#1830 – prokrastynacja

Odkładanie na później tego co trzeba zrobić to zmora ludzi takich jak ja. Zatem odraczając efekt końcowy na odpowiednią chwilę często borykam się z myślami, pytaniami, ba, nawet z wyrzutami sumienia – czy na pewno wiem co robię? Czy jestem leniwy? Czy się op#$^*lam? czy trzeba cisnąć bardziej?

Okazuje się jednak, że w wielu przypadkach, dostarczanie dobrego wyniku na chwilę kiedy ma być wykorzystany jest po prostu najtańszym i najbardziej efektywnym rozwiązaniem. W sztukach walki nazywa się to odpowiedni tajming (timing).

Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie – ważne jest odpowiednie przygotowanie merytoryczne, trening i wiedza na temat co i jak ma być dostarczone. I na kiedy. I ostatnie pytanie, które zadaję na samym początku, a które często śmieszy współrozmówców (moim zdaniem niesłusznie): JAKI MAMY NA TO BUDŻET?

Są sprawy, które mogą toczyć się swoim torem i często, nigdy ich wynik nie ujrzy światła dziennego. Na drugiej stronie tej równoważni są rzeczy dowiezione przed czasem, które, jak się okazuje przy ich odsłonie, są już nieaktualne, niedziałające lub po siedmiokroć zmieniane (a i tak są dowiezione na konkretną chwilę).

Po środku jest zaś, nasz szczególny przypadek projektu, który ma być dostarczony w punkt: tu i teraz, właśnie w tym momencie – jak strzał w twarz, właśnie wtedy, kiedy garda jest opuszczona.

I wszystko znowu układa się w jedną spójną całość. Planowanie adekwatne do potrzeb to klucz sukcesu. Ani za dużo, ani za mało. Trafianie w punkt i nie marnowanie czasu i zasobów na niepotrzebne ruchy, czy oczekiwanie aż kluski wystygną przed rosołem.

Mistrzostwo wymaga prostoty. Upraszczanie wymaga kontroli. Kontrola wspiera zaufanie, ale wymaga ciągłej praktyki. Teoria wypełnia pustkę, a nauka buduje bezpieczeństwo.

Czujność pomaga przetrwać, zachowując spokój ducha.

Zatem nie warto odkładać tego co jest konieczne do zrobienia dzisiaj, a to co ma być zrobione pojutrze, powinno być zrobione właśnie wtedy.

A zbędne czynności i przedmioty? Należy się ich zwyczajnie pozbyć. Jak śmieci.

#1829 – kolejny kroczek

Małymi, choć w sumie milowymi kroczkami zbliża się kolejne wyzwanko. Już za 9 dni wyruszamy we dwójkę z moją miłością, na kilkudniową wędrówkę pieszą na polskie mało uczęszczane szlaki górskie. Rozpoczynamy od blisko 150km Małego Szlaku Beskidzkiego, by zaznać przygód związanych z dźwiganiem bagażu niezbędnych do życia przedmiotów na własnym grzbiecie. Chcemy odciąć się na chwilę od codziennych spraw i skupić się na przyrodzie, na sobie i na tym co w życiu najważniejsze, na obecnej chwili.

Jest to nasza pierwsza taka wycieczka, wiele niewiadomych przed nami, ale mamy młodzieńczy zapał i radochę z tego, że w sumie, choć wszystko wiadomo, to niczego nie wiadomo, tak naprawdę. Plan jest bardzo ogólny i mamy zamiar tego się trzymać, modyfikując go na bieżąco w zależności od pojawiających się okoliczności. Wiele zależy od pogody, naszego samopoczucia i tego co spotkamy na drodze. Na pewno szykuje się fajna zabawa i otwiera nowy rozdział w życiu, a wszystko po to by spełniać proste, choć wielkie marzenia. Od czegoś trzeba zacząć, więc robimy co możemy, żeby gonić króliczka.

Oby nie za szybko zmienił się w niezły pasztet.

#1828 – Tydzień PnCD 54

No i koniec. Jestem obecny. Żyję i mam się dobrze.

Po ponad dwutygogniowym oczekiwaniu dotarła informacja o pozytywnym wyniku egzaminu. Można więc się cieszyć drugi raz. Bo pierwszy był po egzaminie, że już po i wszystko w rękach komisji egzaminacyjnej.

I później było oczekiwanie na wynik i analiza tego co i jak zrobiłem, jak dalekie było to od ideału i od tego, jak bym chciał, żeby to wyglądało. Sęk w tym, że lata już nie te i 10 czy 15 lat wcześniej ten egzamin byłby po prostu pestką. A tu schody: jak ćwiczyć tak dobrze, żeby się przy tym nie zepsuć, nie nabawić kontuzji i sprostać wymogom, co nie jest takie łatwe jak trzeba się z tym zmierzyć w cztery oczy.

W cztery oczy z samym sobą.

Bo jedna rzecz to jest to czy ten egzamin zdasz a druga jak podołasz dźwignąć odpowiedzialność i wizerunek, do którego to zobowiązuje. Teraz jest czas by się z tym oswoić i ugruntować to co zadziało się w ostatnich miesiącach i tygodniach, bo na wręczenie pasa i certyfikatu przyjdzie poczekać kilka tygodni, może miesięcy i wtedy znowu będzie można się z tego cieszyć. kolejny raz, nieustannie, każdego dnia. Bo to jest fajne, że możesz robić coś, dzielić się tym z innymi i tworzyć myśli i pojęcia dające motywację innym.

A za tydzień kolejna edycja kursu instruktorów i trenerów, gdzie będzie okazja podzielić się sowimi przemyśleniami wzbogaconymi o kolejne doświadczenia zdobywane niemal codziennie na macie, a przede wszystkim we własnej głowie.

#1827 – cisza

Znów nadszedł czas na chwilę ciszy i zadumy. Po co to wszystko? Za czym ta gonitwa? Dokąd to wszystko zmierza i jakich poświęceń wymaga?

Koniec wakacji, dzieci znów idą do szkoły, w radiu wspominki z agresji Niemiec na Polskę, wojna na Bliskim Wschodzie, wojna na / w * (* niepotrzebne skreślić) Ukrainie. Znowu ktoś zginął na motocyklu, ktoś się ożenił, ktoś ma dosyć życia, inny chciałby jeszcze coś zrobić, dla siebie i dla innych. A ktoś pozostawił sześcioletnią dziewczynkę w oknie życia.

Wieczne rozkminy, wieczny wyścig z czasem, którego podobmo nie ma, a równoległość światów daje nadzieję, że wczorajsze marzenia gdzieś tam się spełniają, a inne nasze nieznane pragnienia są naszym życiem, które jest pasmem niekończących się sukcesów.

Co robić? Co odpuścić? Czy jest coś o co warto walczyć? Ale pytanie czy walka jest konieczna by osiągnąć spokój i spełnienie? Może zamiast nerwowej i stresującej wojny z samym sobą, wystarczy robić dobrze to co konieczne i budować świat utopijnej szczęśliwości…. Niby proste i oczywiste, ale chociaż wielu ludzi wierzy w różnych jedynych i wszechmogących bogów, to żadnemu, jedynemu z nich, nie udało się stworzyćc świata, który sprostałby potrzebie ludzkiej do spokojnego życia w godności, spokoju i przyjaźni.

Jak bardzo trzeba być idealnym by być spokojnym o byt i o to, że jutro nadejdzie?

#1826 – dlaczego zmiany

Czasem warto zadawać sobie i innym pytania. W zasadzie powinno się to robić cały czas, gdyż pytania prowadzą do rozwoju i płynięcia dalszego ciągu historii. Ale…. Ale nie zawsze należy robić to na głos gdyż może doprowadzić to do irytacji i wrogości osób znajdujących się w naszym otoczeniu. Widzisz dzieci pytające wciąż: dlaczego to tak? a po co to? a kto to? a czemu? Jest to urocze i zabawne przez pierwsze 30 minut. A później wywołuje silny nacisk na nerw w Q „rwu” (ang. inside Q „R.W.U.”). Pytania mają pobudzać wyobraźnię, ciekawość i radość kreowania nowych rozwiązań do istniejących problemów lub jak wolą sprzedawcy: tworzenia problemów do istniejących rozwiązań. A że światem rządzą głównie biznesmeni i wspomniani już handlowcy – zmiany są wprowadzane małymi kroczkami. Zmiany są niezbędne do rozwoju, tworzenia nowych rynków, rozprzestrzeniania się zarazy zwanej człowiekiem po świecie i wszechświecie oraz zwiększania wirtualnej potęgi ludzkości. Zmiany są wynikiem pojawiania się odpowiedzi na niektóre z milionów generowanych nieustanie pytań. Pojawiające się rozwiązania i zmiany cząstkowe powodują ujawnianie się nowych konieczności, a jedną z nich jest potrzeba upraszczania i minimalizacji, tak aby nasz ograniczony fizycznie umysł mógł to ogarnąć. I tu wydawałoby się celowe wprowadzenie informacji o konieczności wprowadzania zmian małymi kroczkami – dlaczego tak się dzieje? Z prostej przyczyny – wprowadzając zmiany ewolucyjnie łatwiej się do nich zaadaptować, zaakceptować, przygotować do kolejnego małego kroku, a przy okazji zarobić na tym kilkukrotnie lub zminimalizować straty. Często takie podejście pozwala również na niezauważalne wprowadzenie rewolucyjnych idei mających wpływ na całe społeczeństwa….

Czy to dobrze? Dla jednych dobrze, dla innych wprost przeciwnie. Wszystko zależy od tego po której stronie się znajdujesz i czy to co robisz jest aktualnie w zgodzie z tymi „dobrymi” i po ich myśli. Nadążaj za zmianami, a najlepiej staraj się wdrażać własne, wybiegające w przyszłość i ujawniające różne możliwe scenariusze. Nie daj się przy tym zapędzić w kozi róg albo zatrzymać na oglądanie błyszczących świecidełek będących zwykłym bezwartościowym śmieciem.

#1825 – co zostało?

Spektakularne wtopy zawsze są widoczne. Jak się wywalisz przy końcu finiszu na maratonie i nie będziesz przez to pierwszy, na pewno zostanie to w pamięci zawistnych i szczęśliwych z tego powodu ludzi. Może nawet będziesz wtedy bardziej lubiany i zaśpiewają ci „nic się nie stało, OoO nic się nie stało”. Czasem to, że ciężką pracą do czegoś dojdziesz też nie przysporzy ci chwały, czy splendoru, bo powiedzą: „ale mu się udało, znowu”.

A prawda jest taka, że nie powinno się szukać radości i spełnienia w oczach innych. Wszystko co robisz, rób dla siebie i sam siebie rozliczaj z tego co ci po drodze wyszło. „Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz” – przyjdzie pora na chwilę refleksji i rzetelną analizę, tego co wyszło przy okazji, a co było sztywnym rdzeniem pracy psychicznej, fizycznej i wynikiem planowania.

Łork smart, not hard, jak mawiają Indianie czy Hindusi. Czasem potrzeba zebrać się w sobie, wstrzymać oddech, i wpasować się w przerwę między uderzeniami serca, by w odpowiednim momencie pociągnąć za spust, uwalniający energię pchającą pocisk wprost do celu. Nie wszystko widać na zewnątrz, zatem nie nie warto się przejmować na zapas.

#1824 – Tydzień PnCD 52

I cyk. Rok końcowych przygotowań minął jak z bicza strzelił.

Egzamin, jak egzamin. Zrobiłem to co mogłem, dałem z siebie 100%. Test odbywał się podczas obozu i był podzielony na dwie części – techniczną i sprawnościową oraz drugą – kumite (walki).

Na samym egzaminie nie było niczego zaskakującego. Trudność polega na tym, że nie ma miejsca na bylejakość, trzeba być skoncentrowanym, skupionym i wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Ciężko wytłumaczyć to komuś kto z tym nie jest związany na co dzień. Adrenalina buzuje w żyłach, stajesz się na chwilę własnym superbohaterem i dokonujesz przełomu we własnej psychice. Trening jak trening, ale musisz samemu sobie udowodnić coś co jest nieuchwytne i ulotne.

Jeśli chodzi o walki, to cóż, nie ma tu czego udawać. Łomot i tyle, chociaż nie o samą fizyczną destrukcję chodzi. Chodzi o przełamanie strachu (w moim przypadku to strach, ze dostanę w oko i oślepnę z powodu odklejenia siatkówki) i zmęczenia. Ból w Kyokushin jest nieodłączną częścią zmagań, więc nie jest to coś czego się człowiek po 20 czy 30 latach ćwiczeń boi. I to zmęczenie i strach trzeba w sobie przerobić, sprostać im, wytrzymać i odrodzić się jak Feniks. Po policzkach często płyną łzy, bezsilności, szczęścia, nadziei i wiary, że dasz radę, pomimo wszystko.

Przeżyłem. Jestem zadowolony, choć pewien niedosyt pozostanie. Że można było jeszcze lepiej, bardziej, jeszcze mocniej.

A wynik?

Nie wiem. Dowiem się za jakiś czas. Ja jestem zadowolony, że idę krok po kroku drogą, którą wybrałem sam. I planuję kroczyć nią dalej, tyle ile dam radę.

#1823 – Tydzień PnCD 50-51

I dwa tygodnie jak z bicza strzelił. Szlifowanie znanych układów. Kihon, ido-geiko, kata. Wytrzymałość. Powtórz. Sam, w grupie, z sesnsei, z shihanem. Powtórz. I znowu pytania: czy to już? Czy jestem godzien? Czy jestem gotów? Litry wylanego potu, lata praktyki. Wszak zaczynałem przygodę z Kyokushin w 1990 roku. 34 lata. Racja, była jakaś przerwa w systematycznych, grupowych treningach, ale wtedy były inne aktywności i z tyłu głowy zawsze był ze mną duch. Ten duch, tej sali. Dojo …

Tak jak mówił ostatnio shihan JC: kto tego nie przeżył, nie jest w stanie tego zrozumieć. Celu, drogi, trudności i wyzwań, które sami sobie stawiamy i na które sami się godzimy. Walka, która moim zdaniem, przestaje być walką a przeradza się w budowanie wartości. Mi osobiście lata treningu, lata poświęcone na zrozumienie poszczególnych elementów tej układanki i próba przekazania tych spostrzeżeń innym, pozwoliły na transformację, z zahukanego dzieciaka w faceta, który może kroczyć przez życie w akceptacji swoich wad i ograniczeń, a jednocześnie buduje i poprawia to co jest możliwe. Tu i teraz.

Czasem się potykam, czasem ciemność opada na wzrok i ciężko znaleźć ścieżkę w ciemnym lesie. Czasem są gorsze dni i chaos próbuje przejąć kontrolę nad osłabionym ciałem. I wtedy pojawia się ona: Prawda. Ta jedyna i ostateczna. Prawda: O sobie samym. Sad But True. Shape Of My Heart.

Nic nie jest takie jakie wydaje się na początku. Odbite promienie od zewnętrznej powierzchni, często uniemożliwiają natychmiastowe dotarcie do wnętrza. Nie wszystko złoto co się świeci, a milczenie choć ze złota, może oznaczać się milczeniem owiec. Pora zebrać się w sobie, odnaleźć spokój i zrobić to co można, tym co się da, na najwyższych dostępnych obrotach, by spojrzeć znowu w swoje piwne oczy i powiedzieć: Dobra Robota!

#1822 – złoty strzał

Niby życie takie piękne, każdy może wszystko i szanse stoją przed nami otworem, a tyle ludzi ginie każdego dnia ze swojej ręki. Ile jest osób na świecie, które chętnie wykorzystałoby każdy dzień by zaspokajać swoją ciekawość i wolę bycia tu i teraz, często w ciężkich i wymagających warunkach.

Ale życie nie jest takie samo dla każdego. Każdy z nas boryka się z innymi wyzwaniami, ma inne potrzeby, sposoby ich zaspokajania i inną percepcję rzeczywistości. Wydaje mi się, że kluczowa jest harmonia i równowaga chemiczna i ogólny dobrostan oraz wola psychiczna do przebrnięcia dalej, przez bagno codziennych problemów.

Czasem ciężko wstać z łóżka, o ile masz łóżko. Trudno się podnieść i po prostu walczyć o każdą minutę egzystencji. Po co to komu? Gdzie jest sens i jak przerwać ból dusz(p)y? Czyja to wina i dlaczego trafiło to właśnie na mnie?

Ciężko sobie to wszystko wyobrazić jak beznadziejnie może być w takim osobistym tunelu, gdzie jedyne światło jakie dociera, to nadjeżdżający na nas pociąg. Baron Munchausen potrafił wyciągnąć się za włosy z błota, ale takie rzeczy dzieją się jedynie w bajkach, zatem miejmy oczy otwarte szeroko, bo ktoś obok może potrzebować naszej pomocy. Największy problem w tym wszystkim jest taki, że taka osoba nie poprosi o pomoc, gdyż z góry zakłada, że objawi się to jedynie przez udzielanie dobrych rad, z cyklu: weź się w garść, zaciśnij zęby i do przodu, kup se derdol i nie…. . Sprawa jest poważna i choć wydaje się, że nas nie dotyczy, to nigdy nic nie wiadomo z kim się spotkasz i w jakim stanie jest ta osoba. Patrz i słuchaj, między wierszami. Przede wszystkim między wierszami.

#1821 – blank page

Pusta karta przede mną. Dzisiaj pora zapełnić ją jakąś treścią. Ale czy na pewno ma to jakiś głębszy sens? Czy jest ktoś, kto zechce pochylić się nad tym i stwierdzić, czy ma to zastosownanie praktyczne? Trzeba być po prostu dobrym człowiekiem. Choć z drugiej strony ktoś powie – niekoniecznie. Wystarczy być człowiekiem. Dobrym już niespecjalnie, bo dobry płaci wysoką cenę. Albo za to jaki jest, albo za to jaki nie jest. Najlepszym tego przykładem są stosunki międzyludzkie panujące w naszym pięknym, niemal idealnym, kraju. Niby fajnie, niby miło, ale jak jest okazja, to należy komuś przywalić, bo pominięcie takiej sposobności może odbić się w przyszłości na tobie. Przecież jak nie odszczekniesz odpowiednio szybko i w odpowiednim tonie, to narazisz się na śmieszność, bądź zagrożenie dla swej autonomiczności.

A czy lew przejmuje się baranami? On je po prostu zjada, kiedy przychodzi na to odpowiedni czas. On nie musi nikogo udawać, wizualizować czy wyobrażać sobie czegoś czego nie ma.

Nie można być dumnym z tego, że się jest chamem czy prostakiem. Taką osobą zawsze można się stać, bez posiadania tajemnej wiedzy czy specjalistyczneg o przeszkolenia.

Zatem, wybór należy do ciebie. Pieniądze otwierają wiele drzwi, ale w większości przypadków nie ty jesteś tam oczekiwany, a jedynie materialne benefity jakie można dzięki tobie dowieźć. Biznes to biznes. A ze słupkami się nie dyskutuje, chyba, że ktoś zna historię ich powstania.

Bądź czujny. Bądź sobą. Twoja wartość jest przede wszystkim jaki jesteś naprawdę w środku i na zewnątrz, a najważniejszych rzeczy nikt nie jest w stanie kupić.