#1840 – MSB nach Chełm!

Wstaliśmy raniutko, kawa, pakowanie i o 06:12 już kliknęliśmy START w zegarkach. Pogoda zapowiadała się całkiem obiecująco. Słońce leniwie wstawało kiedy przemierzaliśmy ulice Myślenic.

To był długi, powolny i dosyć przyjemny marsz. Tuż po opuszczeniu Myślenic trafiliśmy na fajny punkt widokowo – odpoczynkowy – Myślenicka Lipka, kolejnym ciekawym przystankiem była Kapliczka Św. Mikołaja z nieodległą leśną sławojką. Później. standardowe przerwy wypoczynkowo regeneracyjne i w południe dotarliśmy do kapliczki Św. Huberta, z wiatą turystyczną. Bardzo dobre miejsce na nocleg, z namiotem lub bez. Można się spokojnie przespać nawet jeśli pada deszcz. Posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy dalej. Kolejne górki, odpoczynki, kawa i herbata z garnuszków i piwo zakupione jeszcze w Myślenicach.

Około 16 dotarliśmy do wsi Palcza. Monia została z plecakami, a ja pobiegłem (nie wliczone w nasze kilometry) „na pusto” do odległego o 1km sklepu spożywczo-przemysłowego. Kupiłem niezbędne artykuły m.in. ogórek, kiełabasę, wkład do znicza i płyny regenerujące. Ruszyliśmy dalej i planowaliśmy dotrzeć w okolice szczytu góry Chełm, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć miejsce na rozbicie namiotu.

Szliśmy i szliśmy, zgodnie z planem, noga za nogą, niespiesznie i bez zbędnej spiny. Wleźliśmy na górę Chełm Wschodni i szliśmy grzbietem. Początkowo przez osiedla, później przez las. Mieliśmy już wielką ochotę gdzieś się zatrzymać i siąść bo głód i zmęczenie dawały o sobie znać. Przyspieszyliśmy bo mieliśmy już tego serdecznie dość.

Znaleźliśmy w końcu to miejsce, gdzie mapa twierdziła, że jest ochrona dla turystów. Była kapliczka i stół drewniany z ławkami. Pierwsza klasa!

Siedliśmy, przygotowaliśmy kolację, już po zmroku, przy świetle znicza i spożyliśmy ją z wdzięcznością. Zupki w kubkach sprzedawane w owadzim dyskoncie weszły wyśmienicie. To był nasz główny posiłek tego dnia.

Po zniknięciu wszystkich biegaczy i rowerzystów rozbiliśmy namiot. Przytwierdziliśmy go 4 śledziami, bo prognozy nie wskazywały na deszcz.

Położyliśmy się i chwilę po 20 już spaliśmy jak susły. Obudził mnie deszcz i wiatr. Była 22:00. Najpierw przeraziłem się, że zamokną nam bagaże, więc sprawdziłem, czy wszystko jest ok. Później zerknąłem na prognozę – deszcz miał padać tylko przez godzinę, zatem odetchnąłem z ulgą. Wiatr wiał i w sumie ten szum był dosyć uspokajający choć przerażajacy. Usnęliśmy znowu i już bez zakłócceń spaliśmy do rana.

Tak, 900 m przed szczytem Chełmu, na dobre, zamknęliśmy dystansem 29km, dzień czwarty.

#1839 – MSB przez Kudłacze

Wstaliśmy gdzieś o 06:30. Przepychając się pomiędzy łóżkiem i ścianami pomału ogarnialiśmy graty. W aneksiku kuchennym zrobiłem kawę i tuż po jej spożyciu ruszyliśmy w dalszą drogę.To wszystko zajęło nam ponad godzinę, zatem jedyne co nas napawało optymizmem to: słońce zapowiadające niezłą pogodę, widok na górę, z której wczoraj schodziliśmy po ciemku i nadzieja na kolejną porcję kawy, herbaty i śniadanie w Bacówce na Wierzbowej Górze. Szliśmy i szliśmy, poprzez niższe niż wczoraj szczyty i tuż przed południem dotarliśmy do owego miejsca. Okazało się, że jest to chatka, bez nadzoru, gdzie można skorzystać ze schronienia, przenocować, napalić w kozie, zrobić ognisko i co tam jescze komu przyjdzie do głowy. Świetne miejsce na nocleg czy nawet spędzenie dwóch dni z dala od wszystkiego. Zjedliśmy śniadanie, posiedzieliśmy trochę i z żalem ruszyzliśmy dalej, bo plan dnia był dosyć napięty. Mieliśmy dotrzeć do Myślenic i spędzić noc w tamtejszym klubie Karate, na macie. Szliśmy zatem dalej, napawając się pogodą i ciężarem niesionym na grzbiecie.

Najwyższym szczytem tego dnia miał być Lubomir, pod który podejście było już nieco bardziej uciążliwe. Po drodze odpoczęliśmy w Gościńcu pod Lubomirem, który zadziwił nas dwoma faktami: jest czynny jedynie w weekendy, a piwo jest tylko bezalkoholowe. Coś tam przekąsiliśmy i ruszyliśmy dalej w górę. Zatrzymaliśmy się na Lubomirze po zdjęcia do diademu i ruszyliśmy dalej. Droga nie była stroma, prowadziła w dół i po kolejnych dwóch godzinach marszu dotarliśmy do Schroniska na Kudłaczach. Była 17:00. Jedząc bigos i popijając nasze ulubione trunki rozważaliśmy czy iść dalej do Myślenic – zostało nam 10km i pewnie ponad 3h marszu czy zostać na noc w schronisku i wziąć kolejny nocleg w Myślenicach kolejnego dnia i po prostu sobie trochę odpocząć. Wizja kolejnego schodznia po ciemku w nieznanym terenie oraz zapas czasu na jaki mieliśmy zaplanowany urlop utwierdził nas w decyzji, że zostajemy na noc i odpuszczamy nocleg w klubie.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, wyszykowaliśmy się do spanka i o 21 już chrapaliśmy w schroniskowych łóżkach. Pospaliśmy dłużej, zjedliśmy jajecznicę na śniadanie i nie spiesząc się, bo padało, sporo po 10 wyruszyliśmy w drogę. Szliśmy i szliśmy, trzeci dzień z rzędu i całkiem fajnie się robiło. Nie było ni zimno, ni gorąco, w sam raz. Salamandry znowu pokazały się w wielu miejscach i wizja krótkiego dystansu poprawiała humor. Ostatnie 2 kilometry zrobiło się bardziej stromo w dół, akońcówka prowadziła zakrętasami dosyć nieintuicyjnie. Cieszyliśmy się, że nie zostala nam ta droga na poprzedni wieczór. O 14 stanęliśmy przed naszą kwaterką, dokładnie przy szlaku.

Zostawiliśmy rzeczy i bez plecaków ruszyliśmy na podbój Myślenic. Saaceru tego nie wliczyliśmy do wędrówki, a chodzenie bez obciążenia pokazało dlaczzego tak wolno nam szła wędrówka. Poszliśmy do fryzjera, na obiad, zakupy i wróciliśmy na nocleg. Pooglądaliśmy TV, pojedliśmy poleżeliśmy i pożądnie odpoczęliśmy przed kolejnym dniem. Opcja noclegu w na Kudłaczach i rozdzielenie 27km odcinka na dwa dni 18km+9km była strzałem w dziesiątkę! To były dni 2 i 3.

#1838 – MSB salamandrze mięso

Wysiedliśmy w Rabce o szóstej minut dwadzieścia (14 IX 2024) z autobusu zastępczego PKP. Rozejrzeliśmy się po szarym placu i zobaczyliśmy zielony szyld płaziego sklepu. Nabyliśmy drogą kupna dwa kubki gorącej kawy i ruszyliśmy Czerwonym, głównym Szlakiem Beskidzkim w stronę Szlaku Niebieskiego, który nas miał doprowadzić na szczyt Lubonia Wielkiego.

– Ale fajnie, prawie nie pada, jesteśmy prawie wyspani, a dzisiaj tylko 31km w planie. Pójdzie jak z płatka – powiedziałem radośnie, dysząc i robiąc dobrą minę do złej gry.

– To będzie super przygoda! – odparła Monika – i raźno ruszyliśmy przez puste, o tej porze, ulice miasteczka.

Leźliśmy i leźliśmy, co godzinę robiąc 5 minutowe przerwy, oraz jedną dłuższą na kanapki, gdzieś na polance. Po 4 godzinach dotarliśmy, już całkiem zmoknięci na szczyt i po wykonaniu pamiątkowych zdjęć ze Szlakową Kropką MSB oraz szczytem Lubonia W., pierwszej w tym dniu dużej góry, weszliśmy do schroniska. Tak, 4h i niecałe 10km. Byliśmy szczęśliwi, że właśnie zaczynamy tak naprawdę wędrówkę, a jednocześnie spojrzeliśmy prawdzie w oczy – będzie grubo! (2024 IX 14 10:40)

W schronisku puchy tylko gospodarz i my. Weszła herbatka i piwo, posiedzieliśmy w ciepełku jeszcze trochę, słuchając punk rocka, a później z nadzieją ruszyliśmy w dalszą drogę. W dół, dół, dół …… Ślisko i stromo bylo, ponad godzina się zeszła żeby z tej góry zejść z honorem i bez ślizgu. I oczywiście nieocenione okazały się nasze karbonowe kijki do biegania. Lekkie i trwałe, bez nich wchodzenie i z schodzenie byłoby po prostu niebezpieczne. Kolejnym większym punktem naszej sobotniej wycieczki była Mszana Dolna, gdzie zjedliśmy obiad i uzupełniliśmy wodę. Tak z ręką na sercu, to myślę, że tutaj powinniśmy zrobić nocleg z uwagi, że poprzednia noc była praktycznie pozbawiona snu. Ale my już mieliśmy kwaterkę zarezerwowaną i jechaliśmy na adrenalinie, zatem nawet taka myśl nie przyszła nam do głowy. Po popasie, ruszyliśmy w dalszą drogę i niebawem rozpoczęliśmy kolejną drogę pod górę. tym razem naszym celem był Lubogoszcz, najpierw Zachodni, a później już ten właściwy. Dotarliśmy na szczyt tego pierwszego o 18:30, a jako, że ciągle padało, zaczęło się już robić ciemno.

Monia zaproponowała, żeby rozbić namiot i zostać na noc:

„Rozbijmy namiot i przenocujmy tu”

„E tam” – mówię – „damy radę, zaraz szczyt Lubogoszczu i będziemy schodzić do Kasiny Wielkiej. Powoli zejdziemy, mamy kijki, czołówki, z góry jest tylko 4km.”

O ja wam powiem, że było grubo. Ślisko, mgła, mżawka jakaś, światło czołówek tworzyło białą ścianę w odległości metra od nas. Nic nie było widać, a zejście było dosyć strome, po skalnych olbrzymich kamieniach.

Mokro mi było na plecach i to nie był deszcz, a pot, który spływał niczym Niagara. Sprawy nie ułatwiały pełzające wszędzie Salamandry plamiste i tyle ich było, że trzeba się było starać by ich nie rozdeptać. W życiu nie widzieliśmy na żywo tych płazów, a akurat tutaj było ich całe zatrzęsienie. Na szczęście najstromsze zejscie miało chyba niecałe dwa kilometry i później ścieżka zmieniła się w leścną drogę, później w asfalt.

Do kwatery dotarliśmy o 21 zmoknięci jak kury, bo na ostatnich 500m deszcz przemienił się w ulewę. Szczęśliwi, że to koniec dnia pierwszego, szybko szykowaliśmy się do spania w naszym mikropokoju, który poza łóżkiem i łazienką oraz naszymi plecakami niewiele był w stanie pomieścić. Porozwieszaliśmy nasze ciuchy gdzie się dało, szybki prysznic, herbata i gdy przyłożyłem głowę do poduszki, pochłonął mnie czarny sen.

Tak skończył się dzień nr 1 na szlaku.

Nie śniło mi się nic.

Kiedy po chwili otworzyłem oczy, było już rano.

#1837 – MSB dzień 0

Paparapa i wakacje zleciały. Obóz, spacery po lesie, krótkie wyjazdy, egzamin na Karate, treningi i prawie całe lato gdzieś zostało w tyle. Jak z bicza strzelił. Czytaliśmy różne opisy przejścia szlaku, tworzyliśmy własny plan, trenowaliśmy i planowaliśmy w naszych głowach i aplikacjach jak to zrobić żeby było miło, fajnie i bezboleśnie.

W „keep” mieliśmy listę rzeczy do zabrania, tak by nasza podróż z jednej strony była komfortowa, z drugiej zaś zapewniła nam niezależność oraz bezpieczeństwo. Trochę się tego nazbierało, począwszy od namiotu, mat, śpiworów, dmuchanych poduszek, poprzez klapki, ręczniki, cążki do paznokci, latarki nagłowne, czytniki ebooków (tak, lubimy czytać, w szczególności w pociągu), powerbanki, jedzenie na dwa dni, kartusz i kuchenkę gazową, 3 komplety t-shirtów, majtek i skarpet (na osobę), kubki, łyżeczki, scyzoryk i jeszcze parę innych rzeczy takich jak bluzy, kurtki przeciwdeszczowe, i kapelusiki. No i po 2l wody na głowę. Nie wzięliśmy świadomie mapy papierowej, gdyż zdaliśmy się na nasze urządzenia elektroniczne z wgranymi mapami i trackami: dwa zegarki, dwa telefony, powerbanki etc. Nie żałowaliśmy tej decyzji.

Po ważeniu przed wyjściem z domu wyszło, że mój plecak ważył 15kg, Moniki, 10kg. W moim było blisko 4kg jedzonka na najbliższe dwa dni.

O 18 z minutami, w piątek po pracy, ruszyliśmy do Krakowa, dzięki Polskim Kolejom Państwowym i już po 22, z jedynie 20 minutowym opóźnieniem byliśmy w deszczowej stolicy Małopolski. Zakupiliśmy bilety do Rabki Zdrój i udaliśmy się w gościnę do mojej córki Zuzanny, która studiuje w mieście Kraka aktorstwo i przygarnęła nas na moment oczekiwania na kolejny etap podróży. Posiedzieliśmy rozmawiając o ważnych rzeczach do północy, później krótki sen do 03:14 i z powrotem na dworzec PKP. Stąd już blisko – jedna przesiadka do kolejnego pociągu, później do autobusu i już około 06:30 mieliśmy w dłoniach kubki z kawą z Żabki i kierowaliśmy się niebieskim szlakiem w Stronę Lubonia Wielkiego gdzie tak naprawdę zaczyna się Mały Szlak Beskidzki.

#1836 – MSB – Prolog

– Ach ja miałam takie marzenie kiedyś. Połazić z plecakiem po górach. Potułać się po schroniskach, popatrzeć na widoki, na gwiazdy i zmęczyć się tak po prostu kilkudniowym marszem – powiedziała Monika kiedy siedzieliśmy w zimowy wieczór popijając gorącą herbatę.

Popatrzyłam na nią z ciepłem na sercu. Toż to wypisz, wymaluj moje pragnienie od młodzieńczych lat. Kiedyś, w podstawówce jeszcze, zdarzyło mi się być przez jeden sezon harcerzem i jeździliśmy w wąwozy nałęczowskie, kazimierskie i puławskie, żeby zaznać uroków przyrody, zapoznać się z lasem i wędrówką w nieznane. I wtedy też z dwoma kumplami złapaliśmy bakcyla i niewiele później sami jeździliśmy właśnie w te strony włóczyć się po łąkach i lasach. Później z jednym z nich daliśmy radę wyrwać się na kilka dni w Góry Świętokrzyskie i zrobić marszem kawał drogi polegając tylko na sobie i na ludziach, których spotkaliśmy na swej drodze. To było gdzieś w 1989 roku. Dwóch czternastolatków z plecakami, na szlaku, sami, pociągiem i w schroniskach, bez telefonów komórkowych ani innego sposobu komunikacji… Ech, łezka mi się w oku zakręciła i powiedziałem:

-Pewnie! Kochanie! Jedziemy zatem w najbliższym możliwy terminie! Już, teraz, zaraz! – zaśmiałem się całym sobą. Decyzja już została podjęta. Teraz tylko planowanie i realizacja.

Pierwszym krokiem było zaplanowanie wolnych dni. Na początku stycznia stworzyliśmy plan urlopów, również w konsultacji z moją siostrą i innymi osobami, które mogły przejąć część obowiązków podczas naszej tygodniowej (bo na tyle nas czasowo stać) nieobecności. Wiecie – dorosłe życie stawia różne zadania i sprzeczne cele – praca, treningi, opieka nad członkami rodziny, psami, kotami i takie tam przyziemne sprawy. Ustaliliśmy termin – 2023.09.14-22 i machina ruszyła. W najgorszym, ale wcale nie złym przypadku, spędzilibyśmy ten czas w domu. Razem ze sobą. We dwójkę. Tak jak uwielbiamy.

– A może mały szlak bez Kicki? – Monia zadała mi trudne pytanie.

– YYYyy? – odparłem aby wyrazić swoją pełną aprobatę. – Może być, a gdzie to i na ile kilometrów?

– Sto czterdzieści parę – razem z dojściem do niego, bo Mały Szlak Beskidzki zaczyna się na Luboniu Wielkim i kończy w Bielku Białej, albo na odwrót jak kto woli, więc do tego Lubonia, trzeba dojść z Rabki Zdroju. A sam szlak ma 137 km.

– A to po jakich to górach będzie dokładnie? Tam to nas jeszcze nie poniosło nigdy.

– Beskid Wyspowy, Beskid Makowski i Beskid Mały. Będzie fajnie, zobaczysz. Musimy się tylko solidnie przygotować.

– No to mamy to! Teraz tylko skompletować niezbędne graty, poczytać co i jak i lecimy z koksem we wrześniu! – odparłem w skowronkach i wrótce wróciła rzeczysiwstość…

Czas leci szybko, niezależnie czy nam się to podoba, czy nie podoba. W sumie to nawet nie wiadomo czy leci, czy płynie, czy co się z nim dzieje. Życie pisze swoje scenariusze, o których się nawet filozofom nie śniło. To były ciężkie zima i wiosna. Wiele się działo i nieuniknionego złego i niespodziewanego dobrego. Ani się obejrzeliśmy jak nastało lato i nasze postanowienie przypomniało nam o sobie. Zaczęliśmy szperać w internetach, jak przejść MSB, co powinniśmy ze sobą wziąć i ile obciążenia powinniśmy maksymalnie wrzucić do plecaków, których jeszcze nawet nie mieliśmy. Postanowiliśmy przyjąć obciążenie około 15% masy naszego ciała, zatem mój plecak miał mieć około 13 kg a Moniki – około 8 kg. Podjęliśmy również decyzję o odbyciu kilku dłuższych pieszych, jednodniowych wycieczek z pełnym obciążeniem, żeby przyzwyczaić się do chodzenia z całym dobytkiem na grzbiecie, bo tego jeszcze nie robiliśmy w ostatnich latach.

Pierwsza wycieczka była na nasze piękne Roztocze – prawie 20km – było to świetne rozpoczęciei ułatwienie decyzji o zakupie nowego plecaka dla mnie.

Druga wycieczka – ponad 30 km po Górach Świętokrzyskich, uzmysłowiła nam, że chodzenie po górach z plecakami nie będzie tak łatwe jak po płaskim i to, że nie zawsze będziemy w stanie zrealizować ambitne cele. Postanowiliśmy zatem kupić namiot i kuchenkę trekkingową, aby mieć możliwość odpoczynku wtedy kiedy będzie to konieczne, licząc się z tym, że cała wycieczka będzie o dzień czy dwa dłuższa niż pierwotnie zakładaliśmy.

Trzeci, spontaniczny wyjazd treningowy odbyliśmy w Bieszczady, do Ustrzyk Górnych, gdzie spędziliśmy już dwa dni, nocując pod namiotem i zdobywając szczyty do Korony i Diademu Szczytów polskich. Tak, w te książeczki PTTK się zaopatrzyliśmy, żeby mieć co więcej wspominać na stare lata. Jednego dnia Weszliśmy na Połoninę Caryńską i Rawkę Wielką, a kolejnego na Tarnicę. I trzeba było wracać do domu…

Czytaliśmy dalej blogi, oglądaliśmy relacje na YT (nie za dużo, żeby sobie nie zepsuć wyprawy) i planowaliśmy trasę w aplikacjach z mapami.

I wtedy myśleliśmy, że wiemy już wystarczająco dużo, żeby porwać się z motyką na Mały Szlak Beskidzki….

#1835 – przerwa techniczna

Było tu ciho przez parę dni, ale to nie znaczy, że nic się nie działo.

Po pierwsze mieliśmy zaplanowany od dłuższego czasu, w sumie za krótki, urlop, który pozwolił nam spełnić kolejne marzenia. O tym będę pisał na dniach, bo wspomnienia i doświadczenia z tego czasu są, po prostu, bezcenne.

Po drugie adoptowaliśmy przedwczoraj PSA, teraz mamy dwa. Ten, ta w zasadzie, bo to SUKA, w typie Labradora, pierwotnie zwana Luną, u nas objawia się jako GRANDA i to imię opisuje wszystko, czego się można było spodziewać.

Roczna psina po przejściach, trzymana w kojcu, została odebrana właścicielce przez fundację i tak, po ponad 300km przejażdżce (w jedną stronę), staliśmy się jej nowymi przewodnikami. Roboty będzie w ciul, pracy nad sobą, dziećmi, psami bez miara, ale jedyna rekompenstata tego, to to, że daliśmy jej dom, w którym, jest szansa, wszyscy bęziemy mogli dalej wieść spokojny żywot (no może nie za spokojny, bo my energię lubimy).

Także, jest co robić, praca wre, bo roboty służbowej wiele, treningi trzeba prowadzić i kolejne zawody do ogarniania już za rogiem.

Jest Bardzo Dobrze i tego się trzymajmy, choć stres próbuje przytłoczyć i zahamować dalszy rozwój.

#1834 – 10 minut

Teraz mam 10 minut dla siebie. Siedzę i staram się sklecić kilka zdań, żeby zostało coś na później. Wszystko ciągle w biegu. Praca, szkoła, ogarnianie rzeczywistości, treningi, zakupy, opłaty, planowanie urlopu, planowanie tego co trzeba zrobić w domu, pranie, sprzątanie, remonty, weekendy, wyjazdy na zawody, marzenia o poczytaniu książki, spacerze, przebieżce po lesie i 1000 innych rzeczy jak nauka nowych rzeczy, szlifowanie języków i wzięcie się za siebie w celu poprawy kondycji i takich tam zdrowotnych spraw.

Czy ja mam ADHD, czy to jest po prostu jakieś nieporozumienie. Jedno wielkie nieporozumienie. I czasem ogarnia taka chwila, że siadam i zamiast pomyśleć o niczym i odlecieć wewnątrz siebie, „bierę telefona” i skroluję posty, nie mające w 80% żadnego sensu, mając nadzieję, że te 20% przyniesie jakąś wartość. Czy oby tak naprawdę jest?

Żeby osiągnąć „wyższe” (niekoniecznie logiczne i niezbędne ludzkości) cele konieczne jest poświęcenie wielu innych prostych i ważnych spraw, albo zrobienie z tego biznesu i wykorzystanie tej możliwości do monetyzacji pozwalającej kupić wiele spraw. Ale pamiętaj, że nie wszystko da się kupić – czasu z dziećmi, rozmowy z partnerem i bliskości, jeśli wasze cele i zadania nie są zbieżne. Sukces wymaga czasu, pracy, szczęścia, inteligencji, planowania, reakcji na nieoczekiwane zmiany i wiary, że to wszystko ma sens. Te wszystkie aspekty miksują się w różnych proporcjach zależnych od tego nad czym nie panujemy czyli obecnego świata.

Czas minął. Trzeba wracać do rzeczywistości….

#1833 – kwestia wiary

Nie wiem jak wy, bo każdy ma inaczej, ale osobiście sparzyłem się na temacie wiary.

Wiary w intencje ludzi i w to co mówią, choć często w to wierzą całym sobą. Ludzie są tylko ludźmi (ja też, żeby nie było, że się od tego odcinam) i gadają co uważają za stosowne do powiedzenia w danym momencie. Często okazuje się jednak, że to co wypowiedziane, nie zawsze odnosi zamierzony skutek, czy jest poprawnie zrozumiane. A jeszcze gorsza jest sytuacja, kiedy powiesz coś co odniesie skutek, który przerasta cię jako autora wypowiedzi i przeradza się w lawinę dalszych problemów. Słowa, jak strzały z łuku, są nie do zatrzymania, a postronni odbiorcy i tak przeinaczą oraz wyolbrzymią znaczenie jakie wywołają.

Ludzie również żartują, ironizują, opowiadają bajki i piszą wiersze. Większość historii jest wyssanych z palca, a pozostała część jest przypuszczeniami czasem popartymi dowodami naukowymi, różnej wiarygodności (np. von Daniken?).

I tu pojawia się kluczowe pytanie – komu i w co wierzyć? W szczególności kiedy przychodzi do zadawania pytań doszczegóławiających uzyskujesz odpowiedź – to jest dogmat wiary, którego nie można kwestionować. A ludzie, których słowa zostały wyselekcjonowane setki lat po tym jak zostały spisane, działali pod tchnieniem czegośtam lub wpływem środków ułatwiających kontakt z innymi poziomami świadomości. Tym bardziej, że sprawy opisywane są legendami przekazywanymi ustnie w przeróżnych językach i wykorzystywane były do manipulacji współcześnie żyjących grup i okiełznania buntowniczych ludów.

Szkoda gadać, jak jest to sprytnie zagmatwane i obwarowane fizycznymi i psychologicznymi karami ułatwiającymi samodzielne podjęcie jedynej słusznej decyzji.

A niektórzy naprawdę w to wierzą i będą o to walczyć do końca swych dni z innymi, którzy wierzą w coś tożsamego, ale lekko zmodyfikowanego, aby wpasować się w potrzeby plemion.

My, oni, wy.

I po co to wszystko?

Money, money, money and power.

#1832 – problemy

Jedyna rzecz, poza śmiercią, która jest niezmienna w życiu to problemy.

Zawsze jakieś się pojawią, małe i duże. A to cieknący kran, a to nieoczekiwany wydatek. A to niespodziewani goście, pożar, choroba czy śmierć kogoś bliskiego. Można by tak wymieniać w nieskończoność, bo każdy z nas ma własną listę licytacyjną w stylu: to jeszcze nic, posłuchaj co mi się przydarzyło!

Sęk w tym, że zawsze coś będzie do zrobienia, to przemyślenia i do opracowania alternatywy obecnie realizowanego planu. Coś do załatania, albo przynajmniej do akceptacji stanu w jakim się znajdujemy.

Szczęśliwe życie, wymaga od nas możliwości cieszenia się tym co napotykamy obecnie na swej drodze i szukania radości i energii w tym co akurat nam jest pisane. Szczęście nie dotrze do nas kiedyś w magiczny sposób i nasze zmartwienia gdzieś się schowają, czy znikną. Szczęście jest tu i teraz, i korzystajmy z niego, jednocześnie manipulując rzeczywistością, aby osiągnąć najlepszy możliwy do uzyskania efekt, używając tego co jest akurat pod ręką.

Nie zawsze jest łatwo, czasem zaś jest tak bardzo z górki, że aż trudno nogami przebierać, żeby się o nie nie potknąć. Kolejne sukcesy, mogą zaś spowodować, ze musimy wznieść się na wyższy poziom, tam gdzie kończy się linia drzew i mocniej wieje. Czy jesteś gotowy na sukces?

Głowa do góry, uśmiechnij się! Dasz radę sprostać temu wszystkiemu, jeśli tylko uwierzysz, że ma to jakiś sens. Bo gdy nie widzisz sensu i radości, to niestety nie da się zbyt daleko zajechać pojazdem bez paliwa. To ty jesteś odpowiedzialny, by otaczać się ludźmi, którzy będą zwiększać twoją motywację i którym ty również możesz dać swoją energię w zamian. Co ważniejsze te energie wzajemnie się wzmacniają i nie wyczerpują się wzajemnie. Im więcej wymiany, tym więcej wszyscy zyskamy – to jest perpetum mobile i ewenement na skalę wszechświata.

Razem możemy więcej!

Wspierajmy się, szukajmy rozwiązań i spełniajmy wszystko to co przychodzi nam do głowy i nie szkodzi innym.

Powodzenia!!!

#1831 – światy równoległe

Jestem niemal pewny, że istnieją światy równoległe, zapewne będące symulacjami rozgrywanymi w bebechach super multi komputerów, których mocy obliczeniowej nie jesteśmy w stanie sobie jeszcze wyobrazić. Dlaczego? A dlaczego by nie? Nikt nie jest w stanie udowodnić tego, że tak się nie dzieje, a materialność świata wynika jedynie z wrażeń jakie możemy sami w sobie poczuć i sobie to wyobrazić. I o czym to świadczy? A właściwie o niczym specjalnym czy szczególnym – po prostu jesteśmy tu przez chwilę i mamy frajdę z naszych doznań, możliwości pozornego wyboru lub pozornej możliwości wyborów, jakie podejmujemy w ciągu naszego czasu maszynowego, biologicznego czy kwantowego. Do czegoś dążymy, o czymś marzymy, wielu rzeczy staramy się uniknąć, a przed innymi zwyczajnie uciekamy.

Na pewno jest możliwość obserwacji, ingerencji i migracji i łączenia światów przez wielkiego Szamana, ale czy on ma na to wszystko czas i chęci? Wszak możemy być tylko wytworem pracy dyplomowej w jakiś kosmicznym technikum, a serwer na którym działają maszyny wirtualne obsługujące farmę naszych światów wirtualnych jest jedynie zwykłym kwantowym podbiurkowcem. I jest mi z tym niebywale komfortowo i dobrze, gdyż wiem, że to co się tu wyrabia na tym naszym podwórku to jedynie farsa i zabawa, a odpowiedzialność ponosi za to ktoś zupełnie inny.

Bo w naszym życiu chodzi głównie o możliwość brania odpowiedzialności za swoje decyzje, a ich nieodwracalność wzbudza nasze emocje i zmienia energetyczną chęć do kontynuowania podejmowania kolejnych.

Czy tkwić tu gdzie jesteś? Czy pójść w lewo, czy w prawo? Czy można z tym wyborem poczekać? Jak ta konkretna decyzja wpłynie na drzewo alternatyw za chwilę? Jak zmieni się kolejne rozdanie kart i które już będą wycofane z obiegu?

Czy jesteś szczęśliwy tu i teraz? Jeśli czekasz na jakiś znak to proszę: OTO ZNAK.

Ciągła presja i analiza czy jesteś bohaterem głównym swojego życia czy jedynie statystą albo kaskaderem ginącym pod kołami nadjeżdżającej dorożki? Czy Sherlock Holmes ma rozwiązać zagadkę twojej śmierci czy jesteś Watsonem w tej łamigłówce?

Ostatnio zarzucają mi czarnowidztwo, ale ja po prostu lubię bawić się strachem i możliwością panowania nad nieuniknionym. Bo to wszystko nie jest kwestią pytania „czy?” tylko „kiedy?” i jak bardzo będziemy się dobrze bawić, zanim ktoś odłączy zasilanie od maszyny albo skończy się nasz czas procesora.

Zatem bawmy się dobrze, realizujmy małe marzenia i dążmy do realizacji tych wielkich. Pomału, krok po kroku, ładując baterie, odpoczywając i kochając się wzajemnie. Co innego możemy zrobić dla siebie i dla świata, jaki by on nie był?