Prowokacja to dobra metoda na przeprowadzanie chytrych planów. Wystawiasz wabia i czekasz ma rozwój wydarzeń.
Nie działa? Używasz zanęty i cierpliwości. Modyfikujesz swój plan i czekasz.
Zmieniasz, tuningujesz, obmyślasz ulepszenia. Tu dodasz wanilii, tam uszczypliwy komentarz, a to puścisz drona, a to bąka, niechcący.
Blefujesz i mataczysz i wielu się na to złapie. Przeinaczasz fakty, trolujesz i używasz nieetycznych metod. Takie życie ……. . (Wpisz kogo uważasz za stosowne, bo wiele da się tu odnotować)
—-
Pamiętaj, nie daj się sprowokować, bo lew nie martwi się myszami. Chyba, że chce się z nimi pobawić, ale wtedy staje się kotkiem, którego mogą zjeść ogary.
Łatwo wpaść w pułapkę, trudniej z niej wyjść, a tym bardziej, bez szwanku.
Mamy cztery odpowiedzi, z których każda może być prawidłowa, jeśli dopasujemy do nich odpowiednie pytanie.
Fajną rzeczą w życiu jest to, że rózne prawdy i twierdzenia sprawdzają się w niespodziewanych momentach, a w innych działają odwrotnie niż się spodziewamy.
W zasadzie tojest chytrość i niepewność rzeczywistości – dzisiaj białe jest białe, jutro może być już trochę inne, a za kilka lat okazuje się to zupełną czenią. I nikt nie jest winny, tak po prostu jest że wszystko się zmienia, a my żyjemy w co najmniej 4 wymiarach i z każdą sekundą jesteśmy w innym punkcie.
Zatem wydaje się, że powtarzanie stałych fragmentów gry jest nużące (np. gotowanie kopytek, czy sprzątanie po sobie), ale może prowadzić do innych efektów, pomimo wykonywania podobnych czynności. Zatem, jeśli możesz coś powtórzyć (coś co jest pozytywne, etyczne i w miarę opłacalne), to rekomenduję skorzystać z tej opcji – masz szansę na wyciągnięcie nowych wniosków.
Oczywiście są też sprawy, których lepiej nie powtarzać.
I są takie, których nie da się powtórzyć, bo entropia robi swoje.
Zatem, podsumowując – powtarzanie jest dosyć złudne, bo w zasadzie to niczego nie powtarzamy, bo świat już jest inny, w porównaniu do tego czym był podczas poprzedniego razu.
Ciekawe, że też wcześniej na to nie wpadłem….
A może wpadłem i nawet to opisałem?
Trzeba użyć lupki i sprawdzić. A wsumie to nic odkrywczego, ale tak oczywistego, że nawet o tym nie myślimy.
I im bardziej się to rozkminia tym więcej wariantów się pojawia. Podobnie jak w grze w szachy. Ale jak spojrzymy na zadania szachowe, to pomimo wielu możliwości ruchu, prawidłowa odpowiedź jest jedna.
W Twoim życiu jest podobnie. W Twoim życiu Ty jesteś najważniejszy, bo bez tego nie będziesz mógł służyć innym, wspierać ich, dawać przykładu, itd. itp.
Zatem zadbaj o siebie, rośnij w siłę i możliwości, i wtedy dziel się tym z innymi.
Dlatego bogaci powinni dawać innym, a nie biedni bogatym. A tak niestety często się dzieje na świecie. Biednemu wiatr w oczy.
Jest to znany i wykorzystywany paradoks biznesowy, żeby bogatym dawać więcej i więcej.
Uczmy się wzajemnie dawać sobie szanse na rozwój i wzrost. Wspierajmy się i łączmy, ponad podziałami, starając się zrozumieć inne punkty widzenia.
Pobudka przed 06:00. Szybka kawa w apartamencie. Później sześciominutowy spacer na przystanek busów (taak, świetny plan i miejsce kwaterunku), w Krakowie przesiadka w PKP poprzedzona wizytą w Burger King i dalsza podróż w komfortowych warunkach.
W Lublinie byliśmy po 13. Autobus w stronę domu, kilometrowy spacer do naszego mieszkanka w dzielnicy X (Dziesiąta) i prawie laba….
Odbiór psów, dzieci i wizja powrotu do korpo-kołowrotka…..
Oby do następnego wyjazdu, choćby na spacer po lesie….
Wstaliśmy bez spiny, ale też nie za późno. Jakoś o tak o, po siódmej chyba.
Niby niedaleko nam zostało, ale jeszcze jakieś dwa pagórki były i dodatkowe 2km do nadrobienia do szlaku.
Wypiliśmy kawę na kwaterce, chyba kaszkę jakąs wciągnęliśmy i ruszyliśmy w słonecznej pogodzie.
Szliśmy elegancko, trochę asfaltu, trochę lasu, w górę i w dół. Mieliśmy zarezerwowaną dzień wcześniej kwaterkę, 1 km od szlaku i jedyna niewiadoma to była jak kolejnego dnia dostać się do Krakowa (czy gdzieś indziej) i do domu. Ale te zmartwienia zostawiliśmy sobie na później, bo było kilka róznych opcji w odwodzie.
Dotarliśmy na miejscew sumie gładko, jak zwykle odpoczywając i delektując się przyrodą i nieuchronnym końcem wycieczki.
Stanęliśmy przed kwaterką i Monia sprawdziła, od której można się meldować:
’- Od 15:00 – powiedziała
’- O to świetnie się składa bo jest 15:01 – odparłem.
Zainstalowaliśmy się, odświeżyliśmy się nieco, założyliśmy ostatnie, przygotowane, na powrót do ludzkości, ciuchy i ruszyliśmy w miasto. Bez plecaków!!!! Ło tak, to se można chodzić biegać, cuda robić.
Połaziliśmy po mieście, zjedliśmy pizzę, pochodziliśmy po szlakum żeby kolejnym razem nie nadrabiać utraconych metrów w Rabce i sprawdziliśmy skąd mamy busa następnego ranka.
Wszystko było ustalone na TipTop, my zadowoleni i szczęśliwi, że daliśmy radę z I etapem GSB, zdodnie z założeniami.
Przed zmrokiem byliśmy już z powrotem i szykowaliśmy się spać z kurami.
Wstaliśmy przed 08:00. Zjedliśmy ciepłe śniadanie w schronisku i przed 09:00 już dziarsko maszerowaliśmy. Taaa. Leźliśmy.
Pogoda w końcu jak na koniec lata przystało (19 września 2025). Temperatura rosła z godziny na godzinę i po południu było około 30 stopni. Beło w końcu gorąco.
Wędrowaliśmy spokojnie, głównie z góry, choć było jeszcze kilka miejsc pod górę.
Mijaliśmy jedną fajną wiatę i jeden schron turystyczny, niedaleko Bystrej Podhalańskiej. Fajne miejsca na nocleg, ale dla nas były nieprzydatne ze względu na porę dnia.
Od wspommnianej już Bystrej, trochę asfaltu, później szutr, znowu asfalt i dotarliśmy do Jordanowa. Dzień wcześniej Kapitanka naszej drużyny zarezerwowała nam nocleg w jedynym dostępnym miejscun na bókingu (bardzo fajne mijesce i korzystna cena). Musieliśmy drałować od szlaku blisko 2km i pomimo, ze dystans dnia nie był porażający, to już mieliśmy serdecznie dosyć. Po drodze wstapiliśmy na obiado – kolację do gospody U Lipy, nasyciliśmy się i odpoczęliśmy i już rzut beretem, był nasz nocleg.
Przed 18 już byliśmy gotowi na dalsze uciechy na kwaterce. Tak minął ten gorący letni dzień.
Wstaliśmy rano, jeszcze przed wschodem słońca, bo wiedzieliśmy, że ten dzień to nie przelewki. Wypiliśmy kawę, zebraliśmy w szałasie namiot i powoli się rozgrzewaliśmy maszerując. Pierwotnie, minioną noc, mieliśmy spędzić w schronisku na Markowych Szczawianach, ale wyszło jak wyszło i do tego punktu mieliśmy jeszcze 8 km. I jak zwykle na tym wyjeździe, zasada nr 1 dałao sobie znać, bo do schroniska dotarliśmy około 9 rano, zjedliśmy ciepłe i pyszne śniadanie i co więcej, zobaczyliśmy cennik noclegów. Śpiąc w namiocie / szałasie oszczędzilismy 260 PLN, zatem było warto….
Tego dnia pogoda zaczęła dopisywać, w takim sensie, że nie padało, świeciło słońce i było całkiem znośnie, gdyby nie trzeba było dźwigać kilogramów na grzbiecie. Po wyjściu ze schroniska było mocno pod górę. Pod Babią Górę, bo to był ten kulminacyjny szczyt wyjazdu (a i całego szlaku GSB). Na znakach stało jak wół, że do szczytu 1 godzina 30 minut, ale nam to zajęło chyba ze 3-4h. Pod górę i w okolicach szczytu wiatr, może nie urywający głowy, ale dający się już odczuć. Wdrapaliśmy się na kupę kamieni na wierzchołku i ruszyliśmy dalej w dół, z równie zawrotną prędkością. Szliśmy i odpoczywaliśmy, dotarliśmy do Przełęczy Krowiarki, gdzie wypiliśmy kawę i herbatę z kontenera siedząc w wiacie turystycznej.
Stąd już tylko kilka szczytów i aby dotkąnąć jak dotrzemy do schroniska obok Kucalowej Przełęczy (na Hali Krupowej).
Ło Panie – jak to długo trwało. Szliśmy już kolejny raz po ciemku, nie chcieliśmy już spać w namiocie, chcieliśmy wziąć prysznic i mieć trochę ciepła.
Jeszcze jeden spektakularny wywrot w moim wydaniu i około 21 dotarliśmy do schroniska, które z niemałym trudem i kilkukrotnym sprawdzaniem mapy, daliśmy radę zlokalizować. Budynek był ciemny i cichy, jakby nikogo tam nie było i już mieliśmy wizję rozbijania namiotu „gdziebądź”, ale na szczęście zostaliśmy wpuszczeniu i obsłużeni w mrocznej, ale ciepłej atmosferze.
Około 22, umyci, już usypialiśmy, z wizją, że śpimy w opór, do 07:30 i jemy śniadanie na miejscu.
Dalsza wizja trasy mówiła sama za siebie – najgorsze już za nami, teraz z górki na pazurki.
Podsumowując dzień: 25 km, prawie 14 godzin aktywnego marszu.
Rano wstaliśmy i tak za późno bo około 06:30. Wypiliśmy kawę w schronisku i około 07:30 rozpoczęliśmy zejście z Hali Miziowej. Jak sie po kilku godzinach okazało nasza opieszałość popłaciła jak zwykle. Bo gdy o 10:10 byliśmy na przełęczy Glinne (do której dojście nie było proste i kilka razy wywinąłem orła na błocie – ze dwa razy w pieknym stylu) okazało się, że jest tam świetna i tania restauracja, otwarta właśnie od 10:00.
Zjedliśmy zatem wczesny, pyszny obiad i szliśmy dalej. Padało, świeciło słońce, ja się wywracałem i ślizgałem na błocie jak na lodzie. Gdyby nie kijki chyba nigdzie byśmy nie doszli.
Szliśmy i szliśmy, noga za nogą i robiło się już coraz zimniej.
Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy na szczyt Mędralowej i wypatrywaliśmy z utęsknieniem, zaznaczonego na mapie szałasu.
BYŁ TAM!!! Słońce chyliło się już za horyzont, zimno było jak cholera a my w tej budzie rozbijaliśmy nasz namiot, bo zimno było jak cholera i wiał przenikliwy wiatr. W górnej izbie szałasu już ktoś spał zatem zajęliśmy dół. Zjedliśmy żarcie z z kubka i w zimnym namiocie poszłiśmy szybko spać, żeby rano ruszyć jak najwcześniej, w kolejną trudną drogę.
W namiocie było w nocy 11 stopni, w szałasie znacznie chłodniej, a na dworze, na pewno około 5 stopni.
Wstaliśmy rano, przed 06:00, było jeszcze ciemno. Korzystając z wiaty na polu namiotowym, obtrzepaliśmy namiot z wody, bo deszcz jak zaczął padać w nocy tak zamierzał nam towarzyszyć tego dnia. Przynajmniej z rana.
Wypiliśmy kawę turystyczną i ruszyliśmy w mozolną trasę. Zanim jeszcze wyszliśmy z Węgierskiej Górki już zdążyliśmy zgubić szlak, ale dzięki temu wypiłem dużą kawę na Orlenie, a ma towarszyszka skorzystała z Białej Muszli.
Wyszliśmy za miasto, przez plac budowy nowo utwarszanej drogi, mijaliśmy fort i bunkry. Było prawie fajnie. Prawie, bo rzadkie znaki pokazujące czas przejścia do kolejnych punktów na szlaku sugerowały, że poruszamy się w żółwim tempie. U nas czas gonił, mijały godziny, a na znakach zaledwie kwadranse…
Zaczynało się robić ciężko na grzbiecie.
Dotarliśmy do Stacji Abrahamów – posililiśmy się kaszką instant oraz napojami tam zakupionymi i ruszyliśmy dalej.
Stacja Słowianka okazała się chatą / schronem – nie skorzystaliśmy z niej i szliśmy dalej do schroniska na Rysiance.Dotarliśmy tam jakoś po południu. Monice strasznie dokuczał już staw skokowy, założyliśmy więc tejpa, zjedliśmy kotleta i pierogi, wypili kawę i herbatę i poszliśmy dalej.
Błoto, trochę deszczu i spadająca temperatura. To pamiętam.
Metr za metrem, słupek graniczny, za słupkiem granicznym. tuż przed zachodem słońca wleźliśmy na Palenicę/BRTS. Na ławce i stole turystycznym przygotowaliśmy ciepłe napoje i w związku ze spadającą temperaturą i nieprzyjemnym wiatrem, wiedzieliśmy, że musimy dojść, tak jak zakładał pierwotny plan, do schroniska na Hali Miziowej.
„To tylko 3km.”
Szliśmy około 1,5h, świecąc sobie czołówkami i przedzierając przez dosyć strasznie wyglądające kałuże wody i błota o szerokości całej dostępnej drogi.
Na miejsce dotarliśmy około 20:30. zakwaterowaliśmy się w sali wieloosobowej, budząc śpiących już dwoje innych turystów i przed 22 również spaliśmy, umyci, pachnący i szczęśliwi, że przebrnęliśmy przez dzień czwarty.
Wstaliśmy „stosunkowo” rano i już po 6 byliśmy w trasie. Dotarliśmy do schroniska na Przysłupie na śniadanie i doceniliśmy wczorajszą zmianę planu. Raz, że mieliśmy ciepłe śniadanie, a dwa, że za nocleg zapłacilibyśmy prawie 3x tyle co na kwaterce.
Posileni ruszyliśmy powoli dalej, odpoczywając, delektując się pięknymi widokami oraz wiatrem na Baraniej Górze.
Szliśmy sobie miarowo, spokojnie kontemplującróżne kluczowe dla nas myśli: np. czemu ten plecak taki ciężki, dlaczego jest pod górkę, dlaczego jest z górki, kiedy jedzonko i kto mi kazał tu przyjeżdżać. Po każdej wypitej kawie czy herbacie przygotowanej na kuchence turystycznej, humor wracał i leźliśmy dalej i dalej.
Po południu okoo 1730, dosyć szybko tego dnia dotarliśmy do Węgierskiej Górki, gdzie przy szlaku trafiliśmy na pizzerię. Placki pizzy typu neopolitańskiego. Takie se o, bez szału, ale warto spróbować, szczególnie, że w nogach mieliśmy blisko 21 km i prawie 10 godzin aktywnego marszu. W trakcie naszej biesiady padał przelotny deszcz.
Po posiłku znaleźliśmy czynne pole namiotowe, na które ruszyliśmy zbaczając ze szlaku do sklepu po wodę gazowaną.
Rozbiliśmy namiot na mokrej trawie, wzięliśmy prysznic i przed 20 już spaliśmy.
Tego dnia nadrobiliśmy już nasz plan i pokrywał się z pierwotnym.