienie przypomniało nam o sobie. Zaczęliśmy szperać w internetach, jak przejść MSB, co powinniśmy ze sobą wziąć i ile obciążenia powinniśmy maksymalnie wrzucić do plecaków, których jeszcze nawet nie mieliśmy. Postanowiliśmy przyjąć obciążenie około 15% masy naszego ciała, zatem mój plecak miał mieć około 13 kg a Moniki – około 8 kg. Podjęliśmy również decyzję o odbyciu kilku dłuższych pieszych, jednodniowych wycieczek z pełnym obciążeniem, żeby przyzwyczaić się do chodzenia z całym dobytkiem na grzbiecie, bo tego jeszcze nie robiliśmy w ostatnich latach.

Pierwsza wycieczka była na nasze piękne Roztocze – prawie 20km – było to świetne rozpoczęciei ułatwienie decyzji o zakupie nowego plecaka dla mnie.

Druga wycieczka – ponad 30 km po Górach Świętokrzyskich, uzmysłowiła nam, że chodzenie po górach z plecakami nie będzie tak łatwe jak po płaskim i to, że nie zawsze będziemy w stanie zrealizować ambitne cele. Postanowiliśmy zatem kupić namiot i kuchenkę trekkingową, aby mieć możliwość odpoczynku wtedy kiedy będzie to konieczne, licząc się z tym, że cała wycieczka będzie o dzień czy dwa dłuższa niż pierwotnie zakładaliśmy.

Trzeci, spontaniczny wyjazd treningowy odbyliśmy w Bieszczady, do Ustrzyk Górnych, gdzie spędziliśmy już dwa dni, nocując pod namiotem i zdobywając szczyty do Korony i Diademu Szczytów polskich. Tak, w te książeczki PTTK się zaopatrzyliśmy, żeby mieć co więcej wspominać na stare lata. Jednego dnia Weszliśmy na Połoninę Caryńską i Rawkę Wielką, a kolejnego na Tarnicę. I trzeba było wracać do domu…

Czytaliśmy dalej blogi, oglądaliśmy relacje na YT (nie za dużo, żeby sobie nie zepsuć wyprawy) i planowaliśmy trasę w aplikacjach z mapami.

I wtedy myśleliśmy, że wiemy już wystarczająco dużo, żeby porwać się z motyką na Mały Szlak Beskidzki….

#1835 – przerwa techniczna

Było tu ciho przez parę dni, ale to nie znaczy, że nic się nie działo.

Po pierwsze mieliśmy zaplanowany od dłuższego czasu, w sumie za krótki, urlop, który pozwolił nam spełnić kolejne marzenia. O tym będę pisał na dniach, bo wspomnienia i doświadczenia z tego czasu są, po prostu, bezcenne.

Po drugie adoptowaliśmy przedwczoraj PSA, teraz mamy dwa. Ten, ta w zasadzie, bo to SUKA, w typie Labradora, pierwotnie zwana Luną, u nas objawia się jako GRANDA i to imię opisuje wszystko, czego się można było spodziewać.

Roczna psina po przejściach, trzymana w kojcu, została odebrana właścicielce przez fundację i tak, po ponad 300km przejażdżce (w jedną stronę), staliśmy się jej nowymi przewodnikami. Roboty będzie w ciul, pracy nad sobą, dziećmi, psami bez miara, ale jedyna rekompenstata tego, to to, że daliśmy jej dom, w którym, jest szansa, wszyscy bęziemy mogli dalej wieść spokojny żywot (no może nie za spokojny, bo my energię lubimy).

Także, jest co robić, praca wre, bo roboty służbowej wiele, treningi trzeba prowadzić i kolejne zawody do ogarniania już za rogiem.

Jest Bardzo Dobrze i tego się trzymajmy, choć stres próbuje przytłoczyć i zahamować dalszy rozwój.

#1834 – 10 minut

Teraz mam 10 minut dla siebie. Siedzę i staram się sklecić kilka zdań, żeby zostało coś na później. Wszystko ciągle w biegu. Praca, szkoła, ogarnianie rzeczywistości, treningi, zakupy, opłaty, planowanie urlopu, planowanie tego co trzeba zrobić w domu, pranie, sprzątanie, remonty, weekendy, wyjazdy na zawody, marzenia o poczytaniu książki, spacerze, przebieżce po lesie i 1000 innych rzeczy jak nauka nowych rzeczy, szlifowanie języków i wzięcie się za siebie w celu poprawy kondycji i takich tam zdrowotnych spraw.

Czy ja mam ADHD, czy to jest po prostu jakieś nieporozumienie. Jedno wielkie nieporozumienie. I czasem ogarnia taka chwila, że siadam i zamiast pomyśleć o niczym i odlecieć wewnątrz siebie, „bierę telefona” i skroluję posty, nie mające w 80% żadnego sensu, mając nadzieję, że te 20% przyniesie jakąś wartość. Czy oby tak naprawdę jest?

Żeby osiągnąć „wyższe” (niekoniecznie logiczne i niezbędne ludzkości) cele konieczne jest poświęcenie wielu innych prostych i ważnych spraw, albo zrobienie z tego biznesu i wykorzystanie tej możliwości do monetyzacji pozwalającej kupić wiele spraw. Ale pamiętaj, że nie wszystko da się kupić – czasu z dziećmi, rozmowy z partnerem i bliskości, jeśli wasze cele i zadania nie są zbieżne. Sukces wymaga czasu, pracy, szczęścia, inteligencji, planowania, reakcji na nieoczekiwane zmiany i wiary, że to wszystko ma sens. Te wszystkie aspekty miksują się w różnych proporcjach zależnych od tego nad czym nie panujemy czyli obecnego świata.

Czas minął. Trzeba wracać do rzeczywistości….